Ahoj, na północ 2

Otworzyłam oczy, budząc się w pochmurnym i deszczowym Bilbao. Nadszedł w końcu ten moment, kiedy hiszpańska pogoda przestała mnie rozpieszczać. Raz, dwa, zebrałam swoje rzeczy i pożegnałam się z Mariną i Irene, które specjalnie po to, by uściskać mnie przed dalszą drogą, zerwały się z łóżka o tak wczesnej porze. Na dworcu czekał już na mnie Sergio, umówiony przez blablacar instruktor fitness, który miał mi towarzyszyć przez następnie dwie godziny i bezpiecznie odstawić w kolejnym punkcie na mojej liście. A więc w drogę do San Sebastian! W międzyczasie dowiedziałam się, dlaczego tutaj - na północy - każde z miast nosi podwójną nazwę. Dwie nazwy, dwa języki – castellano y euskera. Każda kastylijska nazwa ma swój odpowiednik w języku Basków, co w przypadku San Sebastian od razu rzuciło mi się w oczy, jako że praktycznie każdy nazywał go zamiennie Donostią. Rzecz odnosi się do każdego miejsca, tak więc spotykamy się, choć już nie tak często, z Bilbo (Bilbao)  czy Gasteiz (Vitoria), co stanowi jeden z licznych przykładów silnego poczucia autonomii baskijskiej. Sergio okazał się świetnym kompanem podróży, przez pewien okres swojego życia mieszkał w Polsce, i oczywiście jak większość Hiszpanów, mógł pochwalić się że TAK, on również miał polską dziewczynę. Żegnając się, życzył mi pięknych wspomnień z Kraju Basków i poprosił, bym następnego dnia dała mu znać, czy wszystko jest w porządku. Tym miłym akcentem rozpoczął się kolejny dzień mojej podróży; podróży, podczas której, dzięki tylu wspaniałym ludziom, ani przez chwilę nie odczułam, że jestem tam przecież zupełnie sama.  

Wspomnienie Andrei, mojego kolejnego hosta - 19-letniej studentki kryminologii z ekwadorskimi korzeniami - wciąż nieodmiennie powoduje uśmiech na mojej buzi. Początkowo właściwie nie miałyśmy okazji lepiej się poznać. Po wspólnie spędzonym poranku przy gorącej kawie, uzbrojona w lustro, opuściłam jej mieszkanie sama, zostawiając Andreę nad książkami. Jej mieszkanie znajdowało się w odległości 10-minutowego spaceru od słynnej concha, jednego z najbardziej rozpoznawalnych miejsc na północy Hiszpanii. Mowa o plaży w kształcie muszli, która otacza Zatokę Biskajską, z obu stron ograniczona górami, z których można podziwiać jej niesamowity kształt – Monte Urgull i Monte Igueldo. Wybór padł na drugą z nich z prostej przyczyny. Ze względu na moją lokalizację, mogłam do niej bardzo szybko dotrzeć, a ponadto na jej szczyt, za drobną opłatą (bodajże 3 euro za przejażdżkę tam i z powrotem) wywoziła turystów mała kolejka, Fenicular, co znacznie pozwoliło mi zaoszczędzić i tak już mocno ograniczony czas. Na górze jedną z dużych atrakcji miasta stanowi lunapark wybudowany w 1911 roku, słynący z renomy najstarszego wesołego miasteczka w Kraju Basków. Panorama miasta, która rozciąga się ze szczytu Monte Igueldo, lekko przysłonięta wierzchołkami drzew, robi wrażenie. Niestety długo nie przyszło mi się nią cieszyć. Niebo zaszło szarymi chmurami, na głowę garstki turystów spadła drobna mżawka, a biała mgła otuliła wierzchołek góry, mocno ograniczając widoczność. Rozłożony parasol pozwolił mi jeszcze przez chwilę podziwiać widoki z każdej strony góry - strome zbocza, wzburzone morze i rozbijające się fale. Jak można się spodziewać, gdy tylko z powrotem zjechałam w dół, deszcz ustał, a niebo zaczęło powoli się rozjaśniać. Szczęście podróżnika ;)  U stóp Monte Igueldo znajduje się symbol północnego miasta, zbiór rzeźb Chillidy umieszczonych w skale, tak zwany Grzebień wiatru, El peine del viento.C U D O z wielkich liter. Przez dłuższą chwilę stałam zapatrzona, jak rozbijają się  o nie pieniące fale, tak wysokie, że od czasu do czasu wpadały na mały placyk poprzedzający to widowisko, ochlapując przy tym ludzi, którzy zdecydowali się podejść zbyt blisko. Jedna z nich zaskoczyła również i mnie, zalewając mi lustro i zostawiając w przemokniętych ciuchach przy niecałych 10 stopniach i braku możliwości przebrania. Perfecto, wiem, że jestem nierozgarnięta, ale żeby aż tak, despistada!

concha | Kraj Basków | Donostia
Monte Igueldo

Donostia


El peine del viento




Wytarłam lustro najstaranniej jak potrafiłam i schowałam głęboko do torby. Miałam nadzieję, że nie przypłaci „życiem” chwili mojej nieuwagi, i już wysuszony, będzie dalej działał bez zarzutu. Niestety, co jak co, nie jest to mały wydatek. Przemoczone ciuchy nie poprawiały mojego komfortu, ale prawdę mówiąc, cała sytuacja powodowała we mnie raczej śmiech niż wielkie zamartwianie. Postanowiłam się tym nie przejmować i nie pozwolić sobie zepsuć tego, mimo wszystko, pięknego dnia. Aby dostać się do Starego Miasta, czekał mnie długi spacer wzdłuż plaży, wzdłuż concha. Wdychając morskie powietrze i robiąc milion zdjęć, obserwowałam szalonych surferów, których tutaj, o tej porze roku!, nie brakowało. Korzystali z dobrodziejstw tego magicznego zakątka, fal pod niebo podchodzących do samego krańca plaży i rozbijających się o pobliskie budynki. W czasie swojej wędrówki minęłam położony na małym wzniesieniu pałac Miramar – punkt widokowy, a przy tym doskonałe miejsce na mały piknik podczas słonecznego popołudnia. Do podnóża drugiej góry dotarłam już długo po południu. Stojąc przy barierce, patrząc na całą drogę, którą pokonałam i czując głaskanie morskiej bryzy na mojej twarzy, rozkwitło we mnie TO uczucie. Uczucie, przez które robimy, to co robimy. Uczucie, które popycha nas coraz dalej. Uczucie, w którego poszukiwaniu, posuwamy się do głupich i niebezpiecznych rzeczy. Uczucie, że żyję.

Tuż przed małym portem, odbiłam w prawo i oddalając się od wybrzeża, zagłębiłam się w labirynt wąskich uliczek Starego Miasta. Pogoda znów zaczęła się pogarszać, więc postanowiłam schronić się w jednym z barów i spróbować, ponoć najlepszych tu, tapas – małych kromeczek z różnymi dodatkami, bardziej przystawek niż normalnego posiłku. Wybrałam trzy najbardziej kolorowe i najsłodsze wino z karty. Prawdą jest, że San Sebastian jest jednym z najdroższych miast Hiszpanii. Widać to na każdym kroku, chociażby po cenie pintxos, której w tej części Hiszpanii kosztują dwa, trzy razy więcej niż w innych miastach. Jadłam bez pośpiechu, dając odpocząć zmęczonym nogom. W międzyczasie, widząc, że jestem sama i z pewnością nietutejsza, zagaił do mnie przemiły kelner. Właściwie nasz kontakt zaczął się odrobinę wcześniej, kiedy wskazywał mi, gdzie znajdę najbliższy bankomat, a później zgodził się podładować i popilnować mi telefon. Pytał skąd jestem, co tutaj robię, opowiadał swoją historię. Z wyglądu przypominał mi L., mojego nauczyciela hiszpańskiego, ciemne włosy, karnacja, ten sam szelmowski uśmiech. Dorabiał jako kelner, choć poza godzinami pracy wskakiwał w piankę i udzielał lekcji surfingu. Za to uwielbia Donostię – za ogromne fale, dzięki którym rozwija swoją pasję. Po chwili do naszej rozmowy włączył się drugi kelner. Napomknął, że szkoda, że nie zostaję do jutra na święto św. Tomasza, cuando se toma más! Restaurację opuściłam naładowana pozytywną energią, wychodząc wprost na zalaną deszczem ulicę. Pogoda pokrzyżowała moje plany. Zamiast wspinać się na drugą górę, wróciłam do Andrei. 





Ratusz
Ayuntamiento

Kiedy zapukałam do jej drzwi, biedna Andrea dopiero kończyła się uczyć. Szybko nawiązałyśmy dobry kontakt, rozmawiałyśmy i rozmawiały, a tematy mnożyły się bez końca. Opowiadałam jej o tylu pozytywnych rzeczach, które zaskoczyły mnie w tym mieście, o ludziach tak ciepłych i bezinteresownych. Śmiałyśmy się ze zderzenia z falą, po którym, szczęśliwie, aparat odzyskał swoją sprawność. Usłyszałam o licznym rodzeństwie Andrei, rodzinie z Pampeluny, o najlepszej przyjaciółce, swoją drogą Polce, która studiuje na Uniwersytecie Wrocławskim, o studiach, które ją pasjonują i dalekich planach na przyszłość . Gdy zapadł zmrok, z powrotem, tym razem  już wspólnie, zawędrowałyśmy na Stare Miasto. Dołączył do nas Pablo, Hiszpan z Santanderu studiujący kulinarię. Zabrali mnie w odrobinę inną część Donostii, by pokazać jeden z ostatnim punktów, który pozostał do odznaczenia na mojej liście – Kursaal. Jak wyczytałam wcześniej, jest to miejsce, które najlepiej odwiedzić właśnie już po zmroku, kiedy zapalają się światła i postmodernistyczny budynek, który za dnia sprawia wrażenie wręcz brzydkiego, zupełnie zmienia swoje oblicze. Nie mogłam więc trafić tam w lepszym momencie. Na koniec dnia pełnego wrażeń, nic nie wchodzi lepiej niż zimne piwo przy rockowych rytmach i opowieściach „co tam się dzieje w tej twojej Polsce”. Z Hiszpanii wróciłam ze zwyczajem picia piwa con lemón, czyli z czymś w rodzaju cytrynowej fanty. Był to dla mnie jedyny ratunek w kraju, w którym pojęcie ‘sok do piwa’ nie istnieje. Pobujaliśmy się chwilę we trójkę przy latynoskich rytmach i w doskonałych nastrojach wrócili do mieszkania tą samą trasą, którą pokonywałam tego ranka. San Sebastian żegnał mnie przepięknie oświetloną conchą.

Kursaal





blog comments powered by Disqus