Bloglovin, dlaczego powinieneś go mieć?

Żyjemy w świecie, którego działanie opiera się na technologii. Super-pralka nastawi dobry program prania, smartphone dopasuje światło i temperaturę w domu, a samochód odpali się przyciskiem Start. Wszystko, by nie ruszyć czasem palcem i nie zmęczyć się parzeniem kawy. Wszystko, by ułatwić i polepszyć (?) życie. A jeśli offline wszystko jest łatwe, kompleksowe i dostępne, dlaczego nie przenieść tych praktyk do Internetu? Dlaczego nie skorzystać z bogactwa sieci i uczynić blogowania jeszcze prostszym i komfortowym?

Lubię dzielić się wiedzą. A jeśli znam fajne rzeczy i cenię ich funkcjonalność, dlaczego nie puścić ich w świat? Tak narodził się pomysł na cykl narzędzi do blogowania.


Irytuje cię śmietnik na Twitterze, znikające posty na FB lub Lista czytelnicza, która jest przeznaczona wyłącznie dla użytkowników Bloggera? Irytują cię wpisy, nowinki, które przepadają, jeśli nie jesteś online 24/h? Mam dla ciebie dobre rozwiązanie, przydatne narzędzie dla obu stron – czytelników i twórców treści.


Bloglovin, co to jest?

Bloglovin to platforma, która w jednym miejscu skupia twoje ulubione blogi. Pozwala na bieżąco przeglądać nowe wpisy i szybko selekcjonować, które posty mogą cię zainteresować. Znajdziesz tu samo mięso – główne zdjęcie, tytuł i kilka pierwszych zdań wpisu. Wystarczy, by kliknąć, prawda?

To również pierwsze narzędzie, które odpalam każdego dnia, by przeczytać, co piszczy w ulubionej blogosferze.



Dlaczego Bloglovin jest taki fajny?

  • Na Bloglovin znajdziesz (prawie) wszystkie blogi. Nawet takie, których autorzy nie wiedzą o istnieniu platformy i nie mają tam swojego konta. Sama na bieżąco śledzę kilka stron znajomych, których jestem nielicznym (a często jedynym) obserwatorem.

  • W przeciwieństwie do Facebooka, masz pewność, że nigdy nie pominiesz najnowszych wpisów ulubionych blogów. Posty nie dzielą się na mniej i bardziej popularne, a pojęcie tnięcie zasięgów nie ma tu prawa bytu. Dany post będzie widoczny na twojej głównej tak długo, jak długo go nie przeczytasz.

  • Wybrany wpis możesz skomentować, zapisać w ulubionych lub dodać do stworzonej kolekcji. Bardzo cenię swój album „Podróże”, do którego zbieram wszystkie inspirujące posty na później.

  • Ostatnio zespół Bloglovin udostępnił możliwość bezpośredniego tworzenia postów na Bloglovin i odbierania powiadomień – kto kliknął, przeczytał bądź zapisał twój konkretny wpis.

  • Bloglovin jest kopalnią inspiracji. Za pomocą wyszukiwarki (wg kategorii, kraju lub funkcji „podobny do”) odnajdziesz nowe miejsca w sieci.

  • Na Bloglovin obserwujesz blogi i użytkowników. Możesz podglądnąć kolekcje innych osób, ulubione wpisy i to, co czyta twój ulubiony bloger.




Brzmi fajnie? Korzystacie z Bloglovin? A może znacie inne narzędzia, które ułatwiają poruszanie się po blogosferze?

Trzymajcie się ciepło, M

Error fare, czyli Australia, której nie będzie

Za trzy tygodnie miałam ruszyć na trip życia – polecieć do Irlandii i trzy przesiadki później lądować w australijskim Brisbane. No właśnie, miałam. Szybko skreśliłam majowe plany, a w ręku został mi bilet do Belfastu. W jedną stronę.

błąd taryfowy | błąd cenowy | co robić

Ale od początku…

Błażej poleciał do Australii i w ramach stypendium studiuje w tropikalnym raju. Zwiedza Gold Coast na rolkach, surfuje, a pod okno podlatują mu rozgadane papugi. Wiecie jak to jest - mieć swojego człowieka na drugim końcu świata i nie skorzystać z okazji?! Nie powiem - kusiło, a jednak doskonale wiedziałam, z jakimi kosztami wiąże się tak poważna podróż. Bilet, to raz. Utrzymanie w Australii i zabawa w podróżnika, to dwa. Z drugiej strony, pytanie – kiedy powtórzy się taka opcja? – nie dawało mi spokoju.

Pomyślałam – ryzyk fizyk. Pojawią się fajne (czyt. super tanie) bilety to kupię i pojadę. O koszty pomartwię się później.

I pojawiły się. Tamtej niedzieli siedziałam przed komputerem i nie mogłam uwierzyć. Cena? Świetna. Termin? Idealny. Miasto? Dokładnie to, które chciałam. Tylko ten wylot z Irlandii. G. machnął ręką – jedź. Będziesz żałować, jeśli nie pojedziesz. Ryzyk fizyk. Obiecałam, więc kupiłam. Nigdy wcześniej nie podjęłam tak impulsywnej decyzji. Kupiłam bilety do Australii.

Decyzja o zakupie wywarła na mnie dziwny wpływ. Jasne, cieszyłam się jak głupia, a równocześnie stresowałam i plułam sobie w twarz. Bo taka podróż, bo sama, bo praca, bo magisterka, bo nie mam na to pieniędzy. Powoli oswajałam się z myślą, że spędzę majówkę na drugim końcu świata. Pochwaliłam się tylko garstce osób – tak nierealnie jawiły się te plany. Po tygodniu zaczęłam wdrażać małe, kolejne kroki – dolot do Irlandii, powrót z Londynu.


A potem przyszedł wtorek i wiadomość w skrzynce ze spamem:

We regret to inform you that, due to a fare filing error, your ticket was advertised and issued at an undeniable and recognisably erroneous fare and the airline has therefore annulled it. As a result of this, we regret to inform you that your booking has been cancelled.

Anulowano mój bilet do Australii. Bańka mydlana prysła. I znów - byłam przybita, a równocześnie odetchnęłam z ulgą. Nie pójdę z torbami i może nawet kupię nowy aparat.

Dlaczego cofnięto moją rezerwację? Dlaczego straciłam prawie pół tysiąca złotych? Z własnej woli stałam się ofiarą error fare. Nie zaczekałam, chciałam mieć już, teraz wszystko dograne. Cóż, byłam głupia, a za głupotę się płaci.

Error fare, co to takiego?

Error fare to termin świetnie znany miłośnikom tanich lotów. To „błąd taryfowy” spowodowany awarią lub czynnikiem ludzkim, a po polsku – błędna cena biletu lotniczego, którą ktoś omyłkowo wprowadził do systemu. Z perspektywy podróżnego to nie lada gratka - trafić na error fare i za pół darmo polecieć na drugi koniec świata. Stany za 700 zł, Karaiby za pół koła, Nowa Zelandia za 300 funtów? To wcale nie bajka. Wbrew pozorom takie błędy występują dość często, ale ciężko przewidzieć, kiedy i gdzie się pojawią. Warto być na bieżąco i śledzić portale (fly4free, MlecznePodróże, Tanie Loty), które zajmują się wyszukiwaniem dziur w systemach.

Musisz zdawać sobie sprawę, że kupując bilet w niesamowitej okazji, możesz mieć do czynienia z typowym error fare. Dlaczego? Wóz, przewóz. Przewoźnik, który zorientował się o błędzie może zrobić dwie rzeczy: schylić głowę i zaakceptować bilet lub anulować transakcję, narażając się na złą reputację. W teorii nic nie tracisz - po oficjalnej informacji o błędzie (nawet do dwóch tygodni po zakupie!) firma lotnicza zwróci cały koszt biletu.


O czym należy pamiętać, kupując błędny bilet?

  • Błędy taryfowe pojawiają się i znikają jeszcze szybciej. Jeśli chcesz zaryzykować, musisz zrobić to równie szybko. Płacąc kartą debetową / kredytową, masz większe szanse, że otrzymasz i co ważniejsze, utrzymasz faktyczny bilet elektroniczny (to ten z 13 cyframi).

  • Nie informuj nikogo o napotkanym błędzie, a tym bardziej nie dzwoń do przewoźnika i nie pytaj o anormalną cenę. Im firma szybciej zorientuje się o awarii, tym prędzej wycofa ofertę i anuluje twoją transakcję.

  • Aby skorzystać z error fare, musisz być elastyczny. Nie możesz wybrać dowolnych dat lotu, czasu trwania, ilości przesiadek ani lotniska, z którego rozpoczniesz swoją podróż (i nie, najczęściej nie jest to Polska). Do Australii miałam lecieć przez Belfast, Londyn i Dubaj, w sumie dwie doby.

  • Kupując bilet z błędem, ryzykujesz. Miej to z tyłu głowy i nie popełnij mojego błędu. Wstrzymaj się z zakupem kolejnych biletów (szczególnie takich, których nie możesz zwrócić), rezerwacją noclegów, wynajmem samochodu, aplikacją o wizę itd. Kontroluj i często sprawdzaj status transakcji. Nawet otrzymanie biletu elektronicznego nie gwarantuje utrzymania rezerwacji!

  • Wiele linii zabezpiecza się przed error fare i zastrzega sobie możliwość anulacji biletu. To znaczy, że w przypadku cofnięcia transakcji, nie przysługuje ci żadne odszkodowanie. Możesz próbować, może ci się uda. Najwyżej dostaniesz szczere przeprosiny i wyrazy współczucia „za cały stres, który spowodowała sytuacja”.

  • Co tracisz, gdy linia anuluje twój bilet? W teorii nic. W praktyce koszty przewalutowania (zależy od banku – przez podwójną transakcję walutową w mBanku straciłam ok. 200 zł) + dodatkowe koszty jak drugi bilet, którego nie możesz zwrócisz (ach, ten Ryanair!) czy procent od rezerwacji noclegu.

  • Co zyskasz, gdy linia uhonoruje twój bilet? Niezapomnianą przygodę na końcu świata. Od ciebie zależy, czy zaryzykujesz ;)


A wy podjęlibyście wyzwanie error fare? 

Cześć! M.

5 rzeczy, które musisz zrobić w Bergamo

co zobaczyć | co zrobić w Bergamo | Lombardia

Bergamo często traktowane jest jak miasto gorszej kategorii. Po macoszemu - jak lotnisko, na które przylatujesz tylko po to, żeby wsiąść w autobus do Mediolanu.

Nie tym razem. Będąc we Włoszech, postanowiłam odwrócić role. Na pierwsze miejsce trafiło Bergamo. A Mediolan? Cóż, nigdy nie miał być docelowym miejscem naszej podróży. Ot, miastem, które nawinęło się gdzieś po drodze.

Nie mogłam wybrać lepiej. Zobaczcie listę 5 rzeczy, które trzeba zrobić w Bergamo zanim ruszycie w dalszą drogę.


1. Zgubić się w uliczkach Città Alta

Bergamo zasadniczo dzieli się na dwie części, górną – starszą i dolną – nowszą. Città Alta jest położona w strategicznym punkcie, na wzgórzu, które króluje nad panoramą miasta. To również fragment starego Bergamo i kwintesencja tego, co kojarzy się z włoskim miastem – kamień, bazylika, wąskie drogi i obronne mury.

Na szczyt Città Alta wjeżdżamy kolejką linową, spacerujemy i gubimy się pośród weneckich murów. Zahaczamy o Rocca di Bergamo, uroczy park, z którego rozciąga się widok na śpiące miasto. W ucieczce przed deszczem szukamy schronienia w pobliskiej knajpie. Znów grzeję dłonie o parującą, aromatyczną kawę. Za oknem mignie mały parasol i morze przeciwdeszczowych płaszczów. Wszystko ucicha. I tylko krople spływają po szybie sklepu, w której odbija się świńska głowa z pierścionkiem na czole. Ruszamy dalej, by w końcu, zmęczeni – znaleźć plac zabaw, huśtawkę i z ciekawością posłuchać jak ryczą osły.

Co zrobić w Bergamo? Na chwilę zapomnieć o mapie, zgubić się i krok po kroku odnaleźć miasto.



2. Zjeść  pizzę na kawałki w Il Fornaio

Il Fornaio to jedno z najpopularniejszych miejsc w Bergamo. Znajduje się tuż za Piazza Vecchia i nie sposób minąć je obojętnie. Pizza po lewej, ciastka po prawej, a w głębi parzy się gorzka kawa. Czy można chcieć czegoś więcej?

Przez pierwsze 10 minut wyglądaliśmy tak:


A przez kolejne 10 tak:


By spróbować najbardziej tłustą włoską pizzę ever i przegryźć ją słodką bułą:



Wybrałam ser pleśniowy, szynkę parmeńską i orzechy. Yum i tylko paluszki do oblizania.

Uwaga: cena za ladą jest podawana per 1 etto, czyli 100 gram. Za kawałek (a jest naprawdę spory!) zapłacimy ok. 5 euro.


3. Wdrapać się na wzgórze San Vigilio

Wzgórze San Vigilio jest najpiękniejszym punktem widokowym w mieście. Po wyjściu z kolejki rozciąga się klasyczny, pocztówkowy widok – Città Alta, zapomniane Bergamo i ośnieżone Alpy (jeśli macie szczęście i właśnie nie pada).

Bo jeśli nie macie i właśnie pada, zmarznięte miasto otula się białym puchem:


Zniechęceni pogodą, wspięliśmy się ciut wyżej. Z dobrych restauracji, powyklejanych w gwiazdki i trip advisory, dobiegały spokojne rytmy. Puste blaty postawiane tuż na skraju wzgórza zbierały deszczową wodę, kiedy my obraliśmy kurs na zamek. To tutaj G. znalazł boisko, a ja samotną ławkę w winnej altance. Dla każdego coś dobrego. To tutaj powstało jedno z najładniejszych zdjęć naszego wyjazdu. I, ekhm, to nie ja je zrobiłam.





Jak dotrzeć na wzgórze? Piechotą, korzystając z drogi wzdłuż muru bądź drugą kolejką Colle Aperto. Wystarczy, że przetniesz wskroś Città Alta i przejdziesz przez bramę Porta San Alessandro. Przystanek funicolare jest tuż za rogiem.

Obie kolejki są wliczone w koszt całodziennego biletu miejskiego (5 euro). Aż żal nie skorzystać. 


4. Spróbować Polentę, czyli żółte ciastko z ptaszkiem



Bergamo pożegnaliśmy cappuccino i małym, żółtym ciastkiem.

Polenta to tradycyjny deser z Bergamo: krem czekoladowy z masłem i orzechami oblany marcepanem i posypany żółtym cukrem. Na jego wierzchu słodko zasnął mały ptaszek (który w większości przypadków kojarzy się z kozim bobkiem, pardon).

Serio! Zerknijcie tutaj i powiedzcie, że nie.


5. Odbić w bok do Mediolanu

Długo zastanawiałam się jakie słowa najlepiej oddadzą, co czuję do Mediolanu. Znalazłam jedno – obojętność. Nie powiem, że lubię, nie lubię, to piękne czy brzydkie miasto. Przyjęłam je chłodno, z dystansem.

A jednak wciąż się upieram, że warto pojechać. Bo mimo setek relacji, kto będzie wiedział lepiej od ciebie czy, a nuż, nie zostawisz tam swojego serca?

Moja przygoda z Mediolanem zaczęła się po prostu źle. Wyobraź sobie, że zmęczony i głodny szukasz przez półtorej godziny dobrego miejsca na obiad. Szukasz, błądzisz, by w końcu i tak wrócić do punktu wyjścia. A kto mnie zna, ten doskonale wie, że głodna M. równa się bardzo zła M.

Wyobraź się, że z przygotowanej listy zobaczysz dwie atrakcje pełne ludzi. Pod katedrą (chociaż piękną, nie powiem!) czujesz się jak w pułapce dla turystów. Co krok ktoś wciska ci plecione bransoletki lub ziarno dla ptaków, z którymi zrobisz sobie najpiękniejsze zdjęcie. A potem wkurzony, że nie chcesz, ciska tym ziarnem o ziemię.

Wyobraź sobie, że pod koniec dnia chcesz tylko jednego – czekoladowych lodów z najlepszej lodziarni w Mediolanie. Nie będziesz sobie żałował, wybierzesz wypasione lody z dodatkami. Odczekasz w kolejce 20 minut, po czym dostaniesz… naleśnika z waflu. Z nutellą, piernikiem i bitą śmietaną, której nienawidzisz.



Uspokajam, G. zjadł wafla, a ja po kolejnych 20 minutach miałam swoje wymarzone lody. Jogurtowe, malinowe, czekoladowe, w wafelku oblanym białą czekoladą i z czystym sercem polecę Cioccolati Italiani.

Byliście w Bergamo? Co znalazłoby się na waszej liście must do?

Trzymajcie się ciepło, M.

Harry Potter i Przeklęte dziecko - recenzja

Lumos!

Pomyśl przez chwilę. Możesz wskazać jedną książkę, którą chcesz wymazać z pamięci i przeczytać od nowa. Co wybierzesz?

Moja odpowiedź jest szybka i prosta. Wybieram Harry’ego Pottera.

Doskonale pamiętam Mikołajki, w które otrzymałam pierwszą część zakazanej sagi o młodym czarodzieju. Pamiętam noce i zapaloną lampkę oświetlającą karty kolejnych, obszernych tomów. Czekoladowe żaby, magiczny pociąg i bliznę błyskawicę. Pamiętam dreszcz ekscytacji na karku małej M. wtulonej w fotel kinowej sali. Pamiętam koszmar, który budził mnie nocą po odrodzeniu Voldemorta. Pamiętam też Ostre Strongi, które kilka lat później wciągałam na przedpremierze Insygni Śmierci. Pamiętam wszystko i wiele bym dała, by móc to przeżyć od nowa.


Harry Potter, tuż obok Jeżycjady i Stowarzyszenia Wędrujących Dżinsów, był ważną częścią mojego dzieciństwa. Z tym większą ciekawością przyjęłam wieść o kolejnej, ósmej części przygód w świecie czarodziejów. Okej, od początku byłam świadoma dwóch rzeczy: autorką książki nie była J. K. Rowling (chociaż jej nazwisko zajmuje większą cześć okładki), a forma zdecydowanie odcinała się od tradycyjnej prozy.

Do książki zabrałam się na spokojnie, z lekkim opóźnieniem i ostudzeniem Potterowskich żądzy.

Harry Potter i przeklęte dziecko to scenariusz sztuki, którą po raz pierwszy wystawiono ubiegłego lata w londyńskim Palace Theatre. Dramat jest kontynuacją Insygniów Śmierci, w którym główne skrzypce gra najmłodszy syn Harry’ego Pottera, Albus Severus. Chłopiec od dziecka zmaga się z niepowodzeniami i rodzinną presją, która niebezpiecznie zwodzi go na ciemną drogę. Na skutek jego akcji, po dwudziestu dobrych latach, nad sceną znów pojawia się mroczne widmo Voldemorta.

Czy warto sięgnąć? Tak, ale… pod jednym warunkiem. Nie oczekuj od niej zbyt wiele.

Książka znów przeniosła mnie do magicznego świata, który tak dobrze zapamiętałam z lat dzieciństwa. Znów biegałam po Hogwarcie i z niecierpliwością oglądałam rozwój zdarzeń. Rozkoszowałam się każdym zdaniem, każdą kwestią, bo to znów był ten Harry Potter, którego pokochałam przed wieloma laty. Sama historia jest ciekawa, postacie dobrze nakreślone, a akcja trzyma w napięciu do samego końca.


Po tylu latach bez Harrego to było niezwykłe przeżycie znów wrócić do tego magicznego świata. I mimo, że postaci postarzały się, a ich losy potoczyły się w wielu przypadkach nie tak jak się spodziewałam to pochłonęłam książkę jednym tchem. @angelika_adreamerslife


A jednak w opowieści zabrakło mi czegoś świeżego – nowej jakości w Potterowym świecie. Mam wrażenie, że wszystko już kiedyś było. Zmieniacz czasu, patronus, turniej trójmagiczny, eliksir wielosokowy i zielona Avada Kedavra. Zawsze podziwiałam Rowling za wyobraźnię, która stworzyła magiczną rzeczywistość. Na tle pozostałych części Przeklęte dziecko wydaje się tylko płytką powiastką, która nie dorówna do pięt poprzednikom. 


Niektóre fanficki są lepsze od tego scenariusza... @ewelina.sylla


Wiem, że wiele osób zarzucało książce formę dramatu. W tym punkcie chciałabym wyjść naprzeciw i obronić Przeklęte dziecko. Nie lubię pytania „co by było, gdyby”, tak jak nie rozumiem słów Szkoda, że La la land był musicalem / Szkoda, że nowy Potter jest scenariuszem. Przyjmuję dzieło takim, jakim jest i w ten sposób je oceniam. Pomyśl - dziwnie byłoby wytykać Picasso, że Guernica jest dziełem kubistycznym lub Dali’emu, że nie był realistą.

Nie lubisz musicali? Nie oglądaj. Nie lubisz dramatów? Nie czytaj.

Przyznaję – sama lubię dramaty (Tektonika uczuć i Schmitt, mój bóg!). Ósmą część Harry’ego Pottera czytało się inaczej, ale wciąż bardzo dobrze.


Nie wytrzymałam do polskiej premiery i przeczytałam po angielsku, a w dodatku jak do niej zasiadłam to oderwałam się dopiero jak skończyłam. Jasne, że można mieć różne odczucia zarówno co do formy jak i treści, ale cudownie było się przenieść znowu do dobrze znanego i lubianego świata :) @lawyerkapl


Czytaliście? Grosik za wasze myśli i wrażenia.

Trzymajcie się ciepło, M.

Nox!

Share week 2017

Share week 2017

O co chodzi? Share Week to świetna inicjatywa Andrzeja Tucholskiego, w ramach której – krótko mówiąc – twórcy polecają twórców. O samej akcji przeczytacie więcej tutaj.

W Share Week’u chciałam wziąć udział już w zeszłym roku, ale banalnie przespałam termin. Przespałabym i tego roku, gdyby nie Hania i jej polecenia. Dzisiejszy poranek przywitał mnie kubłem zimnej wody. Jak to, minął już tydzień, a ja dalej o niczym nie wiem?! Spinam więc tyłek i piszę.

Wbrew pozorom bardzo trudno przyszło mi wybrać te trzy best - najlepsze blogi, które wpłynęły na moje blogowanie i postrzeganie świata. Blogi, które inspirują, są ważne i wnoszą nową jakość do mojego życia. Na kogo padło?




Są trzy powody, dla których blog Eli zdominował moje zestawienie: wyprawa przez Amerykę Łacińską (ścisłe top 3 moich podróżniczych marzeń), zdjęcia wschodu słońca nad Doliną Monumentów (którymi mogłabym obkleić pół pokoju) i cięty język (za sprawą którego każda relacja nabiera ostrego smaku chili, a nawiasem mówiąc, bardzo lubię chili). Żaden blog tak jak Nieśmigielska.com nie inspiruje mnie do dalszej pracy nad zdjęciami, oglądania życia przez wizjer aparatu i podróży na kraj świata.


Świat według Rostków był pierwszym wyborem zeszłego roku. Nie zliczę godzin, podczas których wertowałam historię poślubnej podróży dookoła świata Sandry i Rafała. Malownicze zdjęcia przeplatały relacje i przygody po drugiej stronie globu. Wiecie, nigdy nie marzyłam o tak długiej i, w gruncie rzeczy, karkołomnej drodze. Nigdy nie chciałam rzucać wszystkiego i jechać przed siebie. Dopiero Rostki obudzili we mnie tęsknotę za turkusową, filipińską wodą, tequilą przegryzaną meksykańskim taco i ptakami emu na australijskiej drodze.




Po długiej debacie trzecie miejsce przypadło Angelice. Dlaczego? Za inspirację w rozwijaniu bloga, za ideę slow life, którą - pomału, bo pomału – staram się przemycać w moim życiu i za odwagę w podążaniu za marzeniami. Angelika zrobiła to, czego (dam sobie rękę uciąć!) większość pragnie, a nie ma dość siły powiedzieć głośno. Razem z mężem rzuciła dotychczas spokojne, uporządkowane życie i postawiła wszystko na jedną kartkę – poszukiwanie szczęścia. Mocno trzymam kciuki za Australię i każdą przygodę, która wykluje się gdzieś po drodze.


Ponadto, chciałabym wyróżnić pięciu twórców:

Haniako za wrażliwość, gorącą herbatę i bloga, który utula jak ciepły koc

Oopssidedown za sanktuarium słoni i zasianie we mnie magii jeziora Como

Zapiski ze świata za życie moim życiem ;) i niegasnącą miłość do Walencji

Powerpinkyx za wyzwanie took a pic i gonitwę za marzeniem

Europabistro za historię z korkociągiem i gorącą czekoladę u Turnaua


* * *


Bierzecie udział w Share Week 20017? Koniecznie podzielcie się linkiem.

M.

Jezioro Como razy pięć

praktycznie | rady | co warto zobaczyć nad jeziorem Como

W ostatnich dniach nauczyłam się ważnej rzeczy – źle się czuję, jeżeli nie czekam na jakiś wyjazd. Od kwietnia wyglądałam lotu na Teneryfę. Żyłam każdym dniem, odliczając i ciesząc się w duchu jak mały dzieciak. Jeszcze tylko miesiąc, tydzień, trzy dni! W styczniu dopadła mnie nuda i znużenie. Wróciłam, nie miałam na co czekać.

Znacie ten stan? Zaczęłam przeglądać tanie loty i jakoś tak nagle (ekhm, zupełnym przypadkiem) wpadły mi w ręce bilety do Bergamo. 125 zł w dwie strony. Zadzwoniłam do G. i impulsywnie kliknęłam ‘Kup’. Hej, a więc znowu lecimy do Włoch. Marcowy weekend jawił się niczym błogosławieństwo na tle monotonnych, identycznych dni w pracy. Zakasałam rękawy i zaczęłam robić to, co lubię najbardziej… planować.

A lecąc do Bergamo, nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie zobaczyła Lago di Como. Dlaczego?

Zobaczcie pięć powodów, dla których warto odwiedzić Jezioro Como.

Lierna


Como


Lecco


Varenna


Bellagio

 

Informacje praktyczne


Jak dotrzeć nad jezioro Como?

Bergamo Mediolan to jedna z najtańszych destynacji, do których dolecimy z Polski. Ceny biletów zaczynają się już od 35 zł w jedną stronę. Z dworca Bergamo co godzinę odjeżdża pociąg do Lecco (koszt: 3,60 euro). Miasteczko położone jest tuż nad jeziorem Como i stanowi świetną bazę do penetrowania okolicy.

Jak poruszać się między miasteczkami?

Pociągiem. Koleje regionalne kursują wzdłuż całego zachodniego brzegu jeziora. Bilet z Lecco do Varenny kosztuje 2,90 euro. Co jak co, ale na pociągi w Lombardii nie można narzekać. Są tanie, komfortowe i punktualne.

Varenna, Bellagio i Menaggio stanowią swoisty trójkąt bermudzki jeziora Como. Pomiędzy miastami regularnie kursują promy. Koszt biletu za jeden przejazd: 4,60 euro. Jeżeli planujecie intensywne zwiedzanie, warto rozważyć opcję nielimitowanych promów na trasie Lenno – Tremezzo – Villa Carlotta – Cadenabbia – Bellagio – Menaggio – Varenna za 15 euro.

Do Como dojedziemy autobusem, którzy odjeżdża spod dworca w Lecco. Przy okazji zahacza o każdą przydrożną wioskę, a sama podróż trwa około 1,5 godziny. Bilet w jedną stronę kosztuje 3,40 euro.

Gdzie nocować nad jeziorem Como?

Z całego serca polecam mieszkanie Luiselli w malowniczej Liernie. Miejsce jest piękne (za widok z okna można zabić!), a gospodarze przeuroczy. Sama Lierna jest malutkim miasteczkiem z jednym marketem, sklepo-kawiarnią Sister’s i barem, w którym pizzę robi się między 19 a 20.15. Jest spokojna, nieturystyczna, a pod ogromnymi willami siedzą grzecznie lamborghini. Ale co najważniejsze – jest dobrze skomunikowana i leży zaledwie dwie stacje od Varenny.

Apartament wynajęliśmy przez serwis Arbnb za 45zł/noc/os. Wciąż możecie skorzystać z mojego zaproszenia. Przy rejestracji otrzymacie 23 euro na pierwszą podróż o wartości minimum 300zł. Po wykorzystaniu bonusu, otrzymam 12 euro gratis, a wy będziecie mogli zapraszać innych i oszczędzać na kolejny wypad. Brzmi nieźle? Zarejestruj się.  

O czym trzeba pamiętać, wybierając się nad Como?

Raz – o tradycyjnej, włoskiej sjeście. Wszystkie lokale (w tym restauracje i sklepy) są zamykane o 13/14 i otwierane dopiero pod wieczór.

Dwa – w restauracjach do rachunku dolicza się tzw. coperto, dodatkową opłatę za obsługę. Obowiązkowy napiwek wynosi ok. 1-2 euro za osobę.

Trzy – pogoda, jak to w górach, lubi się zmieniać. Chociaż prognoza straszyła nas deszczem trzy dni pod rząd, padało tylko w sobotę. W kolejne dni cieszyliśmy się pięknym słońcem ;)

No i nie zapomnijcie – pijcie dużo włoskiej kawy!
M.