To the point

W Ameryce miałam znaleźć się już 3 lata temu. Propozycja wyszła od wujka, który właśnie wrócił zza drugiej strony oceanu. To właśnie wtedy pierwszy raz usłyszałam o rodzinie, która wyemigrowała do Stanów. Dlaczego więc nie skorzystać z tak niesamowitej okazji – poznać ją bliżej, a przy okazji zobaczyć na własne oczy tą wielką i tajemniczą Amerykę, którą do tej pory znałam tylko z filmów? Sama myśl napawała mnie ekscytacją. Zero stresu, w końcu nie byłam sama - miałyśmy jechać we dwie. Przygotowania poszły w ruch i kiedy już szczęśliwa ściskałam swoją wizę, jedno małe zaproszenie przekreśliło naszą wyprawę. Zaproszenie na ślub w Belgii, które otrzymała moja kuzynka postawiło ją w dylemacie – albo jedno, albo drugie. I mimo jej zapewnień ‘ możesz jechać sama’, odpuściłam. Wizę przyznano mi na 10 lat. Wiedziałam, że jeszcze nadejdzie ten odpowiedni MÓJ czas, w którym ją wykorzystam.

Pytanie, dlaczego właśnie teraz? Trzy lata to kupa czasu, która nieźle nawojowała w moim życiu. Przeżyłam rzeczy, o których wcześniej nawet nie śniłam – hiszpański autostop, Erasmus w Walencji czy pierwszą samotną podróż. Przede wszystkim dojrzałam, stałam się bardziej pewna siebie i pewna ideałów, którymi kieruję się każdego dnia. Dojrzałam do podjęcia TEJ decyzji - jeśli nie teraz, to nigdy. Z zapałem czytałam kolejne wpisy dziennik_międzymiastowy, słuchałam o wyprawie za ocean, którą planował Maciek i ściskało mnie w dołku. Ja też tak chcę, ja też chcę to przeżyć. I wiecie co? Nagle przestałam się bać.

Stany Zjednoczone | USA | informacje praktyczne
Madison Square



Trochę konkretniej.

Mam cichą nadzieję, że to prawo już za kilka lat będzie tylko słodkim wspomnieniem, ale póki co, chcąc wkroczyć na terytorium Stanów Zjednoczonym, podstawą jest posiadanie ważnej wizy amerykańskiej. Wszystkich potrzebnych informacji udzieli wujek google, z mojej strony dodam tylko, że warto się za to zabrać dużo wcześniej niż później. Cała procedura musi swoje potrwać, a konsulat nie jest pierwszym lepszym urzędem, do którego wchodzisz i wychodzisz z podbitym papierkiem. Koszt wizy to przyjemność warta 160$ i co ważniejsze – nawet płacąc, nie masz gwarancji ani że ją otrzymasz, ani że spodobasz się celnikowi tuż przed oficjalną granicą państwa. Status studenta działa tu zdecydowanie na naszą korzyść. Warto zawczasu przygotować sobie dokładny adres osoby lub miejsca, w którym się zatrzymamy. Pytają o to praktycznie na każdym kroku. To samo tyczy się planowanego terminu pobytu i miliona innych niezwykle istotnych kwestii. Przykładowo, na JFK dostałam podejrzliwe pytanie, czy aby na pewno nie powinnam właśnie zaczynać zajęć na studiach i czy przypadkiem nie zamierzam przemycać dużych hajsów ;)

Brooklyn Bridge Park




Bilety do Stanów to, żadna nowina, kosztowna sprawa. Warto polować na okazje i rezerwować je z dużym wyprzedzeniem, omijając najbardziej chodliwe daty. Najtaniej z Polski dolecimy do JFK (Nowy Jork) z przynajmniej jedną przesiadką. Sama nie miałam dużego pola do popisu, zabierając się za wszystko zaledwie miesiąc wcześniej. Poratował mnie skyscanner, dzięki któremu wpadł mi w łapki całkiem niezły bilet i to dokładnie w wybranym przeze mnie terminie. Z skyscanner korzystałam później wielokrotnie. Uwielbiam ich opcję najtańszego miesiąca i alertu cenowego. Takim sposobem znalazłam bilet z Florydy do Nowego Jorku za niecałe 20$ - taniej niż 26-godzinne tłuczenie się napakowanym busem.

Po doświadczeniach z tanimi liniami, 7-godzinny lot do Stanów był dla mnie przeżyciem na skalę przejścia mostem Brooklyńskim (o tym następnym razem). Nigdy wcześniej nie leciałam tak dużym, bo aż dwupiętrowym, samolotem. Każdy pasażer miał przed sobą mały ekranik – in-flight entertainment system, na którym można było obejrzeć wybrany film, odcinek serialu, posłuchać muzyki czy zagrać w snake’a. Tak więc, lot małej Madzi minął pod znakiem Disney’owskich kreskówek. W drodze powrotnej porwałam się na ambitniejsze Still Alice i wciąż rozpiera mnie duma, że gubiłam się tylko przy bełkocie Kristen Stewart. Zostałam porządnie nakarmiona, otulona kocykiem i wszystko to, oczywiście, w klasie ekonomicznej. Tylko klasycznego zdjęcia z okna brak, a widok zabudowy Manhattanu ala klocki lego czy roziskrzonego nocą Miami to coś, co w tamtej chwili tak bardzo chciałam zatrzymać.


Statue of Liberty

Planując swoją podróż, od początku wiedziałam, że nie będę tkwić w jednym miejscu i smażyć  tyłka na plaży. Musiałam być w ciągłym ruchu i wycisnąć z niej możliwe maksimum. Pytanie, jak przemieszczać się w Stanach? Najtaniej – autobusem. W Ameryce funkcjonuje odpowiednik naszego PolskiegoBusa, Megabus, gdzie ceny biletów zaczynają się już od 1$. Ogromnie znaczenie ma czas, im szybciej, tym większa szansa, że załapiesz się na najlepszą ofertę. Takim sposobem kupiłam trzy bilety w łącznej cenie 4$. Tam, gdzie nie zdążyłam, z pomocą przyszła mi linia Greyhound. Ceny nie były już tak zachęcające, ale z pewnością dużo niższe niż transfer pociągiem. O ile pierwszy odcinek Nowy Jork – Filadelfia (18$) pokonałam bez przeszkód, podczas drugiego Filadelfia – Waszyngton (33$) czekała mnie niemiła niespodzianka. Mój bus został odwołany, o czym dowiedziałam się dopiero po dwóch godzinach oczekiwań. Zero wiadomości, być może tak trudno wysłać głupiego maila. Co prawda, sytuacja została szybko opanowana – zmieniono mi bilet (ten sam dzień, kilka godzin później). A że ktoś gdzieś tam na mnie czekał…

Dwa razy zdecydowałam się na samolot. Po pierwsze, odległość była zbyt duża. Po drugie, jak wspomniałam wyżej, cena biletu była zbliżona a nawet niższa niż koszt pokonania tej samej trasy autobusem. Hołd przed skyscanner. O czym trzeba pamiętać? Większość amerykańskich linii działa podobnie jak Ryanair – w cenę wliczony jest bagaż podręczny, za większy check-in bagaż trzeba płacić dodatkowo ok. 25$. Każda linia ma inne restrykcje dotyczące wagi bagażu, tu 18 tam 22 kg to spora różnica. Wszystkie cenne sprzęty – laptopy, aparaty – zabieramy ze sobą na pokład. Może to tylko moje szczęście, ale American Airlines udało się zgubić moją walizkę. Na bezpośredniej trasie! Miami witałam więc w pożyczonych ciuchach, a swoje rzeczy odzyskałam dopiero następnego dnia.


Całą drogę śmiałam się, że to ze mną musi być coś nie tak. Gdziekolwiek byłam, mały złośliwy chochlik czaił się za moimi plecami. Odwołał autobus, zgubił walizkę, przegonił aligatory z miejsca, gdzie ZAWSZE się wylegują czy pochmurzył niebo, gdy szykowałam się na najpiękniejszy zachód słońca. Dwa razy! Natura upomniała się o równowagę za to szczęście, że w każdym z tych miast nie musiałam martwić się o bratnią duszę i kąt do zmrużenia oka.

Kończąc dzisiejszą część organizacyjną, nie można zapomnieć o trzech rzeczach: ubezpieczenie (!), przejściówki z amerykańską wtyczką i telefon. Nie każda komórka będzie poprawnie działać w Stanach. Warto sprawdzić ją przed wyjazdem - powinna być czteropasmowa i odbierać amerykańskie częstotliwości GSM. Istnieje również alternatywa zakupu jednorazowego telefonu, poużywam i do kosza. Będąc w Stanach 3,5 tygodnia i namiętnie komunikując się z rodziną, zdecydowałam się na zakup amerykańskiej karty sim. Najpopularniejszą siecią jest tam AT&T, koszt ich miesięcznej karty na nieograniczone rozmowy i wiadomości to 30$, taka sama karta z pakietem Internetu 1,5 GB to wydatek 45$.

Zostawiam kilka zdjęć na smaka, a ja powoli zacieram rączki na relację z NYC.
blog comments powered by Disqus