One time in Madrid

Październik 2014

Słońce powoli wspinało się po widnokręgu, a my już czekałyśmy przy Plaza de toros na chłopaka z blabla, który miał podrzucić nas do stolicy. Skoro spędzałyśmy tutaj, w Walencji, pięć miesięcy naszego życia, nie mogłyśmy przegapić takiej okazji i nie odwiedzić jednego z najważniejszych miast Hiszpanii. Zwłaszcza teraz, gdy Adán, z którym Kinga zaprzyjaźniła się jeszcze w Polsce, oferował nam dach nad głową, dwie miękkie kanapy i siebie w roli przewodnika. W Madrycie po raz pierwszy udało mi się postawić swoją stopę 5 lat temu podczas wycieczki z liceum organizowanej przez L. Przywiozłam z niego pakunek dobrych wspomnień. Co prawda, samo miasto nie wzbudziło we mnie wówczas wielkiego zachwytu, ale jego okolice – Toledo (!!!), Eskorial i Segowia, już tak. Być może ma to dużo do czynienia z faktem, że generalnie nie lubię dużych stolic. Nie lubię miejsc, gdzie życie zbyt szybko ucieka nam przez palce, a ludzie przepychają się miedzy sobą na ulicach. Nie lubię miejsc, które przytłaczają i w dobitny sposób uświadamiają Ci, że jesteś tylko nic nieznaczącym małym człowieczkiem, małą anonimową mrówką. Tak więc, ani Madryt,  Lizbona,  Paryż, ani polska Warszawa nigdy nie znalazły dla siebie miejsca w moim sercu. Niemniej jednak, trochę już bardziej dojrzała i świadoma swoich ocen, dałam Madrytowi kolejną szansę, białą kartę, by znów spróbował otoczyć mnie swoim czarem.

Do Madrytu dotarłyśmy koło południa za pośrednictwem blablacar.es. Jest to jeden z tańszych i zdecydowanie najbardziej przyjemnych sposobów podróżowania w Hiszpanii. Wypróbowałam tu, do wyboru, do koloru, autobus/pociąg/rower/samolot/autostop, więc wiem o czym mówię. Z tego co się orientuję, choć w Polsce również istnieją usługi tego typu, carpooling zdecydowanie nie jest tak popularny jak na Półwyspie Iberyjskim. Przynajmniej dopóki ktoś mądry nie postanowi go opodatkować ;)

Adán zgarnął nas ze stacji. Po miłym przywitaniu, zabrał nasz bagaż i skierowaliśmy się w stronę centrum. Opisywał nam najważniejsze budynki, które mijaliśmy po drodze. Wczuł się w rolę prawdziwego przewodnika – tu trochę historii, tu jakaś anegdotka. Fascynował się Madrytem, mimo że sercem wciąż był przy swoim rodzinnym mieście, Saragossie. Przed moimi oczami przesuwały się znajome obrazy i zanim się obejrzałam stałam znów na Puerta del Sol – głównym madryckim placu. Właściwie nie znajduje się tam nic specjalnego, klasyczna figura niedźwiedzia sięgającego po owoce na drzewie poziomkowym, którą znajdziemy również na herbie miasta, oraz słynny „punkt zero”, od którego mierzy się wszystkie odległości w Madrycie. Duże wrażenie robią modernistycznie zabudowane wejścia do metro. To tutaj, na tym placu, w jedną z najgłośniejszych nocy sylwestrowych gromadzi się tłok ludzi, by połknąć 12 winogron, po jednym na każde uderzenie zegara. Wchodząc w głąb miasta, znaleźliśmy knajpkę o przyjaznych cenach, gdzie jak gorąco polecał nam Adán, koniecznie musiałyśmy spróbować kanapek z kalmarami (bocadillos con calamares) z ostrym pomarańczowym sosem (salsa brava) . Zaraz obok znajdowała się Plaza Mayor, tego dnia nieco rozkopana, otoczona przeróżnego typu kawiarniami i słynny posąg Filipa III. Co dziwne, w jednej z tamtejszych restauracji kelner nie zgodził się podać nam samej kawy. Pora obiadowa, to przecież można tylko jeść! Wróciliśmy na Sol, w samą porę, by złapać metro i odjechać do mieszkania Adana.     


Madrid
Puerta del Sol




Tapas | Kalmary| Kanapki z kalmarami
Bocadillos con calamares

Plaza Mayor



Chwila na złapanie oddechu, odświeżenie się i już byliśmy z powrotem na mieście. Co jak co, ale w ciągu tych trzech dni chciałyśmy maksymalnie docisnąć każdą minutę. Do ogrodów Parque de Retiro dotarłyśmy wraz z zachodem słońca. Raz, dwa, i zrobiło się zupełnie ciemno. Jest to jedna z niewielu rzeczy, które tak dobrze zapadły mi w pamięć po pierwszej wizycie w Madrycie – że niebo gaśnie tu i rozjaśnia się w mgnieniu oka. Rozświetlone Retiro to, moim zdaniem, jedno z najpiękniejszych miejsc na wieczorne spotkanie w stolicy. Przebywaliśmy głównie w okolicy prostokątnego stawu i półkolistej kolumnady. Po drugiej stronie parku leży Kryształowy Pałac, bardzo ciekawy zabytek, którego niestety plan zwiedzania Adana nie obejmował L W powrotnej drodze na Sol, przystanęliśmy przy la, la, la, Puerta de Alcalá na „foto tiempo”. Madryt nocą to zupełnie inny Madryt, roziskrzony, błyszczący i głośny.  Szczególnie piątkową nocą, kiedy nie idzie przecisnąć się wśród ludzi zgromadzonych na Puerta del Sol. Skręciliśmy w boczne uliczki, by znaleźć coś do jedzenia. Oczywiście co? Słodyyycze! I z dos cervezas con lemón, por favor zakończyliśmy pierwszy madrycki dzień.

Kolejny dzień zapowiadał się bardzo intensywnie. Naładowani energią z porannej kawy , już o 10 byliśmy gotowi, by zdobywać świat. Tuż niedaleko mieszkania Adana wznoszą się dwie chylące się ku sobie bliźniacze wieże (114 m!), Puerta de Europa. Znajdujące się obecnie na nich banery skorumpowanych banków odbierają im wiele uroku i tego „wow”. Popatrzyliśmy, podumali i znów skierowaliśmy się do metro. Następny przystanek – Plaza de España nie zachwyciła. Być może patrzyłam na nią przez pryzmat tego, co już widziałam, ale jedyna Plaza de España istnieje dla mnie w Sewilli. Nad naszymi głowami wznosił się Edificio de España, potężny wieżowiec o 26 piętrach. W chwili budowy w 1948 r. piastował miano najwyższego budynku w Madrycie. Po przeciwnej stronie znaleźliśmy fontanny i mały stawik uwieńczony pomnikiem Cervantesa i wykreowanej przez niego słynnej postaci Don Kichota. Jakimi byłybyśmy filolożkami, jeśli nie wygrzebałybyśmy się na piedestał i nie pstryknęły tu zdjęcia? Z Don Kichotem próbowałam zmierzyć się kilka razy, w końcu klasyka to klasyka. Zawsze jednak kończyło się na tym samym. Nie wiem, czy bardziej przerażał mnie rozmiar opasłego tomiska, czy raczej odrzucały dziwnie „komiczne” przygody bohaterów, którzy przykładowo w jednym rozdziale wymiotują na siebie nawzajem. Cóż… Kilka kroków dalej położona jest Świątynia Debod, element tak wyróżniający się na tle pozostałych zabytków miasta. Dopiero niecały miesiąc temu z usta Niemca Timo poznałam jej historię. Tempo de Debod została ofiarowana Hiszpanii w XX wieku przez rząd Egipski jako prezent za pomoc europejskiego państwa przy ocaleniu świątyń nad Nilem. Odbudowaną ją  na skarpie w Parque de la Montaña, skąd rozciąga się widok na dużą część miasta. W środku świątyni można odnaleźć różne sale poświęcone kultowi egipskich bogów, Izydzie i Amonowi. Warto zajrzeć tam nie tylko za dnia, ale również i nocą, kiedy zostaje pięknie podświetlona. Niewiele brakowało, a wrócilibyśmy tam tego wieczoru w zupełnie innym celu ;) 

Puerta de Alcalá

Madrid



Edificio de España


Tempo de Debod


W końcu stanęliśmy przed barokowym gmachem Pałacu Królewskiego, który niewątpliwie stanowił ważny punkt, must see, naszej wycieczki. Pałac, wybudowany w XVIII w. przez Filipa V, jest oficjalną rezydencją króla Hiszpanii, choć dużo łatwiej spotkać tam rzesze turystów niż samego władcę. Za wejście na wewnętrzny dziedziniec otoczony loggia zapłaciliśmy 5 euro. W cenę wliczony był również wstęp do pałacu i do poszczególnych komnat zamienionych na kształt niby muzeum. Choć oczywiście wszędzie obowiązywał zakaz używania aparatów, nie przeszkodziło nam to zrobić kilku nielegalnych zdjęć w sali tronowej. Mnie, jak zwykle w takich miejscach, najbardziej oczarowały kryształowe żyrandole wiszące tuż nad naszymi głowami. Kiedy byłam tu po raz pierwszy, w odbiorze miejsca przeszkadzały przemieszczające się tu i tam dźwigi. Tego dnia wszystko było tak, jak powinno. Po wizycie w pałacu postanowiliśmy wrócić jeszcze raz do Retiro, by tym razem popodziwiać park w pełnej okazałości. Zresztą, jaka pora jest lepsza do zrobienia dobrych zdjęć, niż środek dnia z wysoko górującym słońcem? Po stawie przesuwały się niebieskie łódki, a my cieszyliśmy się piękną pogodą, spacerując dookoła. Ostatnio, podczas Tygodnia Kina Hiszpańskiego, uśmiechnęłam się sama do siebie, widząc bohaterów w owej typowej łódce na jednej ze scen „10 000 nocy”. Nawiasem mówiąc, chyba nigdy nie polubię hiszpańskiej kinematografii.

Tego popołudnia w Madrycie miały miejsce Gran Derbi, mecz między FC Barceloną a Realem Madrid. Gdziekolwiek spojrzeć, migotały piłkarskie koszulki i czarno-pomarańczowe szaliki. Każdy pub zapełniony był po brzegi fanami wpatrzonymi z uwagą w telewizor i ściskającymi kufel piwa w wolnej ręce. Nawet Adán zostawił nas same, by na spokojnie obejrzeć mecz w swoim mieszkaniu. W międzyczasie spotkałyśmy się ze znajomym Kingi, który przebywał tam na Erasmusie i Meksykankami, Amalią i Fernandą, które zbiegiem okoliczności również spędzały ten weekend w stolicy. Trafiłyśmy do bardzo studenckiego baru z kubełkiem pięciu 0,3 za 5 euro, gdzie już po meczu odnalazł nas Adán. W tak przyjemnej atmosferze, rozmawiając i przekrzykując się, minął nam wieczór. Dziewczyny proponowały, żebyśmy razem z nimi przenieśli się na botellón do Tempo de Debod. Z myślą, że dołączymy do nich później, w pobliskim sklepie kupiliśmy sangrię i w poszukiwaniu ustronnego miejsca, oddaliliśmy się nieco od centrum. Wybrane przez nas miejsce okazało się niestety mało ustronne i naszą wesołą zabawę przypłaciliśmy mandatem. Mandatem, a raczej jak stwierdził pan policjant, pamiątkowym świstkiem … na dobrą kwotę ok. 300 euro od osoby. Nasze dane spisywał z kart ESN, sam przyznając, że szansa, aby ktokolwiek się nami zainteresował jest równa zeru. Komu się przecież będzie chciało ruszyć tyłek i szukać osób z zagranicy? Tym oto sposobem zostałyśmy polskimi chuliganami J Sangrię dokończyłyśmy w drodze powrotnej i z McFlurrami w brzuszkach uznałyśmy, że jak na jeden dzień wrażeń wystarczy nam aż nadto. No te duermas, Adán!

Niedziela uciekła nam, zanim się obejrzałyśmy. Rano zahaczyliśmy o rasto, największy uliczny pchli targ w Madrycie. Czego tam nie było, na czele oczywiście z masą ludzi. Nasze zakupy ograniczyłyśmy do używanych i przede wszystkim bardzo tanich książek. W moim posiadaniu znalazła się biografia Corteza, hiszpańskiego konkwistadora – zdobywcy Meksyku. Zdążyłam przeczytać z niej zaledwie kilka pierwszych stron, bo, koniec końców, na odjezdne podarowałam ją Benoit  ze względu na limit nadawanego bagażu, który i tak, jak okazało się później na lotnisku,  przekroczyłam. Kinga z Adanem zdążyli skoczyć jeszcze do Prado (dla studentów gratis), podczas gdy ja wygrzewałam się na murku przed wejściem do muzeum. Zarówno Prado, jak i Muzeum Królowej Zofii odwiedziłam już przed pięcioma laty. Wciąż doskonale pamiętam ogromną Guernicę Picasso i zwłaszcza dla niej, z wielką chęcią zaglądnęłabym do Królowej Zofii drugi raz. Przed odjazdem do Walencji wróciliśmy do naleśnikarni, by w tak przepyszny sposób pożegnać się z Madrytem.

Madryt jest niewątpliwie pięknym miastem, przyznaję bez bicia. Jednak wciąż uparcie stoję przy swoim i stwierdzam, że TAK, można spędzić w nim kilka cudownych chwil, ale zdecydowanie NIE, nigdy nie zdecydowałabym się w nim mieszkać i żyć.

Palacio Real




Parque de Retiro





blog comments powered by Disqus