Autostopem w chmury

co zobaczyć | informacje praktyczne | Wezuwiusz


Region Kampanii to nie tylko Neapol, mafia i uliczne śmieci. To przede wszystkim historia, tragiczna historia ludzi pogrzebanych w wulkanicznym pyle i śmiercionośnej mocy Wezuwiusza. Jestem pewna, że każdy z Was choć raz słyszał nazwę Pompeje. Może na lekcji historii, omawiając dzieje starożytnego Rzymu czy historii sztuki, zgłębiając tajniki budowy doryckich kolumn. Pompeje to małe miasteczko położone w południowych Włoszech u stóp potężnego Wezuwiusza. Miasteczko, którego mieszkańcom pewnego dnia raz na zawsze odebrano radość oglądania słońca. Nic nie zapowiadało zbliżającej się tragedii. Był 79 rok, kiedy spokojne popołudnie przerwał gwałtowny wybuch wulkanu. W górę wzbiły się wysokie słupy ognia, a niebo zasnuły czarne chmury. Zabójcza mieszanka trujących gazów, rozżarzonych odłamków skalnych i popiołu wulkanicznego zniszczyła miasto i spowodowała śmierć ok. dwóch tysięcy ludzi. Warstwa pyłu, która pokryła Pompeje sięgnęła 5-6 m grubości, nie było mowy o ratunku.

Pojawiło się też tyle pyłu, że jego część dotarła aż do Afryki, Syrii i Egiptu; dotarł też do Rzymu, wypełnił nad nim niebo i zakrył słońce. (Dion)

Paradoksalnie, zastygająca lawa uczyniła wiele dobrego z archeologicznego punktu widzenia. Wiele budynków i elementów infrastruktury Pompei do dziś zachowało się w doskonałym stanie, pozwalając nam na spacer prawdziwymi uliczkami antycznego miasta. W kilku miejscach odnajdziemy autentyczne ludzkie szczątki unieruchomione w czasie, które pozostały w niezmienionej pozie przez tysiące lat. Są one i na zawsze pozostaną przerażającym świadectwem kampańskiej tragedii. 






Na Pompeje spokojnie można poświęcić cały dzień. W końcu to tutaj czas magicznie stanął w miejscu. Ze swojej strony zachęcam do zrezygnowania z mapy i zgubienia się między ruinami, nie wiedząc co odkryje kolejny zakręt. Zabawa w odkrywców sprawiła nam ogromną przyjemność. A można znaleźć tam prawdziwe perełki – teatr rzymski, amfiteatr, gdzie niegdyś walczyli gladiatorzy, forum z Bazyliką czy dobrze zachowane termy. Radzę nigdzie się nie spieszyć i zaglądać, gdzie tylko się da – w ten sposób całkiem przypadkiem odkryliśmy kilka prywatnych domów z przepięknymi wewnętrznymi ogrodami. Jedna z ścieżek wyprowadziła nas poza miasto na małe wzniesienie z królującym rozłożystym drzewem. Trzy kroki i piękne Pompeje leżały pod naszymi stopami. Brakowało mi jedynie widoku śpiącego Wezuwiusza. Cóż, pogody i smogu się nie wybiera ;)

Jak dojechać? Z Neapolu kolejką Circumvesuviana (ok. 30-40 min).

Wstęp do Pompei: 7-10 euro (z Artecard za free








Nasz kolejny ruch łatwo było przewidzieć. Po dniu spędzonym w Pompei nie było mowy o opuszczeniu Kampanii bez wdrapania się i zajrzenia w krater Wezuwiusza. Byłam bardzo podekscytowana całą sprawą, w końcu nigdy wcześniej nie widziałam prawdziwego wulkanu. Tym bardziej drzemiącego pod moimi nogami i w każdej chwili gotowego, by ponownie przypomnieć światu o swoim istnieniu.

Na szczyt Wezuwiusza prowadzi kilka dróg. Dość regularnie (mniej więcej co godzinę) kursują tam prywatni przewoźnicy. Można ich znaleźć zarówno przed wejściem do Pompei, jak i u progu drugich słynnych scavi – Herculanum. Koszt takiej przyjemności to bagatela 10 euro. Szybko kalkując nasze wydatki i dodając kolejne 10 euro za wstęp do samego „parku”, zrzedła nam mina. Co jak co, ale 20 euro trochę nadszarpuje studencki budżet ;) Przeczytaliśmy kilka blogów, sprawdzili trasę w googlemaps i przy wieczornym winie podjęliśmy decyzję, że zdobędziemy Wezuwiusza na nogach. Dwie godziny marszu ze stacji w Torre del Greco nie zapowiadały się tak źle. Bojowo nastawieni pięliśmy się pod górę, pięliśmy się i pięli, czas płynął nieubłaganie, a końca nie było widać. Swoją drogą, nie istnieje żaden specjalnie wytyczony szlak, a przy braku nawet głupich strzałek szybko zwątpiliśmy, czy idziemy we właściwą stronę. Raz na jakiś czas mijały nas kolejne auta, a sama okolica wydawała się nieco wyludniona. Potrzebowaliśmy tylko jednej informacji: daleko jeszcze? Gdy więc zobaczyliśmy zaparkowany po drugiej stronie jezdni samochód, to tam od razu skierowaliśmy swoje kroki. Rozmowa z Neapolitańczykiem przy znajomości włoskiego na poziomie A1 okazała się prawdziwym wyzwaniem. Dość, że zrozumiałam, że w ch** daleko. Pan trochę się miotał, a ja wyłapywałam kolejne słówka. Bardzo daleko, nie mogę was podwieźć, policja, pieniądze, taksówka, drogo, co wy tu w ogóle robicie. Po czym stwierdził, że jest dobrym człowiekiem i wskazał nam na swój samochód. Takim sposobem, uśmiechając się i kiwając głową, zupełnie się o to nie prosząc, złapaliśmy stopa ;) I NIE, zapewniam Was - 2 godziny marszu w górę to czysta bzdura. Droga minęła nam już szybko: pięknie, bieda, kawa, pizza mojego ojca, zapraszam, jakie widoki, Wezuwiusz, nie boję się, dobry człowiek. Uwielbiam przez duże „U” styl jazdy Włochów – szarżowanie i wyprzedzanie na wąskich, krętych górskich zakrętach skutecznie podnosi ciśnienie.

Pobyt na szczycie Wezuwiusza zajął nam może godzinę, półtorej czasu. I wiecie co? Okropnie warto i cóż, zapłaciłabym nawet 20 euro za jeden rzut okiem we wnętrze dumnego krateru. Przez chwilę byliśmy świadkami historii, świadkami mocy i siły zniszczenia. Tego dnia pogoda nie dopisała, nie zobaczyliśmy z góry ani Neapolu ani szczątek Pompei. Ciężko mi jednak tego żałować. Gęste chmury spowiły cały krater, dostarczając nam wrażeń niedoopisania. Dosłownie, byliśmy w niebie. Do miasta wróciliśmy również na stopa, jak szaleć to szaleć. Jadąc w dół, dziwiłam się, że tylu ludzi buduje swoje rezydencje, stawia hotele na zboczu wulkanu. Był 13 listopada i wydarzenia piątkowej nocy pozwoliły mi to zrozumieć. Po co bać się natury, skoro najgorsze potwory to sami ludzie? 





***

Moi drodzy, z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia chciałabym życzyć Wam tylko jednego. Odnalezienia w sobie dziecka, które wierzy w magię i z napięciem przyciska nos do szyby w poszukiwaniu pierwszej gwiazdki. Życzę Wam, by ten czas znaczył coś więcej niż tylko uszka w barszczu i prezenty pod choinką. By pochłonąć atmosferę i oddać jej całe serce.

Trzymajcie się ciepło, M.
blog comments powered by Disqus