Zakochać się w autostopie 1

Wrzesień 2013

Nigdy wcześniej nie przyszłoby mi do głowy, że pewnego dnia po prostu spakuję plecak, wyjdę z domu i przesiadając się z auta do auta postawię stopę w Hiszpanii. Ba, mało powiedziane – przemierzę wzdłuż cały Półwysep Iberyjski, by spojrzeć z gibraltarskiej skały na wyłaniające się z chmur szczyty Afryki. Nigdy nie pomyślałabym, że do pokonania ponad 7 tysięcy kilometrów wystarczy tylko szczery uśmiech i odrobina szczęścia. Zwłaszcza, kiedy rzuca się na głęboką wodę i bez krzty doświadczenia, proponuje  Hiszpanię – bo piękna, kulturowo odrębna i z językiem, który powoli zapuszczał korzenie w mojej głowie. Pełna podekscytowania, do kresów świadomości zepchnęłam widmo ścigającego mnie czasu i fakt, że w Hiszpanii stopowanie wlecze się jak krew z nosa. A wszystko zaczęło się od jednego majowego sms-a od K. z propozycją trasy, jeszcze lepiej, bo do Turcji. Z reguły działam spontanicznie i nie dopuszczam do siebie negatywnych myśli ‘co by było gdyby…’, więc autostop? jasne, tak! przygoda życia itd., ale z odrobiną racjonalnego myślenia, może nie od razu do Azji.

Po drodze pojawiło się kilka komplikacji, ale ostatecznie stanęło na wrześniu. Termin wydawał się idealny - dwa ostatnie tygodnie września, po drugich terminach, ciepłe i słoneczne, ale już nie tak upalne, z ilością turystów zmniejszoną o połowę. Plan był jasny – wykorzystać maksymalnie te 14 dni, zobaczyć dużo, spróbować paelli, spać na plaży i wykąpać się w oceanie. Mieliśmy namiot, kartony z markerami i plecaki naładowane słodkimi bułeczkami. Czego więcej nam było trzeba?

autostop | hiszpania | podróż

W poniedziałek z samego rana byliśmy już na trasie. Zaczęliśmy z przytupem i ogromnym szczęściem. Akurat  tego dnia, z Rzeszowa do Gliwic kursował mąż dawnej nauczycielki z liceum, który zgodził się zostawić nas na stacji przed zjazdem z autostrady. Kolejny stop złapał się sam, zanim zdążyłam wrócić z łazienki. Pan, widząc nasze plecaki wystawione na chodnik, podszedł i zaoferował podwózkę. Szło szybko i sprawnie, nawet pomimo wysadzenia nas w pewnym momencie na środku autostrady. Koło południa byliśmy już na niemieckiej granicy, skąd znów szczęśliwie zabrał nas pan kierujący się bezpośrednio do Drezna. W dźwiękach niemieckiej muzyki, K. uciął sobie drzemkę, a ja zostałam poddana nauce rejestracji samochodowych. Jak stopuje się w Niemczech? Szybko, sprawnie i najczęściej na duże odległości, pod warunkiem, że ktoś, nawet mimo najlepszych chęci, nie zwiezie cię nagle z autostrady, nie rozumiejąc o co chodzi z tym całym petrol station. Z jednej strony, wśród natłoku dróg i miliona oznaczeń bardzo łatwo można się zgubić, zwłaszcza będąc takim specem od orientacji jak ja ;) (tak, tak, za mapę szczęśliwie odpowiadał K.) Natomiast, z drugiej, bliskość naszej ojczyzny sprawia, że co krok nawijaliśmy się na polskie rejestracje, a kto pomoże Polakowi na obczyźnie jak nie drugi Polak? Nawet jeśli śpieszy się na spotkanie biznesowe i sam do końca nie wie, dokąd jedzie (phh, ważne , że GPS wie). Ostatnie niemieckie kilometry pokonaliśmy właśnie w ten sposób i wraz z nastaniem nocy znaleźliśmy się rzut beretem od granicy francuskiej. Całkiem nieźle jak na jeden dzień. Myśląc już o odpoczynku, zrobiliśmy ostatnią rundkę po parkingu w Karlsruhe. Szczęście nas nie opuszczało, bo zaraz znaleźliśmy polskiego tirowca, który właśnie odbijał na Francję. Chciał zrobić jeszcze 300 kilometrów i zatrzymać się na nocleg już na francuskiej ziemi. Sen zmorzył mnie na tyłach kabiny, podczas gdy K. zabawiał kierowcę rozmową i nie pozwalał mu zasnąć za kółkiem. Dopiero kolejnego dnia dowiedziałam się, jak niebezpiecznie to wyglądało. Nasz miły pan na chwilę zamknął oczy i otrzeźwił go dopiero błysk flesza z autoradaru. Zaraz zatrzymał ciężarówkę i wysiadł, by porobić parę przysiadów na świeżym powietrzu. Cali i zdrowi dojechaliśmy jednak na parking w Besancon, gdzie cała trójka, smacznie śpiąc, doczekała nowego dnia.  

Wtorek przywitaliśmy, dzięki gościnności pana tirowca, ciepłym śniadaniem i herbatą z miodem. Po pierwszej nocy spędzonej w kabinie ciężarówki, wciąż nie mogłam nadziwić się życiem kierowcy, toczonym w małym pomieszczeniu, które służyło mu za sypialnię, salon i kuchnię jednocześnie. Powoli zostałam wprowadzona w ten dziwny świat, rządzący się swoimi regułami, które i tak łamie się na każdy możliwy sposób. Dowiedziałam się, jak oszukuje się nałożone ograniczenia i jak dużą rozrywkę podczas monotonnej drogi stanowi wyprzedzanie drugiego tira na trasie (co swoją drogą tak bardzo irytuje kierowców osobówek). Na parkingu w Besancon przesiedliśmy się do drugiej, również polskiej, ciężarówki i razem z nią dojechaliśmy pod Lyon. Od tego momentu droga szła już zdecydowanie trudniej i oporniej. Na stacji pierwszy raz natknęliśmy się na innych stopowiczów, którzy utknęli tam na kilka godzin. K. próbował szczęścia, siedząc na barierce i wymachując polską flagą, za co policja szybko sprawdziła go do pionu. Ok, ok, nic nie rozumiemy, nie będziemy już rozpraszać kierowców. Skończyło się małym upomnieniem. Minęło trochę czasu, aż pojawiło się pewne francuskie małżeństwo. Dogadaliśmy się na migi i z ogromnymi uśmiechami na buzi zapakowaliśmy się na tylne siedzenie, bo oto przed nami rysowało się wspólne 300 km. Porozmawiać, nie porozmawialiśmy, pomimo usilnych wysiłków Francuzki. Cóż, nawet jeśli mówiła do nas bardzo powoli i wyraźnie, wciąż nie rozumieliśmy francuskiego ;) Była kochana, po drodze wczuła się w rolę przewodnika i pokazywała dzieciom z Polski wiatraki i elektrownie atomowe. Z przyjemnością obserwowałam rosnący z każdym kilometrem wskaźnik temperatury. Pożegnaliśmy się na dużej stacji przed Montpellier. Tutaj również nie było tak łatwo. Już, już prawie zgodził się nas zabrać Rosjanin z blond czupryną, który jechał do pracy do Barcelony, kiedy jego żona krótkim ‘nie’ ucięła naszą rozmowę. Szczęście znalazło nas gdzie indziej, pod postacią sympatycznego chłopaka z dużym śliniącym się psem. W rytmach reggae ruszyliśmy dalej. K. tonął w ślinie psa na tylnym siedzeniu, a ja słuchałam opowieści o rzuceniu szkoły przez problemy z marihuaną. Chłopak wysadził nas w Perpignan i zostawił swój numer telefonu, na wypadek gdybyśmy potrzebowali pomocy w drodze powrotnej. Zapadła noc, a stacja była niewielka. K. zorientował się, że podział gdzieś swój śpiwór, co zmusiło go do wydania, w tak głupi sposób, pierwszych euro. Jeden z śpiących tirów zaproponował nam podwózkę do Barcelony z samego rana. Tak więc, mając już jakiś plan, zdecydowaliśmy, że zanim rozbijemy namiot, popytamy pojawiających się od czasu do czasu kierowców. A nóż. Byłam już gotowa na prysznic (2 euro) i spanie, gdy na stację zajechał van z zespołem swingowym. Chłopaki śmiali się, że chętnie nas wezmą i wyrzucą gdzieś w drodze do Madrytu, muszą jednak poczekać na decyzję kierowcy. W czasie tej rozmowy podbiegł do nas zwariowany mężczyzna ze słowami, że wraz z koleżanką ruszają właśnie do Barcelony. Pojawił się mały problem – była nas w sumie czwórka, a siedzenia tylko trzy. Polecił nam zapakować się do przodu, a sam, z naszymi bagażami i piątką psów, wgramolił się na pakę vana. To był zdecydowanie jeden z najbardziej zwariowanych autostopów, który mieliśmy doświadczyć w czasie tej podróży. Dziewczyna opowiadała nam, że właśnie przeprowadza się z Barcelony na południe Francji, gdzie dużo łatwiej przyjdzie jej zarobić na życie. Pracuje na ulicy jako, tak zwana, żywa figura. Ma rocznego syna z Polakiem, który, koniec końców, ich porzucił. Dzieliła się wskazówkami, jak sprytnie przyoszczędzić i oszukać system, czy to jeżdżąc pociągiem, metrem czy tak jak w tej chwili, samochodem na autostradzie. Na hasło „nie bójcie się”, na chama przejechała przez barierki na granicy, podczas gdy szlaban odbił się od dachu vana. Stwierdziła, że jest obywatelką Hiszpanii, a francuska policja ma związane ręce, choćby nawet miała zdjęcie z jej numerami rejestracyjnymi. Tej nocy nie dotarliśmy do Barcelony. Zatrzymaliśmy się gdzieś w drodze, by rozbić namioty i odpocząć. Koło drugiej nad ranem obudziło nas światło latarki i nakaz wylegitymowania się. Z naszymi dokumentami było wszystko w porządku, więc wróciliśmy do namiotu. Rankiem okazało się, że nasz nowy przyjaciel, Carlos, wypuścił nocą na zewnątrz psy, które rozbiegły się we wszystkich kierunkach. Pobliscy mieszkańcy, zaniepokojeni faktem pojawienia się znikąd zgrai zwierząt, zaalarmowali policję. Cisnąc się we trójkę na dwóch siedzeniach z Carlosem, który przygotowywał nam mapę Barcelony, przed południem dotarliśmy w końcu do miasta.

2900 km, 2 + kawałek dnia, 16 stopów

Barcelona, Barcelona. Katalońska stolica Gaudiego. Ulubione miasto autostopowiczów. W tamtej chwili do pełni szczęścia brakowało mi tylko gorącego piasku i szumu morskich fal. Rozbiliśmy się na plaży na uboczu miasta. Słoneczko oplatało nas swoimi promieniami, a ja wciąż nie mogłam uwierzyć, że TU jestem, że to dopiero początek, chociaż tak dużo było już za nami. Klasyczna kąpiel pod plażowym prysznicem i byliśmy gotowi ruszyć w miasto. Jak przystało na fankę Gaudiego, w planie naszej wycieczki musiałam zawrzeć Sagradę Familię i bezapelacyjnie Park Guell. Sagradę, wciąż niedokończoną bazylikę, obejrzeliśmy tylko z zewnątrz. Jej wnętrze, pozostawione naszej wyobraźni, musi zniewalać z nóg. Ktoś powiedział mi kiedyś, że zostałby gorliwym katolikiem, gdyby tylko mógł spędzać każdą mszę św. w murach Sagrady Familii. Do Parku Guell, położonego na wzniesieniu w północno-centralnej części miasta, dotarliśmy autobusem. Po odrzuceniu głupiego pomysłu K., żeby zostawić nasze plecaki w jednym z polskich autokarów (zbierającym ludzi i odjeżdżającym za niecałą godzinę!), wkroczyliśmy w ten magiczny świat. Coś, co kiedyś miało być osiedlem dla bogatej burżuazji, dziś stanowi jeden z najpiękniejszych parków miejskich w Europie. Falujące formy obsypane migoczącymi kamieniami, niby królewskie fortyfikacje, uroczy domek, niegdyś zamieszkiwany przez samego Gaudiego oraz słynny symbol parku – ogromna salamandra przy schodach prowadzących do głównego pawilonu. Na szczycie ogrodu, podziwiając widok na całą Barcelonę, zarządziliśmy krótką sjestę. Było tak bardzo warto wgramolić się tu z całym dobytkiem na plecach. K. próbował namówić mnie na wizytę w Camp Nou. Okej, od czasu do czasu lubię zobaczyć FC Barcelonę, ale w życiu nie wydam 17 euro, żeby zobaczyć zieloną murawę i puste trybuny. Broniłam się argumentem, że wolałabym zapłacić trzy razy więcej, ale chociaż obejrzeć mecz z prawdziwego zdarzenia. Miałam wielkie szczęście wypowiadając te słowa, bo właśnie tego dnia, tego jedynego dnia w Barcelonie!, miało miejsce spotkanie Ligi Mistrzów. FC Barcelona grała przeciwko Ajax Amsterdam. Zdaliśmy sobie sprawę z tego faktu późnym popołudniem na La Rambla, zewsząd otoczeni niebiesko-czerwonymi barwami. I tak oto, niezwykłym zrządzeniem losu, mała M. znalazła się na stadionie (i to gdzie!), by przeżyć swój pierwszy mecz (i to jaki!) na żywo. Miejsc (wysoko, za jedną z bramek) nie mieliśmy rewelacyjnych, ale atmosfera wypełnionego po brzegi Camp Nou jest nie do opisania. Barcelona z Messim na czele rozgromiła przeciwnika 4-0, a wrażeniom tego dnia nie było końca. Po meczu, dotarłszy na dworzec Barcelona Nord, gdzie zostawiliśmy wcześniej plecaki, odbiliśmy się od zamkniętych drzwi. Zostaliśmy sami w obcym mieście z kilkoma podręcznymi rzeczami przy boku – żadnego namiotu, żadnego śpiwora, żadnej cieplejszej odzieży do narzucenia. Nie wyglądało to dobrze, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt dopiero co przebytej ponad 50-godzinnej podróży. No, ale co, głowa do góry – do 4 nad ranem jakoś przeżyjemy. Zaopatrzeni w Pringelsy i nielegalnie kupioną sangrię, spacerowaliśmy po wyludnionej o tej porze La Rambli, docierając aż do portu. Dlaczego nielegalnie? W Hiszpanii panuje dziwny zakaz sprzedaży alkoholu po, bodajże, godzinie 22. Kupione napoje musieliśmy szybko chować i najlepiej jak najszybciej wynieść się ze sklepu. Alternatywną stają się w tym wypadku chińczyki i ciemnoskórzy panowie sprzedający piwo na ulicy.

Sagrada Familia

Park Guell




Sjesta time!



Camp Nou




Barcelona zawsze będzie mnie napełniać miłymi wspomnieniami, mimo że tak naprawdę ledwie zdołaliśmy jej liznąć. Miałam plan wrócić tam z początkiem roku. Znalazłam już nawet couchsurferkę, która chciała zaopiekować się mną podczas tych kilku dni. Niestety zdrowie nie dopisało. Plany pokrzyżowała mi okropna reakcja alergiczna, która skutecznie zniszczyła mi ostatni miesiąc Erasmusa.
Z nastaniem nowego dnia byliśmy już zwarci i gotowi do dalszej drogi. Podróż do Barcelony poszła nam zdecydowanie za gładko, co odbiło się przy kolejnych próbach wydostania się z miasta. Ciężko dokładnie powiedzieć, ile czasu spędziliśmy na wylotówce - wystarczająco długo, by dwa razy zmienić miejsce łapania stopa, by w desperacji myśleć o porzuceniu Hiszpanii i obraniu kierunku na południową Francję. Nie pocieszał fakt, że ktoś zatrzymywał się, kiwał głową, że stoimy w idealnym miejscu i odjeżdżał, a gdy w końcu zdecydował się nad nami ulitować, nie zapomniał dorzucić od siebie kilku groszy, że przecież autostop jest nielegalny (?) i bardzo niebezpieczny. Notorycznie zjeżdżaliśmy z autostrady lub byliśmy wysadzani w środku miasta, w którym wcale nie chcieliśmy się znaleźć. Dodatkowym problemem, który w ogóle nie przyszło nam wziąć pod uwagę, okazały się hiszpańskie drogi ekspresowe biegnące równolegle do autostrady. W końcu po co płacić za autostradę, jeżeli tuż obok leży droga, którą równie szybko, a przy tym bezpłatnie, dojedziesz do swojego celu? Ich niewątpliwych plusem jest mnogość rozgałęzień… W Tarragonie uratował nas mężczyzna w średnim wieku. Specjalnie po to, by wywieźć nas na stację na autostradzie, nadrobił 40 km w drugą stronę. Ok, już było dobrze, znów byliśmy we właściwym miejscu. Dalej, z możliwością bezpośredniego kontaktu z kierowcą, poszło już jak z płatka. Podejdziesz z mapą w ręce, uśmiechniesz się, powiesz kilka słów, i nawet osoby, które nigdy wcześniej tego nie robiły, pozwolą Ci zapakować się z bagażami na tylne siedzenie. Tu znów francuskie małżeństwo, tam biznesmen w porządnym aucie. Do Walencji wjechaliśmy w środku nocy; kamień z serca.

350 km, ok. 14 godz., 5 stopów 

Pobyt w Walencji stał się dla mnie kluczowym momentem podróży, bo właśnie tutaj, dokładnie rok później, zdecydowałam się spędzić mojego Erasmusa. I pomyśleć, że wystarczył jeden dzień, a właściwie jedna chwila, bym wiedziała, że chcę znów poczuć magię tego miejsca. Zawsze mówię, że nie jest to miasto turystyczne. Nie ma tutaj, oprócz przypadków, które mogę zliczyć na palcach jednej ręki, miejsc, który zbijają Cię z nóg. A jednak coś sprawia, że co roku zjeżdża tu tak wiele osób, że wiele ludzi porzuca swoje rodzinne strony i wynajmuje mieszkanie przy Blasco Ibañez. Walencja niewątpliwie czaruje. Może to ten klimat miasta, może śródziemnomorska pogoda, szeroka plaża, a może urok Ciudad de las artes y las ciencias. Ja, swoją magiczną chwilę, przeżyłam otoczona morskimi falami. Promienie słońca padały mi na twarz, a ja wirowałam w ciepłym morzu, tak ciepłym, że już więcej nie chcesz wracać na stały ląd. I właśnie wtedy, tak zwyczajnie, poczułam, że to jest MOJE miejsce na Ziemi.

W Walencji odhaczyłam jeden punkt z listy to do before I die – spanie na plaży. Tak mało, a cieszy. Znalezienie miejsca na rozbicie namiotu nie należało do najłatwiejszych rzeczy. Walencka plaża jest, co prawda, bardzo szeroka, ale zaraz przy niej znajduje się dobrze oświetlona promenada. Nocą, szczególnie w sezonie letnim, przewalają się tam duże grupki ludzi. Malva Rosa – idealne miejsce na spotkania towarzyskie i botellón przed zniknięciem w bramie pobliskiej dyskoteki. Pojawia się też kwestia wątpliwego bezpieczeństwa, bo, jak dowiedziałam się później, rejony portu i plaży plasują się wysoko pod względem złodziejstwa. Namiot rozstawiliśmy w cieniu, niejako schowani za budynkiem z czerwonym krzyżem. Byliśmy tak dobrze ukryci, że punktualnie o 9 obudzili nas panowie w mundurach. Pomarudzili, polecili złożyć namiot i zostawili nas w spokoju. Tak właśnie działa hiszpańska policja ;) Obowiązkowa kąpiel w morzu, plażowy prysznic i przy drobnej pomocy mieszkańców trafiliśmy do Ciudad de las artes y las ciencias – sztandarowego punktu miasta. Ciudad, zaprojektowane przez genialnego Calatravę, stanowi modernistyczny kompleks położony na terenie Ogrodów Turii okalających Stare Miasto. Nowoczesne budynki, porozdzielane płytkimi basenami z lazurową wodą, zachwycą niejednego. Znajdziemy tam interaktywne Muzeum Nauki i Techniki, planetarium – kino IMAX, największe oceanarium w Europie i Umbracle, za dnia stanowiące tropikalny ogród, a nocą przeobrażające się w tandem i jedną z największych dyskotek Walencji. Erasmusowe nocne Umbracle – migoczące na różowo architektoniczne cudo – zakorzeniło się głęboko w moim sercu. Tego dnia ograniczyliśmy się do spaceru i namiętnego fotografowania wysokich budynków. Zbliżała się pora obiadu, a nam zaczynało burczeć w brzuszkach. Pierwsze skojarzenie – oczywiście paella valenciana, w poszukiwaniu której dotarliśmy do centrum miasta. Paella jest typową potrawą hiszpańską: obsypany szafranem ryż, mięso z królika (bądź kurczaka), zielone szparagi i fasola jaś. Istnieje również w wersji z owocami morza (marisco) i mieszana (mixta). Palce lizać. Z hiszpańskiego doświadczenia wiem, że najlepszą paellę je się, nie w samej Walencji, a na obrzeżach miasta – w małych wioskach. Jej cena waha się w granicach 8-10 euro, ale TAKI ryż choć raz w życiu trzeba spróbować. Fajną i ekonomiczną opcją jest zamówienie serwowanego w porze lunchu Menu del día. Zapłacimy wtedy 10 euro za dwa główne dania, deser, kawę i napój +  chleb gratis, który Hiszpanie jedzą praktycznie ze wszystkim. Dogodziliśmy swoim podniebieniom i ruszyliśmy na obchód starej części Walencji. Udało nam się zgubić wśród wąskich uliczek, aż w końcu wyszliśmy na główny plac, Plaza de la Virgen, zwieńczony fontanną i piękną katedrą Seu. 

Valencia

Ciudad de las artes y las ciencias






Plaza de la Reina


Plaza de la Virgen

Paella valenciana

Popołudniem łapaliśmy już stopa na wylotówce. Mieliśmy odważny plan znalezienia się jeszcze przed zapadnięciem nocy w Córdobie bądź Murcii. Plany, o dziwo!, patrząc na tempo wydostawania się z miasta, musiały ulec zmianie. Po dobrej chwili na stację zajechał samochód z przyczepką, a w nim drobny staruszek. Starsi ludzie zwykle traktują z autostopowiczów z wyraźnym dystansem, a tu czekała na nas tak miła niespodzianka. Wciąż zaliczam tę podróż do kategorii zdecydowanie  najprzyjemniejszych stopów. Całą drogę usilnie konwersowaliśmy, co właściwie wyglądało tak, że pan dużo mówił, a ja w odpowiednie miejsce wrzucałam jedno zdanie, kiedy wreszcie udało mi się coś zrozumieć. Mojemu językowi, po zaledwie roku nauki, dużo brakowało do perfekcji. Dość, że po kilku dniach na blaszkę miałam obkute kwestie „Dokąd Pan/Pani jedzie?” i „Czy nie zabrałby Pan/Pani może dwójki autostopowiczów?” ;) Ale co jak co, było zabawnie. Nasz kierowca okazał się nauczycielem i połowę drogi uczył mnie poprawnej wymowy w różnych akcentach. Smutno mu było, że już nas żegna i gdyby się nie śpieszył, chętnie zostałby na jedną kawę. Na do widzenia podarował nam mały krzaczek mięty, który wiózł na swojej przyczepie. Dwa stopy więcej i byliśmy już pod Alicante. Zdążyło się porządnie ściemnić, a daleko nie zajechaliśmy. I wtedy zdarzył się mały cud. Dopadła nas szalona kobieta, która, zanim zdążyliśmy otworzyć buzię, rzuciła krótkie „Dokąd was zawieść?” – ulubiony samołapiący się autostop. Nasza wybawicielka jechała prosto do stolicy Andaluzji – Sewilli. Krótka chwila zastanowienia i już wiedzieliśmy, że nie zostawimy jej aż do samego rana.
           
760 km, 12 godz., 4 stopy                               
blog comments powered by Disqus