See Naples and die

Już po jednym dniu w Neapolu wiedzieliśmy, że jest to dziwne miasto. Głośne, wielokolorowe i pełne kontrastów. Można je kochać lub nienawidzić. Mnie z pewnością zaintrygowało i rozpaliło iskrę ciekawości. Spędziłam cztery aktywne i wyczerpujące dni pod śpiącym Wezuwiuszem, a jednak nie czuję się nasycona. Mam nieodparte wrażenie, że zaledwie liznęłam tajemnicy Neapolu, a tak wiele wciąż pozostało do odkrycia. G., kiedy wracamy?

Przygotowując się do wyjazdu, lubię wcześniej zrobić mały research. Nie chodzi tylko o wypunktowanie miejsc, które trzeba zobaczyć. Czytam blogi, relacje, wsłuchuję się w słowa autorów, ich obawy i zachwyty. Zwracam uwagę na drobne niuanse, które pomogą mi odnaleźć się w nowym, nieznanym dotąd miejscu. Atmosfera, która unosiła się wokół Neapolu, od samego początku była niezwykła. To miasto – narkotyk, uzależnia i ciągnie ku sobie, mimo całej swojej brzydoty i przeciętności. Jak mawia Shrek – jest jak cebula, każdy zakręt ulicy odkrywa nową warstwę. Cuchnąca biedota rozkłada się pod ścianą dworca, gdy kilka przecznic dalej sprzedają najlepszą pizzę w mieście, a gwar centro storico nie cichnie do samego rana. Mówi się, że tylko tu – na południu – poznasz prawdziwe Włochy. Biedne, zaniedbane, z wybuchowym temperamentem i zadziornym pazurem. Zwiedziłeś Rzym, Wenecję, Mediolan…? Nic nie widziałeś. Nie bałeś się za każdym razem przebiec przez ulicę, a migoczące gwiazdy umilały ci nocny spacer? Nic nie przeżyłeś. Rozdźwięk między bogatą północą, a ubogim południem rzuca się w oczy na każdym kroku. Dosłownie - spójrz w dół na ilość śmieci leżącą pod twoimi nogami. Okej, jeszcze kilka lat temu ulice porastały kilkumetrowe wysypiska śmieci. Dziś byłam mile zaskoczona, nie widząc tych gór plastikowych worków, choć wciąż ciężko użyć tu słowa „schludny”. W Neapolu rządzi bezprawie, ludzie żyją i jeżdżą jak chcą, trąbiąc i wymijając pieszych na przejściu. Gdy poobijane maski to standard, kto zawracałby sobie głowę czymś tak prymitywnym jak kask na skuter? Musisz być (genialnym?) idiotą, siadając za kierownicą i porywając się na szaleństwo, jakim jest przejechanie tutaj dwustu metrów. Miasto w szachu trzyma Kamorra, neapolitańska mafia. Kręci nielegalny biznes, a słowo sprzeciwu przypłaca się życiem. Bez obaw. Mafia lubi turystów, w końcu to z turystyki czerpie największe zyski. Po zmroku zostałabym jednak w domu ;)

Napoli | co zobaczyć | co zwiedzić


Ciężko ukryć, że każdy medal ma dwie strony. Neapol nie jest usłany kwiatami, a jednak ma w sobie energię, która codziennie budzi go do życia. To miasto zapisane historią, która ściąga fanatyków ze wszystkich stron świata. Sercem metropolii jest historyczne centrum, centro storico, sieć ciasno splątanych ulic z bielizną wywieszoną w oknach. Co kilka kroków wznosi się potężny kościół czy gruboskóre monasterium. Przyznam się szczerze - nie przyjechaliśmy zwiedzać kościołów, ale wizyty w jednym z nich nie mogłam sobie odmówić. Doumo pod patronatem św. Januarego, miejsce najwyższego kultu i corocznego cudu przemiany krwi świętego z stanu stałego w stan ciekły. Relikwia jest wróżbą pomyślności lub nieszczęść, które spadną na miasto. Legenda głosi, że ostatni raz krew nie rozpuściła się w 1944 roku, kiedy doszło do wybuchu Wezuwiusza. Zaledwie krótki spacer dzieli nas od najsłynniejszej ulicy centrum, Via San Gregorio Armeno. To tutaj znajdziemy większość turystów stłoczonych w mieście. Na całej długości alejki rozpościerają się drobne kramy i sklepiki z tzw. pamiątkowym badziewiem. Warto udać się tam szczególnie w okresie Bożego Narodzenia (licząc od listopada) i podziwiać niezwykły majstersztyk miejscowych artystów - ręcznie robione szopki. To, co zaintrygowało nas najbardziej to małe, czerwone ala’ papryczki chili przewieszki. O co chodzi? To nic innego, jak „czarodziejskie” amulety w kształcie rogu, których zadaniem jest odpędzić Złe Oko i przynieść szczęście. Mało brakowało, a sama wróciłabym z jedną małą chili do Polski.

Napoli

Szopki neapolitańskie

Chili | Neapol
Chili?

Napoli

Tuż obok bazyliki di San Paolo Maggiore znajduje się tajemnicza brama do podziemi Neapolu. Nie można wejść tam na własną rękę, a godziny zwiedzania są ściśle określone. W oczekiwaniu na przewodnika, zaglądnęliśmy do sklepu z słynnym limoncello. Sprzedawca był tak miły, że pokazał nam całą produkcję żółtego trunku i poczęstował małym kieliszkiem. Jesteście z Polski? Wódka! Co to dla was limoncello! Wybiła godzina 18, a my zeszliśmy w dół pod powierzchnię ziemi. Mówi się, że Napoli i jego podziemia to dwa odrębne miasta. Pod deptakiem centro storico ciągnie się imponujący system tuneli i cystern, które w przeszłości pełniły funkcję akweduktów. W czasie II wojny światowej to tutaj skrywali się mieszkańcy miasta, całe tygodnie nie wychylając nosa na światło dzienne. Mieli własną winnicę, małe ogródki, a nawet prowizoryczny szpital. To niesamowite uczucie – z świecą w ręku przeciskać się przez wąskie, ciemne korytarze. Cóż, zdecydowanie odradzam osobom z klaustrofobią. Wycieczka kończy się na terenie starożytnego teatru, dziś zabudowanego mieszkaniami. Jeśli spojrzycie na mapę, wciąż dostrzeżecie charakterystyczne półkole w układzie domów – to tu niegdyś odbywały się widowiska (koszt: 8-10 euro).


Dzielnicę tak zupełnie odmienną, nowoczesną i fancy znajdziemy tuż za rogiem. Spróbujcie gelato na Piazza Dante. Nie od dziś wiadomo, że najlepszy spacer to taki z lodami w ręku ;) Cała via Toledo to kolorowe i świecące skupisko najmodniejszych sklepów. Ludzie, których tu mijamy, są młodzi, eleganccy i zadbani – ogromny kontrast w porównaniu z tym, co widzieliśmy kilometr wcześniej. Nawet nie mając w planach przejażdżki metrem, TRZEBA zaglądnąć na stację Toledo. Nie bez przyczyny uważa się ją za jedną z najpiękniejszych stacji metro na świecie. Trochę kosmiczna, gwieździsta – istne dzieło sztuki. Po drodze na Piazza del Plebiscito wejdziemy do uwieńczonej kopułą Galerii Umberta I, młodszej siostry mediolańskiej Galerii Wiktora Emanuela. Kto był i widział, od razu zauważy łączące je pokrewieństwo. Sam plac zamyka znany na całym świecie Teatr San Carlo, Pałac Królewski i Bazylika Reale San Francesco di Paola z drugiej strony. Zasady słynnej gry miejskiej nakazują przejść z zamkniętymi oczami między dwiema figurami koni. Próbowaliśmy obydwoje i uwierzcie, wcale nie jest to takie proste ;) Wieczorny spacer zakończyliśmy na promenadzie przy Castel dell’ Ovo, całkiem przypadkiem stając się świadkami ognistego zachodu słońca.

Neapol
Via Toledo

Neapol
Toledo (metro)

Neapol
Piazza del Plebiscito

Neapol | Napoli
Galeria Umberto I

Najlepszy widok na miasto rozciąga się ze wzgórza Montesano, z Castel Sant’ Elmo. Przejazdy kolejką i wstęp na mury zamku pokryła nasza czarodziejska Artecard. Uwielbiam ten moment, gdy patrzę w dół, a z mroku wyłania się morze migoczących punktów. Ten moment, w którym uświadamiasz sobie, jak wielkie jest miasto leżące tuż pod tobą. Nic dziwnego, że taras widokowy odwiedzam zazwyczaj w późno-wieczornej porze. Następnym razem zjawię się tam wczesnym rankiem – widok budzącego się Wezuwiusza jest wart każdego poświęcenia.



Na koniec zostawiłam najsmaczniejszy kąsek. Nie jest tajemnicą, że to właśnie w Neapolu narodziła się włoska pizza. Cieniutka, delikatna, hojnie oblana pomidorowym sosem i zapieczona mozzarellą. Pachnąca ziołami i skropiona oliwą z oliwek. Ponoć istnieją tylko dwa rodzaje prawdziwej pizzy – klasyczna Margharita i Marinara (sos, czosnek, oregano). Przy 3 euro za sztukę, pozwoliliśmy sobie każdego dnia próbować ją w innym miejscu. Odwiedziliśmy chwalone w internetach Di Matteo i Sorbillo, gdzie jeszcze przed otwarciem ustawia się kolejka ludzi. Dopiero jednak za radą właściciela hotelu trafiliśmy w najlepsze, choć mniej popularne, miejsce – Mama’s. Jednego wieczoru, jak przystało na prawdziwą wielbicielkę makaronu, zamieniłam pizzę na talerz spaghetti z pomidorami. Już na samą myśl leci mi ślinka. A dla pizzy najlepszym komplementem pozostaje fakt, że jedząc ją, nawet nie pomyślałam o ketchupie ;)

Neapol | Napoli

Przedłużony weekend w Napoli minął zdecydowanie za szybko. Wciąż mam w głowie zapach aromatycznej kawy i smak czekoladowego croissanta. I choć wiem, że prędko tam nie wrócę, szykuję listę miejsc do nadrobienia przy kolejnej okazji. Cóż, jej końca nie widać. Chyba się uzależniłam.

blog comments powered by Disqus