About being alone

Nowy Jork | samotna podróż | samotne podróżowanie

Nigdy wcześniej nie przeżyłam TAK dużo w TAK krótkim czasie, jak w ciągu ubiegłego miesiąca. Wrzesień dostarczył mi wrażeń, niesamowitych wrażeń, które odcięły grubą kreską pewną część mojego życia. Fundamenty, po których jeszcze wczoraj stąpałam pewną nogą, dziś chwieją się na wszystkie strony. Patrząc wstecz, sama łapię się za głowę. Aż ciężko w to uwierzyć, jak wiele może zmienić coś tak ulotnego jak czas – czas dany samej sobie, czas 24/7 z samą sobą i moment, w którym liczysz się tylko ty i myśli buzujące w twojej głowie.





Tak, moja podróż była spełnieniem moich marzeń. W jednej chwili znalazłam się po drugiej stronie oceanu, tak daleko od domu, otoczona wzbijającymi się pod niebo drapaczami i ludźmi, którzy raz na zawsze wpisali się w moją historię. Było wiele ochów i achów, otwartej ze zdumienia buzi i podziękowań ze łzami w oczach. Tak, moja podróż była darem od losu. Nie zmienia to jednak faktu, że była również okropnie ciężkim doświadczeniem. Przeżyciem, które nieraz chciałam czym prędzej zakończyć i znaleźć się z powrotem w swoim łóżku. Wiele osób mówiło mi, że jestem odważna. Sama określiłabym siebie zupełnie inaczej – naiwna i przede wszystkim nieświadoma. Samotne podróże nigdy nie są łatwe, jak łatwe nie jest zmaganie się każdego dnia z wybuchową mieszaniną tęsknoty, samotności i szczypty lęku. To prawda, poznałam cudownych ludzi, którzy otoczyli mnie swoją opieką i sprawili, że tam, w tej dzikiej Ameryce poczułam się jak w domu. Poznałam ludzi, których nazywam swoją rodziną, choć tak naprawdę jeszcze dwa lata wcześniej nie wiedziałam, że ktoś taki w ogóle istnieje. ‘Dziękuję’ tak mało znaczy, a ja tak wiele chciałabym im powiedzieć. A jednak nie kryję tego, że było trudno – tak, jak trudne może być spotkanie z zupełnie obcą osobą.

G. napisał mi kiedyś, że podróż w samotności jest jak pobicie rekordu na pustym stadionie. Może i wzbudza wiele emocji, ale kiedy nie możesz się nimi podzielić, traci ze swego uroku.




I wiecie co? Bez wahania odbyłabym ją jeszcze raz. Tak, samotna podróż niesie z sobą cały wór trudności. Pot, łzy i zgrzytanie zębów. Będziesz płakać, będziesz tęsknić, będziesz gdzieś zupełnie sam. A jednak z jakiegoś powodu warto, z jakiegoś powodu coraz więcej ludzi przestaje się bać. Podróż sam ze sobą niesie również wiele mądrości – szacunek do drugiego człowieka i przede wszystkim do samego siebie. Cele ulegają przewartościowaniu, a coś – najzwyklejsza błahostka – urasta do rangi dużego wydarzenia. Nigdy tyle radości nie sprawił mi uśmiech przypadkowej osoby czy łabędź, który jadł prosto z mojej ręki. Nauczyłam się ciszy i spokoju, który często towarzyszył mi w mojej wędrówce. Nauczyłam się pokory i jednej prostej zasady – wszystko zależy ode mnie.

It’s all in your head, Alice.

A na pytanie – ‘nie bałaś się?’ zawsze odpowiem, że mogę zginąć choćby jutro, siedząc w domu przed ekranem laptopa czy przechodząc przez przejście dla pieszych. Chcę więcej od życia, a każda krzywda, której doświadczę, robiąc to, co kocham, jest warta swojej ceny. Nawet jeśli byłaby to cena jednej łzy nad bezkresem oceanu.



   
W USA spędziłam 3,5 tygodnia. Przemierzyłam pięć stanów, zobaczyłam więcej niż zakładałam w najpiękniejszych snach. Floryda chwyciła mnie za serce, kiedy wspomnienie Nowego Jorku wciąż przeplata ambiwalentne uczucia. Znów jadłam za dużo, spałam za mało, a łydki spuchły mi już pewnie na zawsze od ilości przechodzonych kilometrów.

Tak, to była podróż mojego życia.


Zostawiam Was dzisiaj z miejscem, które pokochałam od pierwszego wejrzenia. Panie i Panowie – green heart of New York City, Central Park. Ten wpis miał mieć zupełnie inny charakter, na tym blogu robi się coraz bardziej ZA prywatnie ;) Obiecuję, kolejne będą już bardziej konkretne i podróżnicze. Jeśli są rzeczy, które chcielibyście się dowiedzieć o USA, jestem otwarta na sugestie i służę pomocą z pierwszej ręki.

Dobranoc!
blog comments powered by Disqus