Ahoj, na północ 3

Pożegnalne uściski z Adreą, zapewnienia, że zawsze będę tu mile widziana (i vice versa) i nieubłaganie biegnący czas, który wyganiał mnie z jej mieszkania. Przede mną jawiło się widmo długiego i intensywnego dnia. Już za 24 godziny miałam siedzieć na pokładzie samolotu, który po 4 miesiącach w końcu zabierze mnie do domu. Ale nie uprzedzajmy faktów. Po drodze czekała mnie wizyta w Pampelunie, przesiadka w Saragossie i szybkie doładowanie akumulatorów w Barcelonie. Wychodząc od Andrei, padły na mnie pierwsze promienie hiszpańskiego słońca. Po wczorajszych burzach i szarawej aurze nad miastem, byłam mile zaskoczona, a jednocześnie odczułam delikatne ukłucie w serduszku, że nie mogę tu dłużej zostać – w tym cud miejscu i w otoczeniu cud ludzi. Niebo coraz bardziej się rozjaśniało, a ja zmierzałam na dworzec, gdzie po zawiłych próbach, udało mi się umówić z Irmine, kierowcą z blablacar. Początkowo bardzo ciężko było nam zamienić kilka słów, a co dopiero dograć miejsce spotkania, jako że Irmine okazała się Francuzką w średnim wieku, której znajomość hiszpańskiego czy angielskiego była bliska zeru. Jeszcze przed  wyjazdem, Benoit, walencki współlokator, był zmuszony bawić się w mojego tłumacza. Miałam ogromne wątpliwości, w jaki sposób poradzę sobie na miejscu już bez niego. Szczęśliwie, w ten niedzielny poranek, okazało się, że jeden z pasażerów Irmine, również Francuz, jest w stanie swobodnie ze mną porozmawiać i to on, od tej chwili, odpowiadał na moją kulawą komunikację z kierowcą. Droga minęła mi bardzo przyjemnie, w ciszy i spokoju. Podziwiałam przepiękne krajobrazy, które przesuwały się za oknem - skąpane w słońcu górzyste tereny, zupełnie jak polskie Bieszczady. Do stolicy Nawarry dotarłam w okolicach południa. Irmine, po mojej prośbie (mapa i palec TU TU TU), zostawiła mnie na dworcu autobusowym, w idealnym miejscu do dalszych eskapad.

Pamplona znana jest przede wszystkim z sanfermines, hiszpańskiego święta ku czci patrona miasta, św. Firmina, które jest co roku obchodzone między 6 a 14 lipca. Jeden z najbardziej charakterystycznych elementów tego wydarzenia, stanowi encierro, uliczny bieg byków i uciekających przed nimi ludzi - ochotników, którzy niejednokrotnie przypłacają tę zachciankę obrażeniami ciała, a w skrajnych przypadkach, nawet życiem. Uradowana widownia dopinguje śmiałków z balkonów, gdzie miejsca, choć w wysokiej cenie, rozchodzą się jak świeże bułeczki. Grupa biegaczy prowadzi byki na plaza de toros, gdzie wraz ze zmierzchem dnia, rozpocznie się barbarzyńska corrida. Sanfermines zyskało duży rozgłos dzięki jednemu z dzieł E. Hemingwaya, za co pisarz, po dziś dzień, jest traktowany jako kluczowy przedstawiciel miasta, a na każdym kroku można natknąć się na drobne elementy i symbole wyrażające ogromną wdzięczność mieszkańców za rozsławienie Pampeluny. Wiele osób ostrzegało mnie, że poza lipcową fiestą nie mam czego tu szukać. Kilka budynków na krzyż i basta. Pamplona? Tylko na Sanfermines. I, stety niestety, patrząc z perspektywy czasu na moją podróż, muszę przyznać im rację.

encierro | Pamplona | Nawarra
Monumento al encierro



Na iruńskim dworcu znalazła mnie Agata, trzecia i ostatnia już couchserferka. Wpadła lekko spóźniona, zgubiwszy się wcześniej w mieście, po którym miała mnie oprowadzać ;) Roztrzepana, z burzą ciemnych włosów i uroczym uśmiechem na buzi. Spędziłyśmy w swoim towarzystwie zaledwie kilka godzin, spacerując po centrum i chłonąc informacje jedna od drugiej. Agata mieszkała od kilku miesięcy w Pamplonie, aktywnie zajmując się wolontariacką pracą z dziećmi. Popołudniem tego samego dnia, w którym miałyśmy okazję się poznać, wyjeżdżała do pobliskiej wioski w górach, gdzie organizowała spotkanie z baskijskim św. Mikołajem. Miała mieć tam na sobie narodowy stój basków, długą granatową spódnicę do połowy łydki i białą bufiastą koszulę z czerwonymi elementami. Gorąco mnie namawiała, bym jej towarzyszyła i choć ten pomysł bardzo mi się uśmiechał, musiałam odmówić. Nie było cienia szansy, bym zdążyła wrócić na czas na autobus, który miał zabrać mnie w dalszą podróż. Agatę określiłabym jako typ człowieka drogi. Wszędzie jej pełno. Zafascynowana ludźmi, ich historiami i kulturą, na bazie której się kształtują, goni wciąż do przodu za potrzebą znalezienia swojego miejsca w świecie. Na jej koncie zapisało się już wiele szalenie spontanicznych autostopów i couchsurfingowego doświadczenia. Opowiadała mi o dziejach Basków, o nastrojach politycznych, tradycyjnych czarnych beretach, które wskazywała mi na głowach mijających nas osób. Pampeluna stanowi pod tym względem szczególny przypadek - miasto, zamknięte w rejonie Nawarry, mianujące się jego stolicą, podczas gdy mentalność jego mieszkańców chyli się ku Krajowi Basków. Ludzie czują w krwi swoją przynależność do Basków, będąc jednocześnie nazywani nawaryjczykami. Agata oprowadziła mnie po zakamarkach Iruñi (euskera), opatrując je swoim komentarzem. Przemierzyłyśmy razem trasę wspomnianego wcześniej encierro i pozostałości murów, które okrążały niegdyś główną część miasta. Rozpościerała się z nich piękna panorama Pamplony, miasta zanurzonego w górach. Agata zwróciła moją uwagę na jeden ze szczytów, gdzie znajdowało się opuszczone już dziś więzienie oraz jeden z mostów pod nami, Most św. Magdaleny, miejsce, gdzie rozpoczyna się trasa pielgrzymki do Santiago de Compostella. Widziałam z zewnątrz ogromną katedrę, nad która praca trwała tak długo, że jej poszczególne części prezentują cechy zupełnie innych stylów architektonicznych. Na pożegnanie otrzymałam kawałek własnoręcznie przyrządzonego, wegańskiego ciasta bananowo-czekoladowego. Nie muszę mówić jak przepysznie rozpływał się w ustach i jak bardzo ucieszyłam się na propozycję małej dokładki :)

Pampeluna

Pampeluna

Pampeluna

Dwa całusy w oba policzki i znów zostałam sama. Wróciłam w okolice dworca, zaraz obok którego wznosi się potężna Cytadela. Czas, który pozostał mi do odjazdu autobusu, spędziłam wspinając się po jej gwieździstych ramionach i maszerując pośród pięciu bastionów i pozostałości budowli obronnej. Tuż za nią zieleni się park, gdzie atrakcją stały się żyjące na wolności jelenie.  Spłoszone, ukrywają się przed ludźmi, więc trzeba mieć sporo szczęścia, by się na nie natknąć. Ostatnie godziny minęły mi w pięknie już oświetlonym centrum, kupując świąteczne turrony dla rodziny i zajadając się hiszpańską tortillą (czyt. omletem z ziemniakami). Pamplona zapisała się w mojej pamięci jako piękne miasto, pełne historii i niesamowitych tradycji. Z chęcią odwiedziłabym je jeszcze raz, tym razem jednak koniecznie podczas Sanfermines.

W kierunku Saragossy odjechałam blisko dziewiątej. Pod rękę z Marquezem i jego „Miłością w czasach zarazy” przetrwałam 24 godziny podróży. Nareszcie mogłam zakopać się pod grubą pierzyną w moim łóżku – tym najbardziej wymarzonym. A moja podróż, mimo że samotna, okazała się jedną z najcudowniejszych rzeczy, które w ciągu minionego Erasmusa, dane mi było przeżyć. 

Cytadela, Pampeluna
Ciudadela

Plaza del Castillo


Pampeluna

blog comments powered by Disqus