Tierra roja de Aragón

Grudzień, 2014

Co można robić na Erasmusie w Hiszpanii poza wiecznym imprezowaniem, piciem sangrii i podjadaniem tapas? Odpowiedź jest jedna: podróżować. Opcji jest kilka zależnie od euro w kieszeni i zamysłu, jak zrealizować wyprawę. Fajnym i ostatnio coraz bardziej popularnym sposobem na wydanie stosunkowo niewiele i zobaczenie stosunkowo dużo jest wypożyczenie samochodu (szczególnie opłacalne, gdy wypełnimy go znajomymi po brzegi). Mojej podróży na własną rękę poświęciłam już sporo miejsca (tu, tu i tu). Nie dla wszystkich jednak samotne wojaże i couch’owe przygody, dlatego dzisiaj chciałam poświęcić chwilę czemuś zupełnie odmiennemu – wycieczce zorganizowanej. Przynajmniej w Walencji istnieje kilka nieźle prosperujących organizacji, do których już na wstępie warto dołączyć. ESN żadnemu Erasmusowi nie trzeba przedstawiać, warto natomiast rozejrzeć się również po lokalnych alternatywach. O ile Erasmus Vip porządnie rozczarował, przy Happy Erasmus muszę postawić dużego plusa. Z ich ofert skorzystałam dwa razy, raz – jadąc na czterodniowy wyjazd do Portugalii i dwa – decydując się na krótką, jednodniową wycieczkę wgłąb Hiszpanii. Z obu wróciłam zadowolona i mocno usatysfakcjonowana. Czasami warto po prostu przyjść, zapisać się i powierzyć w czyjeś ręce, zamiast ze wszystkim miotać się samemu. Na wypad do Aragonii namówiła mnie Katja. Koszt? 20 euro – całkiem nieźle jak za pełne 12 godzin uśmiechu na buzi.

Gdy myślę o Aragonii, widzę migającą za szybą czerwoną ziemię, rozciągające się pasma pomarańczowego gruntu. Kolejny dowód na to, że ten kraj, pełen ścierających się kontrastów, nigdy  nie nudzi. Wjeżdżając do Aragón, miałam wrażenie, że znalazłam się w zupełnie innym miejscu – niby meksykańskiej ziemi strzaskanej upalnym słońcem. Podłoże paliło, podczas gdy my wspinaliśmy się coraz bardziej w górę. Uprzedzono nas, żeby zaopatrzyć się w ciepły szalik i rękawiczki. Grudniowe 5 stopni przy walenckich 15 nie zachęcało, a zanim się obejrzeliśmy, byliśmy już wysoko w hiszpańskich górach. Kto by pomyślał, że uciekając od zimy, znajdę się nota bene w najzimniejszym punkcie kraju. Ale warto. Warto, warto, warto i jeszcze raz, warto. Przed nami rozpościerało się malutkie miasteczko Albarracín. Tak malutkie, że można zamknąć je w jednym kadrze aparatu. Swego czasu, nie bez powodu uzyskało tytuł „najpiękniejszego miasta Hiszpanii”. Ciężko jednoznacznie stwierdzić, czy ktoś wciąż tam mieszka – brak samochodów i roje turystów są skuteczną przeszkodą. Cały Albarracín, razem ze swoimi czerwonymi domkami, jest jednym wielkim zabytkiem. Nad miastem wznoszą się pozostałości zamku muzułmańskich władców, tak typowe dla hiszpańskiego krajobrazu. Już dla samych widoków warto się tam wdrapać!

1 dzień w Albarracín | co zobaczyć w Albarracín






Drugą część dnia spędziłam w Teruelu, mieście słynącym z dekoracyjnej sztuki muderaj i szynki serrano. Nie można stąd wyjechać, nie spróbowawszy słynnej kanapki z szynką i pomidorami. Teruel jest miastem niezwykle kolorowym, pełnym tradycji i chwytających za serce historii. Oplata je legenda tragicznej miłości Isabel i Diego. Już od maleńkości połączyło ich ogromne i trwałe uczucie. Kiedy nadeszła odpowiednia chwila, Diego poprosił o rękę pięknej Isabel. Nie spotkał się z aprobatą ojca dziewczyny, który postawił przed nim jeden warunek – jeśli chce pojąć jego córkę, musi zgromadzić fortunę podczas 5-letniej wojny z maurami. Diego odjechał, był gotów zrobić wszystko dla miłości swojego życia. Minęło 5 lat, a mężczyzna wciąż nie powrócił do Teruelu. Isabel nie mogąc dłużej czekać, poślubiła innego. Diego spóźnił się o 1 dzień, jeden jedyny dzień. Przyjął z pokorą przykrą wiadomość o ożenku ukochanej, jednak wcześniej poprosił Isabel o ostatnią łaskę – jeden pocałunek. Ta, wierna nowo poślubionemu mężowi, odmówiła, a Diego zmarł z rozpaczy. W dniu pogrzebu, Isabel składając pożegnalny pocałunek na ustach kochanka, oddała mu swoją duszę. Do dziś można odwiedzić mauzoleum zakochanych - Isabeli i Diego, którzy nawet po śmierci trzymają się za ręce. Legenda głosi, że każda para, która odwiedzi Teruel, zapewni sobie szczerą i dozgonną miłość.

Ciekawa historia wiąże się również z wieżami dumnie górującymi nad miastem. Stały się one wynikiem zaciętej bitwy, konkursu o rękę pięknej Zoraidy między dwoma przyjaciółmi, Omarem i Abdalá. Mieszkańcy nigdy wcześniej nie widzieli tak zagorzałego pojedynku. Wieże, okupione potem i łzami, powstawały zarówno dniem i nocą – w myśl zasady kto pierwszy, ten lepszy. Na prowadzenie wysunął się Omar, lecz w dniu, w którym ogłosił swoje zwycięstwo i odsłonił wieżę, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Wieża przechylała się na jedną stronę. Nie mogąc pogodzić się z własną porażką, wspiął się na górę i rzucił w otchłań. Kilka tygodni później, budowlę ukończył Abdalá i to on stał się szczęśliwym małżonkiem Zoraidy. O dziwo, jego wieża do złudzenia przypomina tę wybudowaną przez Omara. Dziś do zwiedzania udostępniona jest jedynie krzywa Torre de Salvador

W Teruelu chodzi się więc z podniesioną głową. Jest to nie tylko miasto miłosnych historii, lecz przede wszystkim ślad arabskich najazdów, stolica architektury mudejar. Piękne płytki azulejos puszczają nam oczko z każdego zakamarka. Warto zatrzymać się przy kościele San Pedro (to tutaj znajduje się Mauzoleum Kochanków) i schodach La Escalinata, które stanowią prawdziwe dzieło sztuki. Teruel jest ładnym miejscem, jednak prócz kilku punktów, łatwo się nim rozczarować. Jeśli miałabym wybierać, to właśnie Albarracín skradło moje serce i to do niego z chęcią wróciłabym po raz drugi.

Torre de Salvador


Kościół San Pedro

La Escalinata


blog comments powered by Disqus