Zakochać się w autostopie 2

Zakochać się w autostopie - Część I

Jasne, planowaliśmy wjechać do Andaluzji – rejonu mieniącego się arabskimi kolorami, ale w początkowym zarysie naszej podróży Sewilla nie przyszła nam nawet przez myśl. Dlaczego? Bo za daleko, bo tak zupełnie nie po drodze. I pomyśleć, że gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności, ominęłoby nas ogromne bogactwo wrażeń. Sewilla jest niewątpliwie miastem niezwykłym, pełnym tradycji i kultury, obok którego nie można przejść obojętnie. Życie toczy się tu zupełnie inaczej, spokojniej i bez pośpiechu tak typowego dla północy Hiszpanii. Mówi się, że ludzie są tu bardziej otwarci, ciepli i uśmiechnięci. Ich sąsiedzi nazywają ich wręcz leniuchami, narzekając przy tym na andaluz, odmianę języka rozpowszechnioną w tej części kraju, którą ciężko zrozumieć nawet rodowitym Hiszpanom.

Wraz z pierwszymi promieniami słońca, wkroczyliśmy do centrum w poszukiwaniu informacji turystycznej. Nieprzygotowani, byliśmy kompletnie zagubieni w tak dużym mieście. Szybko znaleźliśmy chłopaka, który podarował nam darmową mapkę stolicy, z dokładnie wyszczególnionymi punktami must see. To było dokładnie to, czego potrzebowaliśmy. Na pierwszy ogień poszedł Alkazar, dawny pałac królewski, którego korzenie sięgają XI w., okresu najazdu arabskiego. Jeśli mnie pamięć nie myli, za wstęp zapłaciliśmy grosze, ok. 2 euro. Dobrą chwilę zajęło nam przemierzenie wszystkich ogrodów i sal przemieszanych patiami. Dla osoby niezaznajomionej ze sztuką mudejar, każde kolejne pomieszczenie wzbudza zachwyt. Szczegółowość ornamentyki, ceramiczne dekoracje i górujące nad wszystkim tropikalne palmy dostarczają jedynej w swoim rodzaju podróży w czasie i przestrzeni. Nie bez powodu sewilski Alkazar zalicza się do jednego z najpiękniejszych pałaców kraju. Tuż obok niego wznosi się Katedra Najświętszej Marii Panny zbudowana na miejscu arabskiego meczetu. Dziś, jedyną pozostałością po islamskim przeznaczeniu katedry, jest wznoszący się ku niebu minaret. Obecnie pełni on funkcję dzwonnicy i punktu widokowego, z którego rozległa się piękny widok na panoramę miasta (wstęp 4 euro). Z góry wpadła nam w oko plaza de toros, tam też postanowiliśmy powędrować dalej.

Plaza de toros w Sewilli stanowi najstarszą w Hiszpanii arenę do walki z bykami. To tutaj sezonowo odbywa się tradycyjne święto, a właściwie krwawa rzeź niewinnych zwierząt – słynna corrida de toros. Rok później miałam tę (nie)przyjemność zobaczyć ją na własne oczy. O tym być może kiedy indziej, dziś dość powiedzieć, że „przedstawienie” opuściłam w połowie. Historia, która stoi za corridą jest niewątpliwie ciekawa i stanowi ważną część hiszpańskiej tradycji, niemniej nie powinno być dla niej miejsca we współczesnym świecie. Jak pokazał przykład Katalonii, Hiszpania jest w stanie całkiem dobrze poradzić sobie bez owego barbarzyństwa. Biznes corridowy napędzają przede wszystkim turyści, którzy przyjeżdżają tu, by zobaczyć coś tak dziwnego i obcego ich codziennym doświadczeniom. Za wstęp na arenę + zwiedzenie z przewodnikiem podziemnego muzeum zapłaciliśmy 4 euro. Dla laika cena nie jest wysoka, a wychodzi się bogatszym o najważniejsze informacje. Szczególnie polecam, jeśli nie masz zamiaru więcej tu wrócić. Jeśli chodzi o samo show, cena waha się w zależności od jego typu, famy toreadorów i zajmowanego miejsca (bliżej, dalej, w słońcu,  w cieniu itd.). Mój bilet kosztował 13 euro. Szczęściem, nieszczęściem, nie trafiliśmy z K. na sezon corridowy, więc nawet jeśli zaświtał nam w głowie ten szalony pomysł, tamtego dnia musieliśmy szybko o nim zapomnieć.

Wchodząc w boczne uliczki i oddalając się od ścisłego centrum, wypatrywaliśmy czegoś do zapełnienia burczących brzuchów. W końcu trafiliśmy na Plaza de Encarnación – modernistyczny symbol Sewilli. Znajduje się tam El Metropol Parasol, zwany potocznie przez swój charakterystyczny kształt Grzybami z Placu Encarnación ;) Na ich „nóżkach” znajdują się windy, które mogą wywieść nas na taras kapeluszy. Konstrukcja robi wrażenie, ale to dopiero kolejny plac i kolejny punkt zwiedzania ściął mnie z nóg. Mowa oczywiście o najpiękniejszym rynku całej Hiszpanii – Plaza de España. Plac, zbudowany na planie półkola, otoczony jest dekoracyjnymi budowlami, na których ścianach znajdziemy ręcznie wymalowane herby każdej prowincji kraju. Przecina go kanał wodny, nad którym wznoszą się 4 mosty, niby 4 krainy Hiszpanii. Całość zwieńcza wystrzeliwująca ku niebu fontanna. I to się dopiero nazywa m a g i a.

autostopem do Hiszpanii | Andaluzja
Alkazar




Giralda


Plaza de toros

Plaza de Encarnación

Plaza de España


Zbliżał się wieczór, a więc najwyższy czas na wydostanie się z miasta. Zdecydowaliśmy ruszyć dalej na południe, w kierunku Cadiz, by odkreślić kolejny punkt z listy – kąpiel w oceanie. Szło nam bardzo opornie. Wybrana wylotówka świeciła pustkami, raz na jakiś czas przemykał obok nas samochód widmo. Na domiar złego, skończyła nam się woda, co przy 40 stopniach upału nie wróżyło za dobrze. Środek odludzia, w pobliżu żadnego sklepu i my – dwa maluchy z kartonem w dłoni i dużymi plecakami przy nogach. Szczęście uśmiechnęło się do nas dopiero kilka godzin później w postaci dwójki przemiłych ludzi – ojca z dorosłą córką. Po usilnych próbach porozumienia, udało nam się ustalić, że zatrzymują się w miasteczku tuż przy Cadiz – Puerto de Santa Maria. Świetnie, dokładnie tam, gdzie chcieliśmy się znaleźć! Po drodze zmieniliśmy samochód, co swoją drogą było średnio odpowiedzialne z naszej strony. Za dużo w nas naiwnej ufności, skoro zupełnie obcym ludziom pozwalamy przenosić nasze bagaże z auta do auta, podczas gdy my bez stresu zaopatrujemy się w niezbędne napoje ;) Szczęśliwie, obyło się bez nieprzyjemnych historii i chwilę później rozbijaliśmy się już na plaży.

111 km, 3-4 godz., 1 stop

W Puerto de Santa Maria nie spędziliśmy dużo czasu. Tyle, ile wystarczyło, by popływać w Atlantyku, wygrzać się w południowym słońcu i porządnie namydlić przed wjechaniem w głąb kraju.  Ocean nie zachwycił. Ot, woda jak woda, nad którą zdecydowanie za silnie wieje. Najlepiej widać to późno w nocy, podczas odpływu, kiedy woda cofa się, wyraźnie zaznaczając zajmowany teren. Tego dnia, odpoczywając na plaży, wyczytaliśmy z przewodnika, jakie szczęście mieliśmy ubiegłego dnia, łapiąc akurat ten stop. Jak głosiła notatka, w samym Cadiz nie ma wiele rzeczy do zobaczenia, a większość przyległych do niego plaż jest silnie zabrudzona. Ludzie, chcąc zażyć odrobinę kąpieli słonecznej, wyjeżdżąją za miasto, a jedną z najładniejszych plaż jest właśnie ta w Puerto de Santa Maria.

Sewilla | Andaluzja


  
Droga na Gibraltar, po trudzie dnia poprzedniego, poszła jak z płatka. Ciach prach, dwa stopy i gotowe. Zwłaszcza drugi z nich głęboko zapadł mi w pamięć. Na wysokości Tarify zgarnęło nas małżeństwo angielsko – kolumbijskie, niesamowici ludzie. Wspominali swoją młodość, gdy stopem przemierzali terenu Egiptu, Izraelu i Jordanii. Pani przez całą drogę usiłowała wmówić nam, jakimi wartościami kierować się w życiu, gdzie priorytetem jest wiara w ludzi i w siebie, a sami musimy stanowić nierozerwalną jedność. Koniec końców, znając trud lowcostowego podróżowania, zrobili wszystko, by jak najbardziej nam pomóc (kochani!). Zboczyli z drogi, by wysadzić nas pod samym przejściem granicznym, wciskając na pożegnanie siatkę owoców, fasolki w słoikach, papier toaletowy (?) i, bagatela, 50 euro. Za kilka lat, gdy będziemy już zarabiać grube hajsy, to na nas spadnie obowiązek pomagania małym podróżnikom ;)

159 km, 2-3 godz., 2 stopy

Gibraltar, bez dwóch zdań, jest miejscem niezwykłym – niewielkim brytyjskim miasteczkiem położonym na południu Półwyspu Iberyjskiego. Naprzemiennie mieszające się wpływy angielsko – hiszpańskie stworzyły tu jedyną z swoim rodzaju społeczność. Polecam odsłuchać sobie spanglish gibraltareño, zjawisko, które nieodmiennie wprawia mnie w zdumienie. Na ulicach króluje język angielski, znajdziemy go wszędzie – na szyldach sklepów, ogłoszeniach czy informacjach drogowych. Oficjalną walutą jest funt, ale, jak szybko się przekonaliśmy, płatność euro nie sprawia żadnych problemów. Największą atrakcję stanowi niewątpliwie rozciągająca się nad miastem Skała Gibraltarska. Można zdobyć ją pieszo lub kolejką linową (ok. 10 funtów), z której, dzięki hojności naszych kierowców, zdecydowaliśmy skorzystać. Ze szczytu rozciąga się zapierający dech widok, bezkres oceanu z wyłaniającą się w oddali Afryką. Dużą rolę robi pogoda, która akurat tamtego dnia postanowiła tupnąć nogą i zasłonić szczyt białą chmurą. Cała skała to jeden wielki rezerwat przyrody, dom magotów, które zależnie od humoru, zaczepiają spacerujących turystów. Po wjeździe na górę, od razu rzuciły nam się w oczy ostrzeżenia, żeby nie zaczepiać małpek, bo mogą zrobić nam krzywdę. Ponadto są świetnymi złodziejami i potrafią czmychnąć z zawartością twojego plecaka. Chodzić pośród małp, niesamowite – żadne zoo nie jest w stanie przybliżyć cię do takiego doświadczenia. Na dół powędrowaliśmy już z buta, mijając po drodze liczne militarne instalacje i, niestety zamknięte w niedzielny wieczór, wejścia do jaskiń i grot. Drugim miejscem, które trzeba odwiedzić podczas pobytu na Gibraltarze jest Europa Point, najbardziej wysunięta na południe część miasta. Znajdziemy tu latarnię morską i pomnik upamiętniający tragiczną śmierć generała Sikorskiego. Nie wyjeżdża się stąd również bez przekroczenia płyty lotniska, które przecina sam środek miasta.

Europa Point




Dalszą drogę ciężko mi opisać obiektywnie i spokojnie. Gorące pozdrowienia dla K., który zapewnił mi te niezapomniane przeżycia. Kiedyś usiądę w fotelu i opowiem swoim wnukom, czym jest prawdziwy strach. Kiedy z powrotem przekroczyliśmy granicę, już zdążyło się porządnie ściemnić. Naładowaliśmy swoje akumulatory w przydrożnym McDonaldzie, po czym K. zaproponował taki tam ok. 12-kilometrowy spacer na stację. Dość powiedzieć, że dochodziła godzina 22, ale nic, pełni optymizmu postanowiliśmy ruszyć. Nie trudno zgadnąć, jak skończyła się nasza wędrówka.  Gdzieś za połową drogi skapitulowałam pierwsza, ledwo żywa ze zmęczenia. Teraz już wiem, jak muszą czuć się zombie ;) Ale mimo wszystko, trzeba przyznać, że ciężko szukać miejsca z piękniejszym widokiem do spania!

Z nastaniem poranka, kontynuowaliśmy dalej. Idziemy, idziemy, bach!, stacja jest po drugiej stronie drogi, przebiegamy autostradę. Co dalej? Nie ma przejścia. Ogrodzone gospodarstwo. Przetniemy je w pół. Chyba nikogo tu nie ma. Szybko, damy radę. Patrz, co to za wielkie kości leżą na trawie. Kto je zostawił? Podnoszę wzrok i nagle je widzę. Dwa ogromne psy, większe ode mnie. Szczekają. Szybko, zawracamy. Nie patrz za siebie. Panika, tak bardzo się boję. Barierka, barierka. One tuż za nami. Gospodarz, ach… Oddycham. Koniec był pozytywny, ale już nigdy nie zapomnę uczucia, że któryś z nich zaraz na mnie skoczy. Pan, po wysłuchaniu naszej historii, pozwolił nam przejść przez jego posiadłość i pokierował, jak dotrzeć do stacji. Zapomniał wspomnieć, że po drodze biegają wolno konie, co po ostatnich przeżyciach, skutkowało natychmiastowym podniesieniem ciśnienia. Na stację doczołgaliśmy się jednak cali i zdrowi. Nie wiem jak K., ale ja potrzebowałam sporej chwili, żeby uspokoić się i dojść do siebie. Już przecież wszystko było dobrze, byliśmy na autostradzie. I jaka była nasza radość, gdy ktoś nas z niej za chwilę zwiózł… Przyznaję bez bicia, wina była moja. Tak szczęśliwa, że ruszamy z tego koszmarnego miejsca, nie dopytałam, dokąd właściwie jedziemy. Babeczki, które nas zabrały były świetne – rock, dredy i tatuaże. Przy okazji zrobiły ze mnie nieświadomego przemytnika ;) Wysadziły nas 10 km dalej, poza autostradą, na świetnej ponoć stacji, gdzie ani jedna osoba nie jechała w naszą stronę. Droga do Malagi szła karkołomnie. Podjeżdżaliśmy po 10, 20 km, przebijając się przez nieznane miasta i miliony rozwidleń dróg. W końcu zgarnął nas narzekający Chilijczyk (ach, te wąskie plaże, niedobre jedzenie, zamknięci ludzie!, wszystko w tej Hiszpanii jest BE). Z Malagi, po dobrej chwili, z dwójką jazzowych muzyków, dojechaliśmy już bezpośrednio do centrum Granady, w samą porę na kolację.

254 km, tak długo!, 7 stopów

Granada jest drugim, po Sewilli, najważniejszym miastem Andaluzji. Ze swoimi wąskimi uliczkami i kolorowymi bazarami, posiada niesamowity arabski klimat, którego ciężko szukać w innych częściach Hiszpanii. Całkiem przypadkowo znaleźliśmy się w mauretańskiej dzielnicy, gdzie wieczór upłynął nam na słuchaniu ulicznego koncertu. Muzycy wykonali kawał dobrej roboty zarówno piosenkami, jak i samym kontaktem z publicznością. Byli tak świetni, że bez wahania nabyłam ich pamiątkową płytkę (5 euro). Wymęczeni całym dniem, rozbiliśmy namiot u stóp samej Alhambry i szybko poszli spać, by w pełni wykorzystać kolejny dzień. Nasz plan był tylko jeden – Alhambra, czyli największy hiszpański kompleks pałacowy, kolejna po Alkazarze kolebka sztuki arabskiej. Co roku przyciąga liczne rzesze turystów, co wymusiło wprowadzenie limitowanych biletów. Trudno mi jednoznacznie określić, czy mieliśmy raczej szczęście czy ogromnego pecha, kiedy wejściówki wyprzedały się, zanim zdążyliśmy podejść do kasy. Dlaczego szczęście? Bo do Alhambry udało nam się dostać całkiem za darmo. Bilety dostaliśmy od pary Polaków, którym po wycieczce została jeszcze godzina na zwiedzanie obiektu. Co prawda, nie mogliśmy już wejść do głównego pałacu i zobaczyć słynnego Dziedzińca Lwów, na którego wizytę przypisana jest określona pora. Niemniej jednak, z ogromnymi bananami na twarzy, zadowoleni takim obrotem spraw, zanurzyliśmy się z przepiękne ogrody rozsiane po całym wzgórzu, szereg pobocznych komnat, zamek Alcazaba i letnią rezydencję Generalife. Będąc tam, trudno nie zgodzić się z przysłowiem Kto nie widział Grenady, ten niczego nie widział. Porównując miedzy sobą sewilski Alkazar i Alhambrę, spotkałam się z różnymi opiniami wśród znajomych. Myślę, że dużą rolę odgrywa tutaj fakt, które miejsce mieliśmy szansę zobaczyć jako pierwsze. Zarówno w jednym, jak i drugim, króluje sztuka mudejar. Powoduje to, że tylko kontakt z pierwszym zabytkiem robi na nas piorunujące wrażenie, odkrywając jakąś nutkę nowości. Drugi może być równie piękny, ale już to przecież widzieliśmy. Zaoszczędzone pieniążki wydaliśmy na na ostatnie Menu del día – gazpacho andaluz, paellę marisco y kieliszek sangrii.


Alcazaba
Alcazaba

Generalife
Generalife





Gazpacho andaluz

Andaluzja
Paella de marisco

Granada była ostatnim przystankiem naszej podróży. Zobaczyliśmy tak wiele w zaledwie 9 dni. Nadszedł najwyższy czas na powrót do domu. Przed nami jawiło się widmo tysięcy kilometrów, a sam wyjazd z Andaluzji nie zapowiadał się obiecująco. Zrezygnowani, skorzystaliśmy z okazji podjechania na północ w stronę Madrytu, co okazało się fatalną decyzją. Utknęliśmy w małym miasteczku w okolicach Linares, skąd jedyną drogą ucieczki, koniec końców, był autokar do Walencji L Dalej poszło już zdecydowanie lepiej. Od Walencji do samego końca podróżowaliśmy już tylko z Polakami, zarówno tirami, jak osobówkami. Hiszpanię i praktycznie całą Francję przemierzyliśmy na dwie ciężarówki, poznając historie z życia naszych kierowców. Udostępniali nam prysznic, oglądali z nami filmy, seriale, częstowali jedzeniem i piciem. Jeden pan nie chciał nas nawet wypuścić, dopóki nie miał pewności, że bezpiecznie przesiądziemy się dalej. Niemcy zrobiliśmy nocą, jednym strzałem prosto pod Warszawę. Jeszcze dwa stopy i nareszcie czekał na mnie gorący prysznic we własnej łazience.

3 653 km, 3 dni, 8 stopów

Kończąc tę obszerną relację, chciałam gorąco pozdrowić i podziękować K., (wiem, że to czytasz!) za otworzenie oczu na cudowny świat, który jest w zasięgu naszej ręki. Było warto i to jeszcze jak. Dziękuję za zarażenie autostopową gorączką i wytrzymanie moich fochów w ciągu tych dwóch ciężkich tygodni. Szerokiej drogi, K.! 
blog comments powered by Disqus