CLICKBAIT a SEO, czyli słowo o mocnych tytułach


Krótko i na temat. Clickbait to mocny, często kontrowersyjny tytuł wykorzystywany w dziennikarstwie (tabloidy!) , a teraz coraz częściej również przez mniejszych twórców internetowych. Ma proste zadanie – przykuć uwagę i spowodować, że ty, potencjalny czytelnik, klikniesz w link i przeczytasz artykuł. Z definicji jest to określenie pejoratywne, ponieważ głośny clickbait ma tylko przykryć bezwartościowe treści. Ale czy rzeczywiście?

Kilka przykładów z najbliższego podwórka:




Zaintrygowany?


jak wybrać tytuł | jak nadać tytuł | podwójne tytułowanie | Google Top10


„Clickbait” może być dobrym rozwiązaniem, jeśli stoi za nim wysoka jakość, ciekawy i angażujący tekst. Nie ma nic gorszego, niż clickbait, który zapowiada rewolucję, a serwuje rozczarowanie z płaską puentą na deser. Wróciłbyś na taki portal? Obstawiam, że nie.

Stworzenie dobrego tytułu to sztuka, którą opanowują tylko nieliczni. Kreatywność to jedno, ale coraz częściej dochodzę do wniosku, że trzeba w tym wszystkim być trochę bezczelnym.


Okej, tytuł tytułem, ale co z SEO?


Clickbait dobrze się klika, ma wirusową, ale krótką żywotność. Nic dziwnego, bo kto będzie szukał przepisu na przekąskę z boczkiem w odniesieniu do seksualności i słów tabu? I tutaj wchodzi w grę kwestia podwójnego tytułowania tekstu.

Analizując fajne i mocne tytuły, które przyciągają oko, można zauważyć ciekawą właściwość. Artykuły są często podwójnie tytułowane. Clickbait znacząco różni się od docelowego tytułu tekstu, zamkniętego w standardowym linku. I tak np. Typy komentujących: jesteś Dyktatorem czy Klasyczną idiotką to komentarze-w-sieci. Drugi tytuł jest precyzyjny, dopasowany pod wyszukiwarkę i w prostych słowach wskazuje, o czym jest tekst.

Podwójny tytuł z łatwością ustawisz na wordpressie i bloggerze:





O ile clickbait jest dziełem twórczej inwencji, o tyle drugi, klasyczny tytuł powinien wprost odnosić się do tego, co polubi Google. Innymi słowami, powinien zawierać słowa kluczowe, frazy, które są wklepywane i faktycznie wyszukiwanie przez ludzi. Skąd wiedzieć, o co pytają wujka Google nasi czytelnicy?

Lubicie narzędzia, które ułatwiają pracę? Poznajcie http://answerthepublic.com. Prześledźmy razem, jak je użyć i wyciągnąć z niego jak najwięcej:

  • Wybierz słowo-klucz. Przykładowo, pisząc artykuł o wprowadzeniu do zwiedzania Teneryfy, moją podstawową frazą była „Teneryfa”. Ustawiam język na PL i wpisuję słowo:




  • Po kliknięciu w przycisk „Get Questions” i przejściu dalej, otrzymuję rysunek z najczęstszymi tzw. długimi ogonami w Google. Są one podzielone na pytania i frazy połączone przyimkami.






  • Analizujemy słowa i wybieramy to, które najlepiej pasuje do naszych treści. Do URL-a należy wstawić dokładną długą frazę, aby zwiększyć prawdopodobieństwo, że nasz artykuł pojawi się w Google w TOP10.

Oczywiście, narzędzia http://answerthepublic.com można używać również w drugą stronę – szukając pomysłu na nowy tekst. Chcesz napisać artykuł o Teneryfie, ale potrzebujesz inspiracji, co najbardziej zaciekawi twoich odbiorców? Nic prostszego.

Warto zauważyć, że im ogólniejsze słowo-klucz, tym więcej wyników otrzymamy w Answer the public. Do wyboru, które z nim będzie najbardziej optymalne i o której kwestii napisać w pierwszej kolejności służą bardziej zaawansowane narzędzia, np. Planer Słów Kluczowych w GoogleAdwords. Na początek polecam wybrać precyzyjną frazę i zawęzić ilość potencjalnych opcji  (czyli nie Teneryfa, a Wulkan Teide).

Powyższe narzędzie jest niezastąpione w pracy twórców treści i content marketerów. Jeśli interesuje cię temat i chcesz dowiedzieć się, jak używać planera GoogleAdwords, daj mi znać (mailowo lub w wiadomości na FB), a podrzucę Ci kilka dodatkowych informacji.




*     *     *

Pomagajmy sobie, dzielmy się wiedzą i twórzmy lepsze blogi ;’)

M.

W cyklu Narzędzia do blogowania również:

Bloglovin, dlaczego powinieneś go mieć? (czyli jak obskoczyć spadające zasięgi na FB)


Kanion Antylopy, wiele krzyku o nic?


Kanion Antylopy za każdym razem przyprawiał mnie o dreszcze. Powykręcane formy skalne i soczysty pomarańcz, który zalewał wszystkie zdjęcia. Na planie zakreślałam antylopę w serca, podkreślałam grubą kreską i dygotałam na samą myśl, że wkrótce zobaczę to wszystko sama…

… a jednak oczekiwania trzasnęły z hukiem o rzeczywistość. Pół roku później nieśmiało twierdzę, że Kanion Antylopy był jednym z największych rozczarowań naszego tripa. Wait, what?


Lower Antelope Canyon | zwiedzanie


Ale od początku.

Z Arizoną zawsze kojarzyły mi się dwie rzeczy - Wielki Kanion i Kanion Antylopy. Cuda świata, prawda? Grand Canyon jest jednym z najsłynniejszych parków narodowych USA, wielkie wgłębienie w ziemi, starannie wyrzeźbione przez rzekę Kolorado. Na wschodzie, na terenie rezerwatu Navajo leży tajemnicza Antylopa - od wielu lat najchętniej odwiedzany i fotografowany park plemienny USA.

Praktyczne. Karta America the Beautiful pozwala na wstęp do wszystkich parków narodowych Stanów Zjednoczonych. Kanion Antylopy jest parkiem plemiennym Navajo, w związku z czym jego zwiedzanie wiąże się z dodatkową opłatą.

Należy wiedzieć, że Antylopy są właściwie dwie - górna i dolna. Górna jest większa, droższa i zdecydowanie bardziej oblegana. Decydując się na opcję nr 1, należy z dużym wyprzedzeniem rezerwować sobie miejsce. Z racji tego, że ograniczał nasz budżet i czas rezerwacji, postawiliśmy na mniejszy kanion. Chodzą słuchy, że oba miejsca są porównywalne, więc… po co przepłacać?

Dwa. Żadnego z kanionów nie można zwiedzać na własną rękę. Musisz wykupić przewodnika i dołączyć do wycieczki. Ponoć jest to związane z zagrożeniem wystąpienia zjawiska powodzi błyskawicznej. W przypadku nagłej ulewy kanion bardzo szybko napełnia się wodą, co w przeszłości było przyczyną śmierci jedenastu turystów.

Wstęp do Lower Antelope Canyon (2017): $25 + $8 Navajo permit


Lion head


Ten dzień zaczął się po prostu źle.

W drodze do Antylopy nieoczekiwanie wjechaliśmy w inną strefę czasową. Zegarki przeskoczyły do przodu, a godzina zapasu, którą zakładałam nagle gdzieś wyparowała. Według instrukcji, na zaplanowaną wycieczkę należy się zgłosić z pół godzinnym wyprzedzeniem, czyli… przejedziemy kawał drogi i odbijemy się od drzwi?

Geri docisnął gazu.

Do tej pory wciąż nie wiem, jak to się stało. Gdy dojechaliśmy na miejsce, zegarek grzecznie odskoczył do tyłu. 
Wciąż była 10 i wciąż mieliśmy godzinę to go.

Drugi raz zamarzłam w kolejce do kasy. W całym tym ferworze zapomniałam potwierdzić rezerwację! (Słowem wyjaśnienia, rezerwacja jest free, ale należy ją potwierdzić do 24h przed planowanym wejściem.) Szczęśliwie, pani machnęła ręką i wpisała nas na listę. Za pół godziny widzimy się przed głównym wyjściem ;)


       



Kanion Antylopy był taki jaki, sobie wymarzyłam. Wysoki, poskręcany, miejscami cieśniawy, pofalowany.

To prawda, Kanion Antylopy jest piękny, ale …

Wiecie, że tuż przed zejściem przewodnik dokładnie tłumaczy, jak zmienić ustawienia w aparacie, żeby wyszły naprawdę piękne zdjęcia? Ekspozycja do góry, iso do góry, balans na cienie itd. (sic!)

Wiecie, że po odczekaniu swojego wewnątrz budynku ustawiasz się do następnej 40-minutowej kolejki do zejścia w głąb ziemi?

Wiecie, że całe zwiedzanie polega na przeciskaniu się z miejsca na miejsce, które właśnie opuściła poprzednia grupa? Nie daj boże, ktoś zechce zrobić sobie zdjęcie i blokuje całe przejście. A wkoło wyciągnięte ręce i wystawione aparaty. Zdjęcie za zdjęciem.

Wiecie, że płacicie za przewodnika, który nie mówi NIC, tylko bacznie pilnuje, żeby nie zrobić sobie krzywdy przy selfie na schodach?


Kanion Antylopy jest piękny, ale mam słodko - gorzką refleksję, że jest to jedno z nielicznych miejsc w Stanach, które ładniej wygląda na zdjęciach niż w rzeczywistości.

Cała wycieczka trwała ok. 2 godzin. W czasie tych dwóch godzin czekania i przeciskania się przez szczelinę kanionu (+opłaty za przewodnika) nie dowiedziałam się NIC.

Fajnie tam być, zobaczyć na własne oczy, ale… waham się, czy warto wydać te $25. Internety mówią, że 2018 jest dwa razy droższy ($40 za lower antelope canyon?), więc na tym etapie ocenę zostawiam w waszych rękach.




Na dobicie skręciliśmy w lewo i kilkanaście minut później zaparkowaliśmy pod Horseshoe Bend.

Co to jest? Horsheshoe Bend to zakole kanionu Glen (swoista podkowa), otoczone przez rzekę Colorado. Słynny meander, który każdego roku przyciąga tysiące / miliony turystów. Ponoć największe tłumy zjeżdżają się tu na zachód słońca. My, strategicznie, wysiedliśmy z auta koło 14. Nic z tego. Raz, uderzyła nas fala gorąca. Dwa, fala ludzi, która zmierzała do obranego punktu.

Wszystko pięknie, wszystko ładnie (ale zakole!), tylko te tłumy turystów…
…. i każda osoba, które chce zrobić sobie idealne zdjęcie nad przepaścią.

Krótko mówiąc, nie polecam (tak jak my) wybierać się tam w niedzielę!

2018 przyniesie dodatkowe zabezpieczenia i rurki. Horseshoe Bend już nigdy nie będzie taki sam.









*    *   *

Mam cichą nadzieję, że nie zniechęciłam was do odwiedzenia Antelope Canyon.
To piękne i niesamowite miejsce, tylko organizacyjnie leży i kwiczy. Co myślicie?


Trzymajcie się ciepło, M.

Samochodem po USA, jak wynająć auto bez karty kredytowej?

Kwestią wynajmu auta w USA zaczęłam interesować się na długo przed wylotem. Szukałam informacji w sieci, śledziłam relacje i wertowałam fora. W maju zrobiłam pierwszą rezerwację, którą modyfikowałam i koniec końców, anulowałam kilka tygodni przez rozpoczęciem tripa. Nadgorliwość gorsza od faszyzmu? ;)

Wbrew pozorom, wypożyczenie samochodu w USA nie jest takie trudne. W końcu, ile tysięcy / milionów osób wynajmuje auta każdego dnia? Robi się ciut goręcej, gdy nie posiadasz karty kredytowej.


jak wypożyczyć samochód w USA | z kartą debetową | praktyczne rady


Jak wypożyczyć samochód w USA?


1.    Wypożyczalnia


Prosta sprawa - nie mam i nie chcę mieć karty kredytowej.

Z wiadomych racji, w kręgu moich zainteresowań znalazły się wypożyczalnie, które zezwalają na wynajem auta przy użyciu karty debetowej. W Stanach należą do nich: Alamo, Fox, Sixt i Thrifty. Postawiłam na Alamo - dużą, globalną firmę, którą polecało wiele osób.

Praktyczne. Popularną praktyką jest wynajęcie auta przez pośrednika. Jedną z najpopularniejszych stron tego typu jest rentalcars.com, która pozwala zaoszczędzić sporo pieniędzy. Przed podjęciem ostatecznej decyzji, warto sprawdzić, co dokładnie wchodzi w skład oferowanego deal’u (np. ubezpieczenie).

Przewrotnie, wynajęłam auto przez międzynarodową serwer vipcars.com. Ciężko znaleźć wartościowe informacje na temat funkcjonowania strony, a jednak zaryzykowałam. Dlaczego? Konkurencyjna cena, dwa najważniejsze ubezpieczenia w pakiecie (Collision Damage Waiver* i Extended Protection) i brak dodatkowych opłat za oddanie auta w innej lokalizacji. Strona pobiera opłatę rezerwacyjną, ale pieniądze bez problemu zostają zwrócone na konto w przypadku anulowania rezerwacji (sprawdziłam, 2 razy).

*Ważne: W skład CDW wchodzi ubezpieczenie na szyby i opony, które często jest wykluczone z podstawowej ochrony w innych wypożyczalniach.

Praktyczne. Stany Zjednoczone to świat kuponów i zniżek. Warto zapisać się do newslettera / polubić w kanałach social media profil firmy, w której chcemy wypożyczyć auto. Na Facebook’u VipCars znalazłam kod, który obniżył finalną cenę naszej rezerwacji.

2. Samochód


Po pierwsze wypożyczalnia, po drugie samochód.

W miarę jak zmieniały się nasze plany podróży, zmieniałam zdanie o samochodzie, który powinien towarzyszyć nam w trasie. Ostatecznie wybór padł na Toyotę Camry (full size) - ekonomiczną, a równocześnie (jak sądziłam) dość dużą, żeby pomieścić naszą czwórkę.

Samochód był piękny - pachnący nowością, czarny, z automatyczną skrzynią biegów, a największą radość sprawiła mi jazda na tempomacie. Cudo! Toyota sprawdziła się w każdych warunkach, ale… W rzeczywistości zabrakło nam sporo miejsca. Bagaże ledwie zmieściły się w bagażniku, ba!, wchodziły wyłącznie w jednym ułożeniu, a i tak wiele rzeczy (karimaty, śpiwory, przenośne drewno) musieliśmy upchnąć we wnętrzu auta.

Praktyczne. W Alamo wybierasz klasę, a nie konkretny samochód. Żaden pośrednik nie może zagwarantować ci określonej marki i modelu auta. W praktyce dostajesz samochód z danej klasy, który jest aktualnie dostępny na parkingu wypożyczalni.

3. Koszty


Ile kosztowało nas wynajęcie samochodu w USA?

Za samochód w klasie FULL SIZE na 22 dni wynajmu w wariancie pełny bak do pełnego zapłaciliśmy $670 (przy 4 osobach = ok. $8 /os./dzień). W cenę wliczono ubezpieczenie (CDW, EP), opłatę za oddanie auta w innej lokalizacji (SFO - LAX) i 2 kierowcę* (ponoć, niestety nie mogliśmy skorzystać z tej opcji, bo nikt inny nie miał ukończonych 25 lat).

+ Alamo nie pobrało żadnego depozytu za wypożyczenie auta!

Miesiąc przed wylotem do USA skończyłam 25 lat i złapałam Pana Boga za nogi. Ominęła mnie dodatkowa (bardzo wysoka) opłata za niepełnoletniego kierowcę. Świetnie, tylko że… średnio idzie mi jazda autem. Rozwiązaliśmy ten problem nieoficjalnie.

*Ważne: Jeśli wypożyczasz auto w Kalifornii, drugiego kierowcę otrzymasz w pakiecie. Kwestię reguluje prawo stanowe.




4. I co z tą kartą kredytową?


Kiedy ja spokojnie siedziałam w Santa Cruz i szykowałam się na podróż marzeń, w sieci pojawiło się wiele sprzecznych informacji, czy w Alamo faktycznie wynajmiesz auto bez karty kredytowej. Podrzucane informacje sprowadzały się do jednego wniosku, wszystko zależy od osoby w okienku, wóz albo przewóz. Panie na infolinii nie pomagały.

Zaczęłam się bardzo denerwować, bo przecież nie było opcji, żebyśmy zostali bez samochodu.

+ jeśli nie dostanę auta od Alamo, nie odzyskam opłaty rezerwacyjnej od Vipcars!

Co nas uratowało? Automatyka. Wiele wypożyczalni (w tym ta na lotnisku w San Francisco) oferuje opcję self-service check in. Co ciekawe, kiedy przy ladzie ustawiały się długie kolejki, w okolicy kiosków nie było żywego ducha. Automatyczne kioski do samodzielnej odprawy nie tylko pozwoliły nam ominąć tłum ludzi i zaoszczędzić kupę czasu, ale również sprawnie przejść proces potwierdzenia rezerwacji.

Kiosk bez słowa sprzeciwu przyjął moją walutową kartę debetową, pobrał kasę i wypluł świstek, z którym chwilę później otrzymałam klucze do Toyoty. Podczas wyjazdu z parkingu poproszono mnie o okazanie karty i powrotnego biletu lotniczego.

Praktyczne. Nasze standardowe karty walutowe są wypukłe i przez większość systemów w Ameryce są traktowane jako kredytowe. Zdarza się wręcz, że nie chcą działać jako debetowe i należy wprowadzać je odgórnie jako kredytowe.

5. Zwrot samochodu


Po 22 dniach podróży nadszedł dzień, w którym musieliśmy zwrócić auto.

W jakim stanie oddaliśmy Toyotę? Właściwie, w całkiem niezłym, tylko że… Burza w Dolinie Śmierci zostawiła nam głęboki odprysk na przedniej szybie. Czystość auta (mimo że dwa dni wcześniej zaliczyliśmy ręczną myjnię) też pozostawiała wiele do życzenia.

Warto podkreślić, że Alamo nie naliczyło nam żadnych dodatkowych kosztów z tej racji. Zapłaciliśmy jedynie + $12 za przejazd płatną autostradą. Wypożyczalnia pobrała określoną kwotę z karty bez horrendalnych opłat za usługę.


Czyli generalnie…


… nastresowałam się za wszystkie czasy i wszystko na nic ;)

Przez całą podróż martwiłam się o samochód. Najpierw o jego wynajem, później o swoją jazdę, a koniec końców, o jego bezpieczny powrót do LA. Samochód był wynajęty na moje nazwisko. Nigdy wcześniej nie byłam odpowiedzialna za coś tak wartościowego i ta myśl dręczyła mnie każdego dnia.

Zupełnie nie pomagało to, że miałam nieoficjalną pomoc, notorycznie robiliśmy głupie rzeczy (a to ja zostawiałam telefon przyczepiony do szyby, a to Maria zapomniała zamknąć okno), a często gęsto śmiało szusowaliśmy na trasie, przekraczając dozwoloną prędkość.

Mimo tysiąca czarnych scenariuszy w głowie, wszystko skończyło się po prostu dobrze.

I wiecie co? Bez karty kredytowej też da się przeżyć w Stanach.

(Bardzo) Wielki Kanion

Jakie to uczucie stanąć na krawędzi i zobaczyć coś, szczyt marzeń, który do tej pory znałeś tylko z internetu?

Prze-dziwne.


Grand Canyon | Wielki Kanion Colorado | co warto zobaczyć | jak wygląda Wielki Kanion


W poszukiwaniu campingu odbiliśmy w lewo, na 64-kę, która w prostej linii prowadziła do Grand Kanionu. Szybko wrzuciliśmy kierunkowskaz i skręciliśmy w las, jakieś 15 mil na północ od Williams. Było już późno, kiedy zaczęliśmy wbijać śledzie. W zupełnej ciszy, w ciemności, z dala od cywilizacji.

I daleko od zanieczyszczeń świetlnych. Bez prysznica, bez wygodnego łóżka, a jednak była to jedna z najpiękniejszych nocy mojego życia. Wystarczyło tylko spojrzeć w górę, gdzie migotało tysiące malutkich, świetlistych punktów na tle czarnego, nieprzeniknionego nieba. Gwiazdka na gwieździe, a wśród nich biała łuna - mleczna droga, która tej nocy tuliła nas w pięknym śnie.

Magia dopiero się rozgrzewała.

Praktycznie. W okolicach Wielkiego Kanionu jest kilka darmowych campingów. W czasie podróży korzystaliśmy ze strony https://freecampsites.net, która wiele razy uratowała nam tyłek. W Arizonie skorzystaliśmy z dwóch camp sitów, które śmiało polecam: | 1 | | 2 |









Następnego dnia, po krótkiej wizycie w Williams, obraliśmy kurs na Wielki Kanion. Nareszcie!

Swoją drogą, to ciekawe, jak bardzo różna od moich wyobrażeń okazała się rzeczywistość. Z góry założyłam, że okolice kanionu stanowią wyschnięte gleby i wystające, pomarańczowe skały. Dojechaliśmy na miejsce, a tam… las. Gęsto porośnięte drzewa otaczały nas z każdej strony. Aż ciężko było uwierzyć, że gdzieś tam, pośrodku nich, skrywa się jeden z turystycznych cudów świata.

Ale był. Dziesięć minut w busie i stanęłam na skraju przepaści. Zupełnie jakbym patrzyła na plakat, tak nierealne było to przeżycie. Pod nami i w głąb, daleko na horyzoncie, rozciągał się Wielki Kanion. Ziemia kruszyła się i rozpadała na wysokości moich oczu, tworząc miejsce dla mknącej w dole rzeki Kolorado. Tuż przede mną wyrosło morze skał, pokolorowanych w złoto-różowe pasy, nad którymi raz po raz przelatywały czarne kruki.

Czy istnieje coś piękniejszego niż chwile, w których spełniają się twoje marzenia?









Zwiedzanie południowego brzegu Wielkiego Kanionu (South Rim) można podzielić na dwie części:


  • trekking w głąb kanionu szlakiem Bright Angel Trailhead


Plotki głoszą, że nie należy schodzić w dół kanionu i wychodzić z powrotem w ciągu jednego dnia. Gwałtowna zmiana ciśnień może spowodować poważne kłopoty ze zdrowiem. Dużo osób przecenia swoje siły i w pewnym momencie musi wzywać pomoc.

A jednak na szlaku spotkaliśmy parę, która w ciągu 6 godzin doszła do rzeki i powoli zmierzała ku górze. Jasne, byli zmęczeni, ale uśmiech nie schodził im z twarzy.




  • objazd darmowym shuttle busem po najważniejszych punktach widokowych Hermits Rest Route


Bardzo warto skorzystać.

Z Wielkim Kanionem mam jeden zasadniczy problem. O ile pierwsze spotkanie oceniałbym 10/10, każdy kolejny punkt widokowy zasadniczo nie różnił się od poprzedniego. Nie wnosił nowej jakości do doświadczenia parku. W sumie, czemu się dziwić? Panorama pozostaje ta sama, zmienia się jedynie kąt patrzenia.

Z małym wyjątkiem - Mojave Point, gdzie bystre oko wypatrzy wijącą się rzekę Kolorado (a gdy zamkniesz oczy, usłyszysz jej delikaty łoskot) i gdzie przeżyliśmy drugi, zaraz po Dante’s View, niesamowity zachód słońca.

Kolejne punkty widokowe - ok, ale większe wrażenie zrobiła na mnie gra świateł i cieni, która z godziny na godzinę zupełnie odmieniała scenę przedstawienia.






Po zmierzchu wróciliśmy na camping. Rozpaliliśmy ognisko, a na ruszt wjechała Polska Kiełbasa. Autentyk. W wielu sklepach na terenie całych Stanów Zjednoczonych można znaleźć Polską Kiełbasę - tłuściutki kawałek mięsa, który idealnie nadaje się na grilla. Cóż, można jej sporo zarzucić, ale fakt faktem - po kilku dniach fast food’ów i kanapek z dżemem nie chciałam niczego więcej.

Praktycznie. Na darmowych campingach zazwyczaj nie ma pryszniców, rzadko można spotkać toalety, ale fajnym udogodnieniem są specjalne miejsca na rozpalenie ogniska. Każde takie miejsce wyznacza też camp site na jedno auto.

Z przyjemnością wspominam tamten wieczór. Ogień wesoło trawił drewniany stosik, kiełbasa z każdym kęsem smakowała lepiej, a ja dostałam nowe, indiańskie imię.

Mały łysy kondor. Dlaczego? O tym w kolejnym odcinku. Albo za dwa.





W ciągu kolejnych dni, podróżując przez Utah i Arizonę, szybko przekonałam się, że kanion nie jest tu niczym nadzwyczajnym. Przemierzaliśmy puste drogi, raz po raz mijając kolejne pęknięcia w ziemi. ALE po spotkaniu z Wielkim Kanionem, żadne z nich nie było już wyjątkowe.


*   *   *

Czy Wielki Kanion jest również na waszej bucket liście?


Trzymajcie się ciepło, M.

Małe-duże słowo na 2018

Idea małego słowa (one little word) powstała kilka lat temu i szybko rozpowszechniła się w internecie. Długo nie mogłam uwierzyć, że jedno słowo może zdziałać cuda, ale pozytywny feedback, który od kilku dni rozbrzmiewa na moich ulubionych blogach kazał mi przyjrzeć się bliżej i wziąć udział w projekcie.

O co chodzi? Każdego roku, w styczniu, wybieramy jedno słowo, które będzie nam towarzyszyć przez kolejne 365 dni. Słowo, wokół którego skupiamy nasze myśli i codzienne przedsięwzięcia. A w końcu słowo, które staje się dla nas drogowskazem - wskazuje kierunek rozwoju i obszary, które wymagają od nas więcej pracy.

Idea one little word to magia i siła zamknięta w małym, niepozornym słowie. Jakie jest moje małe-duże słowo na 2018?




Tego roku, jak żadnego innego, znalazłam się na rozdrożu. Broniąc pracę magisterką i zmieniając miejsce zamieszkania, grubą kreską oddzieliłam ostatnie 6 lat studenckiego życia. Zamknęłam piękny okres – spacery po złotych Plantach i leniwą kawę na krakowskim Kazimierzu. Wróciłam do miejsca, w którym zaczęłam tę podróż – z dyplomem w ręku i górnolotnym tytułem magistra.

Ten rok, jak żaden inny, postawił mnie w obliczu szybkich pytań i odpowiedzi. W którą stronę pokierować moje życie? Moje małe słowo na 2018 nie mogło być inne. Stoi przede mną decyzja, a właściwe całe ich mnóstwo.

2018 traktuję bardzo przejściowo - to chwila na złapanie oddechu, analizę marzeń, planów i przyszłych oczekiwań. Jakie decyzje muszę/chciałabym podjąć?


Moje miejsce


Powrót do Rzeszowa w dużej mierze był podyktowany sercem. Cztery i pół roku w związku na odległość to słodko-gorzkie doświadczenie, które niekoniecznie chciałam ciągnąć dalej. Wróciłam, wrzuciłam trzeci bieg i zamieszkaliśmy razem.

W założeniu zmiana miasta nie miała być stała, przynajmniej na rok - ostatni rok studiów G. Niech będzie, szybko znalazłam pracę i zaczęłam układać tu sobie życie na nowo. Rzeszów jest ładnym miastem, niewielką, acz ambitną stolicą innowacji. Mamy nadziemne rondo na pieszych, tęczowy most i grającą studnię na rynku. Dwa, miasto leży na Podkarpaciu, rzut beretem od gór, Krakowa i ukraińskiego Lwowa. Tylko nad morze trochę daleko.

2018 to czas na ważną decyzję. Zostajemy czy ruszamy dalej? A jeśli nie Rzeszów, to co? Polska czy nie-Polska?
Gdzie jest moje miejsce?


Moja praca


Studia psychologiczne nie dały mi odpowiedzi na pytanie, kim będę w przyszłości. Wiem, kim nie będę – psychologiem. Miałam wiele pomysłów, ale każdy następny rok wykreślał je kolejno z listy. Szybko odrzuciłam psychoterapię czy karierę biegłego sądowego jako pomysł na życie. Koniec końców, upodobałam sobie psychologię w biznesie, w działce HR i marketingu.

Tylko, że nigdy nie zdecydowałam, co wolę bardziej.

Od dwóch lat stawiam pierwsze kroki i próbuję różnych ścieżek. Byłam już rekruterem i młodszym specjalistą ds. marketingu. Po powrocie do Polski dostałam dwie propozycje pracy - w HR i w marketingu - i postawiłam na drugą opcję. Niby jest dobrze, a jednak czasem wątpię, że odnajduję się w tym etapowym, korporacyjnym świecie. Z tyłu głowy wciąż tłuką się marzenia o freelance’u, podróżach i fotografii.

A może wymarzona praca jest jeszcze zupełnie gdzieś indziej? To decyzja na 2018.


 

 Mój czas


Paradoksalnie, im więcej mam czasu, tym gorzej sobie radzę z jego organizacją. Łapię się myśli, że dni mijają mi między pracą a leniwym wieczorem z kolejnym serialem i kubkiem herbaty (opcj. kieliszkiem wina). To przecież nie miało tak wyglądać.

A nic nie frustruje mnie bardziej niż uczucie, że marnuję swój czas.

Tkliwie wspominam przeszłe lata – dwa kierunki studiów, praca, jogging na Plantach i małe przyjemności w piątkowy wieczór. Gdzie to zniknęło? Mam listę rzeczy, które chciałabym zrobić, mizerny plan na podbicie świata. Wbrew pozorom to nic dużego, drobnostki, małe codzienne rzeczy, które potrafią zmienić percepcję bycia.

2018 to ustalenie priorytetów i szereg decyzji, jak zaplanować sobie życie. Co odpuścić, a do czego przywiązać większą wagę?
Jak wrócić na właściwe tory?


* * *

Mój 2018 to jedna mała-duża decyzja.
Przerażająca, a równocześnie ekscytująca perspektywa na przyszłe 365 dni.

Jakie jest wasze magiczne słowo na 2018?

Zanim pojedziesz do Arizony


Do Arizony wjeżdżaliśmy dwa razy. Pierwszy raz zapomniałam skręcić w lewo i zamiast Arizona, przy drodze mignęła mi Kalifornia. Coś nie tak, to chyba nie ten stan. Zawróciłam, w prawo i ponad rzeką Kolorado.

Arizona przywitała nas ciszą - pustymi, prostymi drogami, przy których raz po raz przewijało się małe skupisko domów. Otaczała je próżna przestrzeń, spękana ziemia, wyschnięte trawy. Gdzieniegdzie teren szybował ostro w górę, tworząc pomarańczowe skały i górzysty krajobraz stanu. Było już po południu, słońce paliło, rozlewając plamy na horyzoncie, a na jezdni pojawiały się szare osły.

Za drugim razem nie było osłów. Wjeżdzając do Arizony, mijaliśmy cienie i groźne sylwetki, które przycupnęły tuż przy drodze. Wysokie, dumne kaktusy rozkładały szeroko ręce, szykując się do snu. W świetle księżyca, w akompaniamencie kojotów wjechaliśmy do Phoenix.

Tak zapamiętałam Arizonę.


co musisz wiedzieć o Arizonie | co warto wiedzieć | Arizona




Ale (!) Arizona to nie tylko bezdroża, dzika roślinność i zwierzęta, które tarasują ci drogę.

Co musisz wiedzieć o Arizonie?


Route 66, droga-matka


Przez Arizonę przebiega historyczny odcinek kultowej drogi nr 66. Wije się przez małe miasteczka rodem z Dzikiego Zachodu, Oatman, gdzie swobodnie pasą się osły, Kingman, Seligman i Williams. Każde z nich na swój sposób upamiętnia słynną trasę. Są więc kolorowe murale, błyszczące breloczki 66, stylizowane knajpy i muzea drogi-matki.

Trasa 66 z Oatman do Kingman jest jedną z najbardziej malowniczych dróg Arizony. Wciśnięta między góry, pnie się i spada, ostro skręcając tuż nad przepaścią. To długi i dość mozolny odcinek drogi, wzdłuż której porozrzucano garstkę samotnych domów. Kim są ludzie, którzy marzą o życiu w oddali, o życiu w miejscu, w którym nic nie ma?






Tam, gdzie żyje się inaczej


Kalifornia i Arizona, sąsiednie stany, które dzieli wszystko?

Po pierwsze, jest taniej. Po przekroczeniu granicy, cena paliwa spada średnio o $1 za galon. Tańsza jest żywność i koszty wynajmu mieszkania. Nic dziwnego, podatek stanowy (4,5%) jest tu prawie trzykrotnie niższy niż w Kalifornii (13,3%).

Po drugie, swobodniej. W Kalifornii jeździ się z ręką na pulsie. Ludzie sumiennie przestrzegają zakazów i limitów na autostradach. Ponoć ulice patrolują drony, a tabliczki co chwilę ostrzegają o powietrznych siłach. W Arizonie przymyka się oko. Jak stwierdził pan Antek, „dopóki nie zasuwasz, jest ok”.

(A z drugiej strony, to właśnie w Phoenix widzieliśmy auto, które zatrzymało się w połowie wiaduktowej bandy…)

Arizona to świat kowbojów, którzy piją w barach i noszą spluwy za skórzanym paskiem. Czy chciałbyś tu wszczynać burdy i łamać prawo?

I w końcu, polityczna przepaść. W San Francisco przy porcie siedział starszy człowiek z tabliczką Fuck Trump! Przechodnie uśmiechali się i hojnie wrzucali dolary do jego miski. Kalifornia nigdy nie pogodziła się z wyborem nowego prezydenta. W Arizonie - przewrotnie - na każdym kroku znajdziesz czapki Trumpa, a dumne hasło Make America great again bije w oczy ze wszystkich sklepowych witryn.








Światła nad Phoenix


Krok wstecz, porozmawiajmy o stolicy Arizony.

Phoenix jest jednym z największych miast Stanów Zjednoczonych. Leży w samym sercu pustyni, w Dolinie Słońca, otoczone przez góry. Nietypowe położenie chroni miasto przed kataklizmami, ale równocześnie jest przyczyną wysokich temperatur powietrza. Latem większość ludzi ucieka z miasta, szukając ochłodzenia w górach i nad jeziorami. Phoenix to również 4 mln ludzi i największe skupisko Polonii w Arizonie.

Phoenix jest młodą i nowoczesną metropolią nastawioną na przemysł i szybki rozwój. Ciężko szukać tu zabytków i miejsc, do których wzdychaliby podróżnicy. Jest idealnym odzwierciedleniem stanu - miastem, w którym nic nie ma. Co ciekawe, większość ludzi mieszka w niskich domach na obrzeżach Phoenix, codziennie pokonując prawie 30-40 km w drodze do pracy.

Jak żyje się w miejscu, w którym ludzie boją się wypuścić małego psa na ogród w obawie, że upoluje go kojot, wąż lub jakiś drapieżny jastrząb? (;

Do Phoenix przyjechaliśmy z wizytą, odpocząć i nabrać siły przed dalszą trasą. Był domek z basenem, wygodne łóżka i pogaduchy przy lampce wina. Z polecenia odwiedziliśmy park pełen kaktusów i szczerze mówiąc, White Tank Mountain Park to jeden z nielicznych powodów, dla których warto odwiedzić okolice Phoenix.






Skarby Arizony


Można kochać i nienawidzić życie w stanie Arizona, a jednak nikt nie zaprzeczy, że to jeden z najbardziej wyjątkowych skrawków ziemi na całym świecie. Dlaczego?

To właśnie tutaj powstały zjawiskowe formacje skalne, które każdego roku przyciągają miliony turystów z całego globu. Każdy wie i słyszał o Wielkim Kanionie, którego przed laty skrzętnie wyżłobiła rzeka Kolorado. Kto nie marzy o zachodzie słońca w okolicach słynnej podkowy Horseshoe Bend? A trzy lata temu sprzedano najdroższe zdjęcie świata, które Peter Lik wykonał w pomarańczowym Kanionie Antylopy.

To wszystko znajdziecie tutaj, w magicznej Arizonie.