Ready to see the capital

Tymczasem wracając do relacji zza oceanu…

Washington | co zobaczyć
Washington Monument
Będąc jeszcze małym brzdącem, na palcach jednej ręki potrafiłam wymienić kilka miast Ameryki. Tu mignęła mi Statua Wolności, tam przeleciał napis Hollywood, a gdzieś na krańcu świata dzielny miś Yogi czuwał nad gejzerami w parku Jellystone. Długi czas żywiłam gorące przekonanie, że to właśnie Nowy Jork jest głową państwa i miastem, gdzie walka o niepodległość odcisnęła bolesne piętno. Nie mogłam się bardziej mylić. Swoją drogą, do dziś trudno mi nazwać stolice największych krajów. Doskonale wiem, że Sydney nie jest stolicą Australii, tak samo jak Toronto – Kanady, a jednak to do nich zawsze wracam, gdy ktoś podsuwa mi to podchwytliwe pytanie.

Dziś, planując swą podróż, nie mogłam zapomnieć o prawdziwej stolicy USA. Miasta, które często jest pomijane, a przecież, jestem skłonna zaryzykować twierdzenie, ma do zaoferowania więcej niż Nowy Jork. No i jest ładniejsze. Waszyngton D.C. jest miejscem niezwykłym – jedynym bezstanowym miastem Stanów Zjednoczonych. Formalnie jest to Dystrykt Kolumbii, teren wydzielony specjalnie do celów zarządzania państwem. Znajduje się na styku Wirginii i Maryland i jak przystało na wszystko, co odrębne, rządzi się własnymi prawami. Moim ulubionym przykładem jest zasada, że żaden budynek na terenie D.C. nie może być wyższy od Kapitolu. Nie znajdziemy tu przytłaczających molochów rodem z Big Apple. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie zwłaszcza, gdy stanęłam na moście łączącym Waszyngton z Wirginią. Po mojej prawej stronie wzbijały się w niebo drapacze chmur, podczas gdy na drugim brzegu rzeki rozpościerał się rząd małych domków. Podrzucę Wam również ciekawostkę, że kiedy w D.C. legalnie zapalimy marihuanę, istnieje jeden obszar miasta, w którym jest to kategorycznie zabronione. Słynny National Mall, centrum Waszyngtonu, i znajdujące się przy nim budynki są objęte specjalną ochroną rządu federalnego. W końcu trzeba dbać o wszystko, co amerykańskie w Ameryce, niet?

World War II Memorial

Kiedy myślę o Waszyngtonie, widzę miasto – monument. Całe serce D.C. jest obsiane rzeźbami i memoriałami upamiętniającymi najważniejsze postaci i wydarzenia historii Stanów. Weźmy pod lupę wspomniany wyżej National Mall. Zieleń i posadzone wkoło drzewka są jedynie miłym dla oka dodatkiem dla pomników i małych architektonicznych cudów wokół. Teren parku rozciąga się od Kapitolu po Lincoln Memorial i postać kamiennego prezydenta. Po drodze nie sposób pominąć Washington Monument, śnieżnobiałego obelisku mierzącego blisko 170 metrów. To mój zdecydowany faworyt w tym mieście pamięci. Po bokach natrafimy na rzeźby przesiąknięte krwią i bólem ofiar II wojny światowej, wojny w Wietnamie i wojny koreańskiej. No tak, ich głównym celem jest sławienie potęgi i amerykańskich zasług na polu bitwy. Kawałek dalej znajdziemy kolejną martwą chwałę – memoriały Luthera Kinga, Roosevelta i Thomasa Jeffersona okalają niewielkie jezioro Tidal Basin. Ścieżka wokół zbiornika obsadzona jest drzewami wiśni. To prezent, którym obdarował Waszyngton burmistrz Tokio na początku XX wieku. W marcu, kiedy drzewka zaczynają kwitnąć, miasto przeżywa coroczne oblężenie turystów. Widok musi być obłędny, ale… Wyobraźcie sobie tysiące osób na tak małej przestrzeni próbujące zrobić jedno idealne ujęcie. Cóż, ja po swoje kadry wybiorę się do Japonii ;)

Thomas Jefferson Memorial




Kapitol

Ciężko byłoby mi wymienić wszystkie memoriały na terenie D.C., jest ich zdecydowanie za dużo. Zostawiam Was z listą, moim zdaniem, najważniejszych i najbardziej widowiskowych. Swoją drogą, łapię się za głowę na myśl, ile to wszystko musiało kosztować i jak znikoma jest tego praktyczność. Nad National Mall dumnie króluje Biały Dom, oficjalna rezydencja prezydenta USA. Jeszcze kilka lat temu zwykły Kowalski mógł zaglądnąć do jego wnętrza i z bliska rzucić okiem na tajne życie głowy kraju. Dziś Biały Dom jest zamknięty dla odwiedzających, co oczywiście nie przeszkadza nikomu wcisnąć aparatów i telefonów w szpary otaczającego go ogrodzenia. Tak, ręka do góry, zrobiłam dokładnie to samo ;) National Mall to nie tylko kamienne posągi, to również zbiór Smithsonian Museum. Miałam okazję zobaczyć kości dinozaurów w Muzeum Historii Naturalnej i najprawdziwszy prom kosmiczy w oddalonym od centrum National Air and Space Museum. Muzea są świetne - dopacowane, ciekawe i co najważniejsze, darmowe. Muszę się przyznać, że było mi trochę smutno. Znów pechowo trafiłam na okres renowacji Kapitolu i rozkopany środek parku. Tak piękne miejsce i nie mogłam podziwiać go w całej okazałości. Hm, zawsze to jakiś pretekst do powrotu, prawda?

Lincoln Memorial




Biały Dom

Spacerując wzdłuż rzeki i zostawiając za sobą National Mall, trafiłam do jednej z najpiękniejszych dzielnic miasta, Georgetown. Udekorowana kwiatami, z pięknym deptakiem, fontanną, świetnym jedzeniem i modnymi markami – bez dwóch zdań spełnia wszystkie kryteria słowa fancy. To tu spędziłam z Adresem cudowny wieczór, między tajskim curry a rozmowami nad brzegiem o marzeniach i planach na przyszłość. Wciąż śmieję się na wspomnienie, że to JA wiedziałam, jak po hiszpańsku brzmi bakłażan a nie ON, chłopak urodzony w Wenezueli.

Georgetown



Thai curry

Mówiąc o przyszłości… Chciałabym wprowadzić tu trochę poważnych zmian, zaczynając od nazwy bloga, zmianie wyglądu i planowanej od dawna podstrony „O mnie”. Powoli i stopniowo chciałabym uczynić to miejsce tak zwyczajnie i po prostu MOIM. Mam nadzieję, że zmiany będą się Wam podobać, a dla mnie staną się małym motorkiem do dalszego rozwoju i kreatywnej pracy.

Miłego weekendu, M.


blog comments powered by Disqus