Maj/czerwiec: przygotowania do wyjazdu

Ostatnie dni były bardzo ciężkie. Na tyle ciężkie, że zniknęłam z internetów, a czasu nie starczało mi nawet na przeglądanie instagramowego feed’u. Na tyle nierealne, że do tej pory mam wątpliwości, czy rzeczywiście się zdarzyły. Na tyle wyczekiwane, że każdy poprzedzający dzień wydawał się ciągnąć w nieskończoność.

Nie jest tajemnicą, że ostatnie dni zostały podporządkowane marzeniu – podróży do Kalifornii, przygotowaniom i naglącym sprawom, które trzeba dopiąć na ostatni guzik. Wciąż ciężko mi uwierzyć, że wszystko potoczyło się tak szybko i już za 4 dni wylądujemy gdzieś po drugiej stronie globu. Ale zanim na dobre rozgościmy się w Ameryce, zerknijcie na szybką relację z dwóch najbardziej intensywnych miesięcy roku.


Akademia Muzyki | Kraków z góry | U Romana

Z ostatniej chwili

1) Mgr Magdalena?

Zamknęłam za sobą drzwi i… co dalej? W jednej chwili złapałam się myśli, że właśnie zastygam gdzieś pomiędzy światami – okresem studiów a nową rolą i wyzwaniem, które szykuje mi życie. 14 czerwca obroniłam pracę magisterską i oficjalnie skończyłam studia. Głupie powiedzenie Trust me, I’m psychologist nigdy wcześniej nie brzmiało tak realnie!

Chociaż dziś dumnie mówię Jestem magistrem, przygotowania do obrony były drogą przez mękę. Ile się nastresowałam i naprzeklinałam nad zagadnieniami do egzaminu to moje. Cóż, czego się dziwić? Ostatni raz uczyłam się rok temu, a później w tydzień miałam ogarnąć cały psychologiczny kanion. Ach te studia, jeszcze będę za wami tęsknić!

Ale póki co, kopnęłam je w tyłek i pojechałam nad polskie morze.


2) Długi weekend w zachodniopomorskim

Tegoroczne święta spędziłam w Szczecinie, szukając morza przy Wałach Chrobrego* i popijając barszczem szczecińskie paszteciki. Szczecin to w gruncie rzeczy przyjemne miasto, przestronne, zielone i z kawiarenką na 22-gim piętrze. Spowite w starą, ceglastą czerwień skrywa w swych zakamarkach przepyszną, syryjską kuchnię. Cieknie mi ślinka na samą myśl o jogurtowych sosach w Aramii.

*Tak, tak, Szczecin nie leży nad morzem, ale to chyba nigdy nie przestanie mnie śmieszyć. Z resztą nie tylko mnie: klik.


Wały Chrobrego




Odwiedziłam Kasię, z którą prawdziwe morze znalazłyśmy dopiero w Międzyzdrojach. Potrzebowałam tego weekendu – dotyku chłodnego Bałtyku, kręconych lodów i czerwonego, spieczonego nosa. Taki reset był wart wszystkiego, nawet 10-godzinnej wyprawy pociągiem.



3) Na progu ćwierćwiecza

25-te urodziny spadły mi z nieba. Zdmuchnęłam świeczkę i uśmiechnęłam się do siebie. 2 czerwca nie przeszkadzały mi nawet nadprogramowe zmarszczki na czole. Bo wiecie… chcąc wynająć samochód w Stanach (i zrobić ten upragniony road trip!), musisz mieć +25 lat, aby uniknąć dodatkowej opłaty za małoletniego kierowcę (ok. $20/dzień, co przy miesiącu podróżowania daje już całkiem niezłą sumkę…). 2 czerwca przekroczyłam magiczną linię i we wrześniu poprowadzę amerykańskiego gada*.

Swoją drogą, jak to się ludziom z wiekiem zmieniają priorytety ;)

*Co z drugiej strony wydaje się przykrym żartem, biorąc pod uwagę mój antytalent do samochodów…



4) Kraków z góry

Z okazji 25-tych urodzin Oli (notabene również 2 czerwca) wspięłyśmy się do góry, na najwyższe piętra i dachy, by zobaczyć Kraków. Piękny i melancholijny Kraków, który tego dnia rzucił się pod nasze nogi. Szybko łapiąc oddech, wdrapałyśmy się na Wieżę Mariacką, by przykleić się do małych okien i zachwycić hałaśliwym rynkiem.

Kto by pomyślał, że odkrycie tego miejsca zajmie mi bagatela 6 lat!





Godzinę później siedziałyśmy już na dachu Akademii Muzycznej, na skąpanym w słońcu patio i zachwycone widokiem, popijałyśmy popołudniową kawę. Wokół nas Kraków – drzemiący w ostrych promieniach słońca, ziewający w rytm iskrzących cegieł.

Cały czas zachodzę w głowę – dlaczego tak mało osób wie o tym miejscu? Schowane przed hukiem Floriańskiej, zanurzone w akompaniamencie skrzypiec jest idealnym miejscem na krótką, spokojną przerwę. I tylko kawie można zarzucić ciut brak smaku*.

*Chociaż i tak lepsza niż lura, którą popijam codziennie rano.






Mój maj pachniał miłością

W trzecim tygodniu maja obchodziliśmy czwartą rocznicę pierwszego piwa z G.

W czwartym tygodniu Anetka wzięła ślub. To pierwsze licealne wesele, na którym byłam – strach pomyśleć, jak (po)ważne zrobiło się nasze życie!

W piątym tygodniu przed ołtarzem stanęła Kasia – moja kuzynka, któreś zorganizowała przepiękny ślub w pod-łódzkim Sulejowie. Ba, sami zobaczcie jak tam jest ładnie!


               


W maju pożegnałam się z pracą i odnalazłam zagubiony czas. W grafik wskoczyła siłownia, lekarskie wizyty i bieżące sprawy na mieście. Cóż, wszystko na ostatnią chwilę, ale uwielbiam ten zabiegany tryb. Stałam się właścicielką międzynarodowego prawa jazdy i obcisłych spodni z wysokim stanem. Dokładnie takich, jakie chciałam! W międzyczasie testowałam nową stałkę (30mm f/1.4) i z przerażeniem słuchałam, żeby skontrolować oczy w kierunku pierwszych oznak jaskry.

Wszystko ok. Ale mnie nastraszyli chultaje, 4 dni przed wyjazdem!

Maj to również słodkie wino i nowe, oryginalne smaki. Piwkowałyśmy raz w kubańskim barze i tak od słowa do słowa, Paulina zdecydowała się dołączyć do naszego wrześniowego tripa. Ma już wizę, bilet i mnóstwo zapału do organizacji. Ktoś jeszcze? Mamy wolne miejsce w aucie ;)


Domowy ramen

Śniadaniowe tosty w Hamsa hummus & happiness

Włoska klasyka w Trattoria Cosa Mia w Rzeszowie

Do usłyszenia z Kalifornii!

Trzymajcie się ciepło, M.

Jedziemy do Kalifornii!

Rok temu pisałam o marzeniach - o tym, że się spełniają, bo mówi się o nich głośno. Pisałam „jadę do Ameryki”, chociaż nic nie dopięłam na ostatni guzik.

Wczoraj zamknęłam ważny rozdział w życiu. Pożegnałam się z pracą, która pozwoliła mi realizować marzenie i krzyczeć dziś jeszcze głośniej. Mam paszport z wizą, bilet do Kalifornii i pracę nad oceanem. Za miesiąc jadę do Ameryki.

work and travel | kalifornia | santa cruz beach boardwalk


Jak to się zaczęło?

Zanim zdecydowałam się na wyjazd, wielokrotnie słyszałam o pomyśle podróżowania po Stanach w ramach programu Work & Travel. Słyszałam i spychałam w tył głowy. Cała idea jawiła się tak nierealnie i niemożliwe, że nigdy nie pomyślałam, że sama mogłabym wziąć w niej udział. Pamiętam, że gdzieś na drugim roku studiów przejrzałam pobieżnie warunki programu, a wypunktowane koszty szybko sprowadziły mnie na ziemię. Lata mijały, a w moim otoczeniu coraz więcej osób wyjeżdżało do Ameryki. Jak oni to robią?

W moim życiu musiała pojawić się Natalia – współlokatorka na Kapelance - żebym uwierzyła, że ja też tak mogę. Zajadając się kolejną porcją spaghetti, z ciekawością słuchałam o jej przygodzie w Stanach. Widziałam ten błysk w oku za każdym razem, gdy znów podejmowałyśmy temat. Kelnerowanie w Ameryce pozwoliło jej spełnić marzenia – objechać zachodnie wybrzeże, obkupić się za wszystkie czasy (łącznie z samochodem w Stanach!) i przeżyć przygodę życia.

Druga była Angelika – studentka z Krakowa, którą do tej pory znam tylko z pięknych, instagramowych kadrów. Całe ubiegłoroczne wakacje spędziłam, przeglądając i wyczekując kolejnego zdjęcia z Cedar Point’u. Wysokie palmy Kalifornii, wyczekiwany road trip i smutek po powrocie do Polski – jej relacja stała się kroplą, która przechyliła szalę. Ja też chcę jechać. 


Dlaczego Work & Travel?

Osoby, które czytają mnie od dłuższego czasu, wiedzą, że pierwszą, dłuższą wizytę w Stanach mam już za sobą. Dwa lata temu sama poleciałam za wielką wodę, żeby spełnić swoje amerykańskie marzenie i objechać wschodnie wybrzeże – od Nowego Jorku, przez Waszyngton D.C., po wilgotną Florydę i roztańczone Miami. Mam w życiu wiele szczęścia i mówię to otwarcie, bo moja podróż nigdy nie byłaby możliwa bez pomocy rodziny, która ugościła mnie na drugim końcu świata.

W trzy i pół tygodnia zachwyciłam się Ameryką, a w dniu powrotu do Polski postanowiłam: jeszcze tam wrócę. Musiałam wrócić – niedosyt świata po drugiej stronie globu tłukł się niespokojnie. Chciałam zobaczyć więcej, nic dziwnego, że za kolejny cel obrałam słoneczną Kalifornię i zachodnie wybrzeże.

Po dwóch latach oszczędzania być może mogłabym pojechać tam na własną rękę – na krótki road trip po najważniejszych parkach narodowych. Tyle że… nie rajcuje mnie idea zobaczenia, odhaczenia i powrotu do kraju. Wybrałam program Work & Travel, bo tylko w taki sposób mogę zamieszkać w Kalifornii na +3 miesiące i liznąć życia w amerykańskim raju. Wybrałam Work & Travel, bo tylko w taki sposób mogę podzielić się tym marzeniem z G.


Work & Travel – co, gdzie i za ile?

Work & Travel USA jest programem studenckiej wymiany międzykulturowej, który umożliwia podjęcie pracy i podróżowanie po Stanach Zjednoczonych. Jeżeli interesują was szczegóły, w jaki sposób zorganizować taki wyjazd i ile to wszystko kosztuje, odsyłam do wpisu Angeliki, która zgrabnie opisała cały proces rekrutacyjny.

Biuro The Best Way z Poznania wybraliśmy z dwóch powodów – cieszą się świetną opinią, ale co ważniejsze - dysponują ofertą pracy nad oceanem w słonecznej Kalifornii. Od początku wiedziałam, że to właśnie tam chcę jechać i nie rozważałam innych opcji. I stało się… najbliższe lato spędzimy w Santa Cruz Beach Boardwalk, w malutkim miasteczku tuż pod San Francisco.


Dlaczego teraz?

Na Work & Travel chciałam jechać już w zeszłym roku, ale – głównie ze względu na G. i jego studia – przełożyliśmy wyjazd na 2017. I, prawdę mówiąc, nie mogliśmy zdecydować lepiej.

Dopiero w tym roku zdobyłam pewną niezależność i, najzwyczajniej w świecie, stać mnie na taką podróż. Jestem na ostatnim roku studiów i bez konsekwencji mogę żyć w myśl zasady: rzuć wszystko i jedź do Kalifornii. Stoję na progu dorosłego życia i kiedy, jeśli nie teraz, jest najlepszy czas na takie decyzje? Po powrocie nie muszę wracać na uczelnię/do pracy, która definiuje moje życie/do wysokich rat kredytu.

Wszyscy wkoło pytają mnie: co potem? Wzruszam ramionami i odpowiadam: nie wiem. O potem zatroszczę się później. Bo teraz bardziej niż kiedykolwiek czuję, że chcę żyć i z tego życia korzystać.


Co z blogiem?

Bardzo chciałabym powiedzieć, że będę tu wpadać regularnie i na bieżąco dawać znać co u mnie, ale doskonale wiem, że nie mogę. Najbliższe trzy miesiące (lipiec-wrzesień) będą bardzo intensywne i mam nadzieję wycisnąć je jak słodką pomarańczę! Czas na blogowanie i czytanie waszych blogów jeszcze przyjdzie – najpewniej w październiku ;)

A jeśli nie tutaj, to prędzej znajdziecie mnie na Instagramie i Facebook’u.


* * *


Do wylotu został jeszcze miesiąc, ale już oplatam głowę wiankiem i nucę …




Trzymajcie się, M. !



Nie jesteś dwójką

Na zajęciach z Psychologii społecznej przeprowadziliśmy ciekawy eksperyment. Każdy z nas założył papierową czapkę z numerem 1-10. Czapki były losowane i nikt nie wiedział, jaki numer finalnie znalazł się nad jego czołem. Zadanie było proste – dobierzcie się w pary z jak największym zyskiem. Im wyższa cyfra na czapce partnera, tym lepiej.

3, 2, 1… wianuszek adoratorów w mgnieniu oka otoczył najwyższe liczby. Dziewiątki z gracją przebierały wśród najlepszych partii. Dalej poszło już sprawnie - ósemki z siódemkami i nawet piątka złapała za rękę szóstkę. Do smutnych trójek, kolejno odrzucanych przez dumne, aspirujące czwórki, nieśmiało podbijały dwójki.

Wyobraź sobie. Podchodzisz do dziesiątki. Kosz. Jak nie dziesiątka, to osiem. Kosz. Szóstka? Kosz. Markotniejesz, bo nikt nie chce być z tobą w parze. I w głębi duszy już wiesz – jesteś dwójką. A dla dwójki to dobry pierwszy lepszy ochłap w misce. Jedynka – w myśl zasady lepszy rydz niż nic, a może trochę z litości – jest przecież wcale całkiem niezła.

Jak budować | zwiększyć atrakcyjność | być atrakcyjnym I pięknym

Eksperyment na społecznej w przerysowanym stylu zobrazował proces dobierania się w pary i to, w jaki sposób oceniamy naszą atrakcyjność. Każdy z nas startuje z podobnej pozycji. Szukamy ładnych ludzi, na widok których mocniej zabije nam serce. Rynek weryfikuje nasze szanse, naszą prezencję i niewidzialnym marketem maluje nam na czole cyfrę. Osoba wielokrotnie odrzucona przez wysokie partie, obniża swoje standardy, po cichu przełykając gorzką pigułkę rozczarowania. Nie jestem nawet siódemką.

Jak w zabawie, w prawdziwym życiu również posługujemy się kilkustopniową skalą. Powiedz, ile razy słyszałeś (w komediach czy głupich przechwałkach kumpli) o niedoścignionych ideale, wymuskanej dziesięć na dziesięć?

Dzisiaj odbijam piłeczkę i skreślam zasady, którymi rządzi się giełda atrakcyjności. Życie nauczyło mnie jednej, ważnej rzeczy – sama kreuję swój wizerunek i sama decyduję, którą liczbę z dumą posadzę na głowie. Nikt mi nie wmówi, że jestem dwójką.

I nie pozwól, żeby ktokolwiek wmówił to tobie.


Krok pierwszy - ulokuj swoją wartość

Praca nad własną atrakcyjnością jest skomplikowaną sprawą. Wkoło osaczają nas hasła, które nawołują do walki o swoje piękno. Schudnij 5 kilo! Rób przysiady i pompuj tyłek! Kup magiczne kredki i wykonturuj buzię! Wymień usta, uszy, nos… najlepiej cały mózg! Całą naszą wartość osadzamy w pozorach i w zewnętrznym świecie. Bombardowani standardami piękna zapominamy, że nie tędy droga, a w perspektywie czasu obsesja na punkcie płaskiego brzucha nie jest warta złamanego grosza.

Ładna buzia szybko się nudzi, a plastikowe maski skrywające pustkę bez pardonu wylądują w śmieciach. Poznałam kiedyś chłopaka. Wiecie, dziewięć na dziesięć, wysoki brunet i te sprawy. A później otworzył usta i bańka prysła. Już po jednej rozmowie wiedziałam, że nie chcę go więcej widzieć. Zupełnie nieważne, jak ładne byłyby jego oczy.

Jasne - dbanie o siebie i życie w zdrowym stylu jest ważne, ale prowadzi donikąd, jeśli zapominamy o własnym wnętrzu. Rozwój duchowy, intelektualny, podążanie w kierunku pasji i dystans do siebie – czego chcesz więcej do doświadczenia piękna? Człowiek, który jest szczęśliwy sam ze sobą, realizuje się i robi to, co kocha jest piękny. Dziesięć na dziesięć.


Krok drugi - pokochaj nieidealnego siebie

Trochę mi zeszło zanim zrozumiałam jedno. Kluczem do atrakcyjności jest akceptacja siebie. Pewnych rzeczy nie przeskoczę. Nie będę wyższa i nie wyeliminuję okrągłej buzi. Mogę głodować i ćwiczyć z Ewką, ale nie zrobię 60’ w talii. Taka jestem i nauczyłam się to lubić. Akceptuję swoje słabości i idę dalej.

Jasne, mogłabym nie jeść piątkowej pizzy, ale jak smutne byłoby moje życie bez ananasa i roztopionego sera! Znam swoją wartość i wiem, że nie zależy ona od kilku dodatkowych kilo w biodrach.

Twoja atrakcyjność nie siedzi w odbiciu w lustrze. Nie zależy od rozdrapanego pryszcza i poplamionej bluzki. Piękno to uśmiech, gdy jesteś szczęśliwy; to iskry w oczach, gdy opowiadasz fascynujące rzeczy; piękno to wypieki na buzi, gdy trzecią godzinę obrabiasz zdjęcia; to słowa, którymi bawisz ludzi; to w końcu bijąca łuna, gdy swoim życiem każdego dnia spełniasz marzenia.

I jeszcze...

Na twojej drodze pojawią się ludzie, którzy zjadą cię wzrokiem i bez zająknięcia wlepią ci dwóję. Nie raz, nie dwa, to klasyk. To nigdy nie jest miłe, ale zastanów się, czy opinia randomowych ludzi, którzy nie wykazali krzty zainteresowania, by poznać cię lepiej, jest czegoś warta. Obstawiam, że nie. Odwróć się na pięcie i wystaw im środkowy palec. Tylko na tyle zasługują.

Życzę wam w życiu ludzi, dla których będziecie piękni. Dla których na dziesięciostopniowej skali będziecie jedenastką, nawet w pidżamie i pryszczem na nosie. Którzy jednym słowem poprawią wam humor i sprawią, że poczujecie się atrakcyjni. Takich szukajcie i tylko takich trzymajcie blisko.

Miłego dnia, M.

Helios nie dla każdego? Pierwsze wrażenia z testów

Idea doczepiania analogowego obiektywu do cyfrowego body kusi, nie powiem. Stare Heliosy nęcą jakością wykonania, solidnością i plastycznością kadrów. W Wielki Piątek znalazłam Zenit w szafce. Ucieszyłam się jak małe dziecko, które odkryło, gdzie ukryte są czekoladowe jajka. Nigdy wcześniej nie używałam manualnych stałek, moim zdjęciom zawsze brakowało głębi, a o wartości przesłony poniżej f/3 mogłam tylko marzyć. Z entuzjazmem przykręciłam szkiełko… i odbiłam się od ściany.

Dlaczego?

Zenit | test | opinie

Słowem wstępu…

Helios heliosowi nierówny. Obiektyw, który znalazłam w szafie to radzieckie szkło Helios-44 58mm f/2, często używane na Zenitach. Podobne (a nawet lepsze) można dziś znaleźć za grosze (100-200 złotych) na portalach aukcyjnych lub w komisach fotograficznych.

Jak podpiąć je do cyfrowego body? Obiektyw to jedno. Jeśli chcesz, by pracował z twoim body, musisz zaopatrzyć się w przejściówkę. W moim przypadku dokupiłam M42 do Nikona z blokadą bolca przesłony + adapter redukcyjny M42-M39. Nowe szkło kosztowało mnie 25 złotych.

Na rynku można znaleźć kilka rodzajów adapterów: z*/bez blokady bolca przesłony, z/bez* potwierdzenia ostrości, z/bez* soczewki. O rodzaju przejściówki powinien zdecydować typ obiektywu. Gwiazdką zaznaczyłam swoje typy.





Największe bolączki Heliosa

# Wąski kadr

58mm przy nieprofesjonalnym sprzęcie (czytaj: crop/ niepełna klatka) daje w rzeczywistości ponad 90mm ogniskowej. Co to oznacza? Przede wszystkim to, że taki obiektyw będzie nam mocno przybliżał fotografowany obiekt. Chcąc objąć szerszy kadr, fotograf jest zmuszony zrobić kilka kroków w tył, co przy małych, wąskich pomieszczeniach jest awykonalne. Okej, zgoda – po to mamy nogi, żeby chodzić. Ale! Sprawa robi się bardziej skomplikowana, jeśli twoje szkło…

# Nie ostrzy na nieskończoność

Masz dwie opcje. Kupisz adapter z soczewką i kosztem jakości, wyostrzysz na nieskończoność lub - bez soczewki i pogodzisz się z niedogodnością. Nie testowałam przejściówki z soczewką, ale na większości forów powtarza się zgodna opinia: soczewka psuje obraz. Mój Helios nie będzie ostrzył na nieskończoność, co oznacza, że otrzymam ostry obraz, fotografując wyłącznie obiekty, które znajdują się w odległości do kilku metrów od obiektywu.

Połączenie wąskiej ogniskowej z nieostrzeniem na nieskończoność  może sprawiać wiele problemów, a co więcej… to nie wszystko!

# Ręczne ustawianie ostrości

Oczywiście, stary Helios nie posiada autofocusa i nie wyostrzy za ciebie zdjęcia. Cały proces ostrzenia odbywa się manualnie za pomocą ruchomych obręczy na obiektywie. Zabawa jest przednia i pozwoli na wspaniały efekt. Pod jednym warunkiem! Musisz mieć sokoli wzrok i dokładnie sczytać obraz – precyzyjnie wiedzieć, gdzie i kiedy twój obiekt stał się ostry.

Zabawa z ostrością przypomina grę w ruletkę – strzeli czy nie strzeli? Szczególnie wtedy, gdy jest ciemno, a twój wzrok zaczyna szwankować. Masz szczęście, jeśli twój aparat posiada sprawny wizjer elektroniczny. Ostrzenie na ekranie jest łatwiejsze i o wiele przyjemniejsze.

Szczęście to... chłopak, który robi ci hamburgery


Z drugiej strony…

# Małe wartości przysłony

Na Heliosie-44 minimalna wartość przysłony wynosi f/2. Co to oznacza? Obiektyw jest jasny i pozwala na uzyskanie dużej głębi ostrości. Jeszcze prościej: pierwszy plan będzie wyraźny czy jednoczesnym dużym rozmyciu tła. A jak już ostrzy to robi to naprawdę dobrze. 

Tylko niskie wartości pozwalają na uzyskanie pięknego bokeh, a jeśli chodzi o bokeh - Helios jest mistrzem. Co więcej, f/2 pozwala na jasne kadry nawet w mrocznym pomieszczeniach (bez użycia lampy, rzecz jasna).

Jako ciekawostkę dorzucę, że ustawienie przysłony również odbywa się ręcznie poprzez bezpośrednie pokrętło na obiektywie. Wymusza to fotografowanie wyłącznie w trybie manualnym – dla mnie duży plus, innego trybu nie uznaję ;)

# Jakość zdjęcia

Porównując Helios do jednego z podstawowych, elektrycznych obiektywów, przechylam szalę zwycięstwa na stronę analoga. Manualne szkło sprawi, że staniesz się panem swojego zdjęcia. Helios wyostrzy dokładnie tam, gdzie tego chcesz (nawet jeśli to tylko mały element przedmiotu/ pręciki w kielichach kwiatów). A ostrzy jak niebo, pozostawiając resztę elementów pięknie rozmytą. No i ten bokeh!

Na dużą pochwałę zasługują również kolory kadrów. Zgaszone, odrobinę retro przy niskim ISO i wyciszonych szumach. Lubię to! Podbijając parametr ISO, uzyskasz efekt starej, analogowej fotografii.


Szczęście to... wino musujące z musem truskawkowym

Dla kogo Helios?

Po pierwszych testach największe zastosowanie Heliosa znajduję w fotografii makro. Jeśli lubisz fotografować kwiaty, jedzenie lub zwyczajnie – przedmioty z bliska i nie przeszkadza ci manualne wszystko, analogowy obiektyw jest dla Ciebie. Wielbiciele portretów również odnajdą tu coś dla siebie.

A dla mnie? Fajna zabawka, ale bez funkcji ostrzenia na nieskończoność – zupełnie nieprzydatna. Chcę robić pejzaże, fotografować miasta i krajobrazy, które zapierają dech w piersiach, szukać szerokich kadrów i obejmować sylwetki ludzi. Na tym polu się nie dogadamy ;)   

Podsumowując, Helios zamyka w sobie magię analogu, przy zachowaniu zalet nowoczesnego sprzętu. Jest idealny do eksperymentów i jestem zdania, że bawiąc się fotografią, musisz (po prostu musisz!) dać mu szansę.

Szczęście to... menu szparagowe w Trattoria Cyklop


Szczęście to... zachód słońca w kieliszku białego wina

Miłego dnia, M.

Kwiecień plecień: trochę zimy, trochę lata

Kwiecień? Chwileczkę… Rok w pigułce.

Każdego dnia budziłam się i z niedowierzaniem przyciskałam nos do szyby. Z pierwszym podmuchem wiosny zakwitły białe drzewa, a trawniki oblekły żółte żonkile. Z okularami na nosie, marynarką w kratkę i uśmiechem na buzi (bo wiosna, w końcu!) wychodziłam z domu i spacerem pomykałam na poranny tramwaj. Najpiękniejszą niedzielę spędziłam nad zalewem w Nowej Hucie, leniwie patrząc jak słońce iskrzy się na tafli wody. Było +20 i tonęłam w cienkiej, szarej bluzce. Wielkanocą, klasycznie, zrobiło się chłodno. We wtorek spadł śnieg, o ironio! właśnie wtedy, gdy wywiozłam wszystkie ciepłe ciuchy. Na dworze zrobiło się biało, a na głowę znów wcisnęłam ulubioną pando-czapkę. A dzisiaj? Mały parasol chroni mnie przed ciętym deszczem. Jesiennym wieczorem otulam się kocem, parzę herbatę i oglądam dobre filmy.


Jaki był mój kwiecień?

Pracowity. Napisałam minimalne 80 tysięcy znaków magisterki. Skończyłam drugi rozdział pracy i powoli szlifuję końcowe wnioski. Rozwlekłam i rozciągnęłam to dzieło na wiele długich, nużących miesięcy, ale ile ulgi przynosi małe światło na horyzoncie! W kolejnym update będę już obroniona, obiecuję!

Pełen niespodzianek. Każdego roku święta mijają mi coraz szybciej. Macie podobnie? Wypiłam żurek z chrzanem, białe wino do czekoladowego bloku, spakowałam resztki na później i wróciłam do Krakowa. Rodzinna atmosfera i ból brzucha z przejedzenia? Nie, tegoroczna Wielkanoc przyniosła mi coś zupełnie innego – spotkania po latach. Monikę z podstawówki w tym samym wagonie (matko, to już 13 lat!) i Asię z półroczną Marią (trochę lepiej, 3 lata?) nad kawą i słodkim ciastem.

Asię w sieci znajdziecie na withi. A co to za spotkanie dwóch blogerek bez wspólnego selfie?


Wyczekany. Cały kwiecień mogłabym zamknąć w jednym zdaniu. Your visa is approved – blondyn w okularach uśmiechnął się po drugiej stronie szyby. Ulotne marzenie stało się realne. Wiecie, co to oznacza? Dajcie mi miesiąc, powiem wszystko.

To był jeden z tych pięknych, słonecznych dni. Zjedliśmy jajka benedyktyńskie na Plantach w Bunkrze Sztuki i punkt jedenasta stanęłam w kolejce pod konsulatem. Godzinę później – szczęśliwa – piłam już wino i tłukłam szklanki. Gyuwegygd6r! 

         

Ale żeby nie przedłużać… Co polubiłam w kwietniu?

# filmy

1) Wstyd się przyznać, ale wciąż nie nadrobiłam wszystkich Oskarowych filmów. Bo wiecie, jest coś przyjemnego w odkrywaniu - kawałek po kawałku – dobrych i bardzo mocnych treści. Ukryte działania zdobyły moje serce, jeszcze zanim odpaliłam przycisk „play”. Nie od dzisiaj jestem fanką tolerancji, równouprawnienia i walki o swoje prawa. Historia trzech Afroamerykanek – matematyczek w NASA, które w czasach segregacji rasowej stają się kluczowym elementem misji wysłania człowieka w kosmos? To przepis na sukces. Z Oskarem dla Octavii Spencer mogę dyskutować, ale film sam w sobie jest perełką. Po prostu. Ocena: 8/10

Here at NASA we all pee the same colour. 


2) Zwierzęta nocy to jeden z tych kontrowersyjnych filmów – albo cię zachwyci albo miniesz go obojętnie. Oglądaliście? Susan otrzymuje od byłego męża brutalną powieść, grę pozorów, symboli i analogii do przeszłości bohaterów. Obraz rysuje zaplątaną rzeczywistość, gdzie elementy prawdy mieszają się z fikcją. Ruda Amy Adams i Jake Gyllenhaal z błyskiem w oku, mocna rzecz. Thriller pozostawił mnie z pytaniem na ustach. Ale jak to, koniec? Krótkie podsumowanie – to nie jest film na jeden seans. Z każdym kolejnym razem odkrywasz jego podwójne dno. Ocena: 8/10


# muzyka

Islands in the Stream jest oryginalnym hitem Bee Gees, rozsławionym później przez duet Dolly Parton & Kenny Rogers. Dzisiaj podrzucam jeszcze inną, melancholijną wersję Emily Coulston. Ręka do góry, kto skojarzył ten cover z najnowszą reklamą KFC!


Za oknem pada, a ja – jak nic innego w świecie – mam ochotę na trochę słońca południowej Kalifornii:



# rzeczy

Nie jest nowiną, że od pewnego czasu rozglądam się za nowym obiektywem. Doszłam do momentu, w którym odrzuciłam kilka opcji i… zdecydowałam. Zostanę przy Nikonie D90 i zainwestuję w dobrą stałkę. W wyborze bardzo pomogły mi wasze komentarze pod wpisem Kilka rozterek foto-amatora (ba, cały tamtejszy Disqus jest kopalnią wiedzy!). Często wracam do tego postu i na nowo rozważam – ile milimetrów ogniskowej? Ostatnio moją uwagę przyciągnął komentarz Michaliny:

Jeśli chcesz spróbować, czegoś super, kup obiektyw od Zenita - M42. Do niego adapter do Twojego body. Ten obiektyw robi cuda, a nie zdjęcia. :) Wspaniale wspominam czas, kiedy go używałam.

Coś zaskoczyło. Hej, przecież mam stary Zenit w szafie! Dlaczego by nie spróbować? Odkopałam antyk, odkręciłam szkiełko i za 25 złotych przykręciłam je do cyfrowego body. Powoli zacieram ręce do testów. Ciekawi? Pierwsze efekty pojawią się już w następnym poście.


# blogosfera

Mój kwiecień w blogosferze był ważny z dwóch powodów. Od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem zmiany designu bloga na coś odrobinę bardziej profesjonalnego. Wiedziałam jedno – chcę jednokolumnowe wpisy i miniatury postów na głównej. Wiecie, jak trudno pokolorować tak blogger? Udało się, a wasze pozytywne reakcje utwierdziły mnie w słusznym wyborze.

W międzyczasie zdradziłam sekret o Australii i pechowym bilecie do Brisbane. Dziękuję za każde miłe słowo! Jestem pewna, że jeszcze trafię na okazyjną cenę, a samolot nie odleci już beze mnie.

Na blogu pojawiły się trzy posty:





A co tam u Was?

M.



Bloglovin, dlaczego powinieneś go mieć?

Żyjemy w świecie, którego działanie opiera się na technologii. Super-pralka nastawi dobry program prania, smartphone dopasuje światło i temperaturę w domu, a samochód odpali się przyciskiem Start. Wszystko, by nie ruszyć czasem palcem i nie zmęczyć się parzeniem kawy. Wszystko, by ułatwić i polepszyć (?) życie. A jeśli offline wszystko jest łatwe, kompleksowe i dostępne, dlaczego nie przenieść tych praktyk do Internetu? Dlaczego nie skorzystać z bogactwa sieci i uczynić blogowania jeszcze prostszym i komfortowym?

Lubię dzielić się wiedzą. A jeśli znam fajne rzeczy i cenię ich funkcjonalność, dlaczego nie puścić ich w świat? Tak narodził się pomysł na cykl narzędzi do blogowania.


Irytuje cię śmietnik na Twitterze, znikające posty na FB lub Lista czytelnicza, która jest przeznaczona wyłącznie dla użytkowników Bloggera? Irytują cię wpisy, nowinki, które przepadają, jeśli nie jesteś online 24/h? Mam dla ciebie dobre rozwiązanie, przydatne narzędzie dla obu stron – czytelników i twórców treści.


Bloglovin, co to jest?

Bloglovin to platforma, która w jednym miejscu skupia twoje ulubione blogi. Pozwala na bieżąco przeglądać nowe wpisy i szybko selekcjonować, które posty mogą cię zainteresować. Znajdziesz tu samo mięso – główne zdjęcie, tytuł i kilka pierwszych zdań wpisu. Wystarczy, by kliknąć, prawda?

To również pierwsze narzędzie, które odpalam każdego dnia, by przeczytać, co piszczy w ulubionej blogosferze.



Dlaczego Bloglovin jest taki fajny?

  • Na Bloglovin znajdziesz (prawie) wszystkie blogi. Nawet takie, których autorzy nie wiedzą o istnieniu platformy i nie mają tam swojego konta. Sama na bieżąco śledzę kilka stron znajomych, których jestem nielicznym (a często jedynym) obserwatorem.

  • W przeciwieństwie do Facebooka, masz pewność, że nigdy nie pominiesz najnowszych wpisów ulubionych blogów. Posty nie dzielą się na mniej i bardziej popularne, a pojęcie tnięcie zasięgów nie ma tu prawa bytu. Dany post będzie widoczny na twojej głównej tak długo, jak długo go nie przeczytasz.

  • Wybrany wpis możesz skomentować, zapisać w ulubionych lub dodać do stworzonej kolekcji. Bardzo cenię swój album „Podróże”, do którego zbieram wszystkie inspirujące posty na później.

  • Ostatnio zespół Bloglovin udostępnił możliwość bezpośredniego tworzenia postów na Bloglovin i odbierania powiadomień – kto kliknął, przeczytał bądź zapisał twój konkretny wpis.

  • Bloglovin jest kopalnią inspiracji. Za pomocą wyszukiwarki (wg kategorii, kraju lub funkcji „podobny do”) odnajdziesz nowe miejsca w sieci.

  • Na Bloglovin obserwujesz blogi i użytkowników. Możesz podglądnąć kolekcje innych osób, ulubione wpisy i to, co czyta twój ulubiony bloger.




Brzmi fajnie? Korzystacie z Bloglovin? A może znacie inne narzędzia, które ułatwiają poruszanie się po blogosferze?

Trzymajcie się ciepło, M

Error fare, czyli Australia, której nie będzie

Za trzy tygodnie miałam ruszyć na trip życia – polecieć do Irlandii i trzy przesiadki później lądować w australijskim Brisbane. No właśnie, miałam. Szybko skreśliłam majowe plany, a w ręku został mi bilet do Belfastu. W jedną stronę.

błąd taryfowy | błąd cenowy | co robić

Ale od początku…

Błażej poleciał do Australii i w ramach stypendium studiuje w tropikalnym raju. Zwiedza Gold Coast na rolkach, surfuje, a pod okno podlatują mu rozgadane papugi. Wiecie jak to jest - mieć swojego człowieka na drugim końcu świata i nie skorzystać z okazji?! Nie powiem - kusiło, a jednak doskonale wiedziałam, z jakimi kosztami wiąże się tak poważna podróż. Bilet, to raz. Utrzymanie w Australii i zabawa w podróżnika, to dwa. Z drugiej strony, pytanie – kiedy powtórzy się taka opcja? – nie dawało mi spokoju.

Pomyślałam – ryzyk fizyk. Pojawią się fajne (czyt. super tanie) bilety to kupię i pojadę. O koszty pomartwię się później.

I pojawiły się. Tamtej niedzieli siedziałam przed komputerem i nie mogłam uwierzyć. Cena? Świetna. Termin? Idealny. Miasto? Dokładnie to, które chciałam. Tylko ten wylot z Irlandii. G. machnął ręką – jedź. Będziesz żałować, jeśli nie pojedziesz. Ryzyk fizyk. Obiecałam, więc kupiłam. Nigdy wcześniej nie podjęłam tak impulsywnej decyzji. Kupiłam bilety do Australii.

Decyzja o zakupie wywarła na mnie dziwny wpływ. Jasne, cieszyłam się jak głupia, a równocześnie stresowałam i plułam sobie w twarz. Bo taka podróż, bo sama, bo praca, bo magisterka, bo nie mam na to pieniędzy. Powoli oswajałam się z myślą, że spędzę majówkę na drugim końcu świata. Pochwaliłam się tylko garstce osób – tak nierealnie jawiły się te plany. Po tygodniu zaczęłam wdrażać małe, kolejne kroki – dolot do Irlandii, powrót z Londynu.


A potem przyszedł wtorek i wiadomość w skrzynce ze spamem:

We regret to inform you that, due to a fare filing error, your ticket was advertised and issued at an undeniable and recognisably erroneous fare and the airline has therefore annulled it. As a result of this, we regret to inform you that your booking has been cancelled.

Anulowano mój bilet do Australii. Bańka mydlana prysła. I znów - byłam przybita, a równocześnie odetchnęłam z ulgą. Nie pójdę z torbami i może nawet kupię nowy aparat.

Dlaczego cofnięto moją rezerwację? Dlaczego straciłam prawie pół tysiąca złotych? Z własnej woli stałam się ofiarą error fare. Nie zaczekałam, chciałam mieć już, teraz wszystko dograne. Cóż, byłam głupia, a za głupotę się płaci.

Error fare, co to takiego?

Error fare to termin świetnie znany miłośnikom tanich lotów. To „błąd taryfowy” spowodowany awarią lub czynnikiem ludzkim, a po polsku – błędna cena biletu lotniczego, którą ktoś omyłkowo wprowadził do systemu. Z perspektywy podróżnego to nie lada gratka - trafić na error fare i za pół darmo polecieć na drugi koniec świata. Stany za 700 zł, Karaiby za pół koła, Nowa Zelandia za 300 funtów? To wcale nie bajka. Wbrew pozorom takie błędy występują dość często, ale ciężko przewidzieć, kiedy i gdzie się pojawią. Warto być na bieżąco i śledzić portale (fly4free, MlecznePodróże, Tanie Loty), które zajmują się wyszukiwaniem dziur w systemach.

Musisz zdawać sobie sprawę, że kupując bilet w niesamowitej okazji, możesz mieć do czynienia z typowym error fare. Dlaczego? Wóz, przewóz. Przewoźnik, który zorientował się o błędzie może zrobić dwie rzeczy: schylić głowę i zaakceptować bilet lub anulować transakcję, narażając się na złą reputację. W teorii nic nie tracisz - po oficjalnej informacji o błędzie (nawet do dwóch tygodni po zakupie!) firma lotnicza zwróci cały koszt biletu.


O czym należy pamiętać, kupując błędny bilet?

  • Błędy taryfowe pojawiają się i znikają jeszcze szybciej. Jeśli chcesz zaryzykować, musisz zrobić to równie szybko. Płacąc kartą debetową / kredytową, masz większe szanse, że otrzymasz i co ważniejsze, utrzymasz faktyczny bilet elektroniczny (to ten z 13 cyframi).

  • Nie informuj nikogo o napotkanym błędzie, a tym bardziej nie dzwoń do przewoźnika i nie pytaj o anormalną cenę. Im firma szybciej zorientuje się o awarii, tym prędzej wycofa ofertę i anuluje twoją transakcję.

  • Aby skorzystać z error fare, musisz być elastyczny. Nie możesz wybrać dowolnych dat lotu, czasu trwania, ilości przesiadek ani lotniska, z którego rozpoczniesz swoją podróż (i nie, najczęściej nie jest to Polska). Do Australii miałam lecieć przez Belfast, Londyn i Dubaj, w sumie dwie doby.

  • Kupując bilet z błędem, ryzykujesz. Miej to z tyłu głowy i nie popełnij mojego błędu. Wstrzymaj się z zakupem kolejnych biletów (szczególnie takich, których nie możesz zwrócić), rezerwacją noclegów, wynajmem samochodu, aplikacją o wizę itd. Kontroluj i często sprawdzaj status transakcji. Nawet otrzymanie biletu elektronicznego nie gwarantuje utrzymania rezerwacji!

  • Wiele linii zabezpiecza się przed error fare i zastrzega sobie możliwość anulacji biletu. To znaczy, że w przypadku cofnięcia transakcji, nie przysługuje ci żadne odszkodowanie. Możesz próbować, może ci się uda. Najwyżej dostaniesz szczere przeprosiny i wyrazy współczucia „za cały stres, który spowodowała sytuacja”.

  • Co tracisz, gdy linia anuluje twój bilet? W teorii nic. W praktyce koszty przewalutowania (zależy od banku – przez podwójną transakcję walutową w mBanku straciłam ok. 200 zł) + dodatkowe koszty jak drugi bilet, którego nie możesz zwrócisz (ach, ten Ryanair!) czy procent od rezerwacji noclegu.

  • Co zyskasz, gdy linia uhonoruje twój bilet? Niezapomnianą przygodę na końcu świata. Od ciebie zależy, czy zaryzykujesz ;)


A wy podjęlibyście wyzwanie error fare? 

Cześć! M.