Jungle of Everglades

Wyobraź sobie drogę, szeroką szosę łączącą Miami i przeciwległy brzeg Zatoki Meksykańskiej. Drogę ciągnącą się setki kilometrów, skąpaną w pełnym słońcu i z obu stron otoczoną zielonym, nieprzeniknionym gąszczem drzew. Drogę, którą pokonujesz na jednym, ciężkim wdechu, mijając co krok ostrzegawczy znak „Uwaga, aligator!” Czujesz to? Właśnie wtedy pierwszy raz w życiu znalazłam się w otchłani tropikalnej dżungli.

Wiem, słowo dżungla jest tu zdecydowanie na wyrost. Floryda nie dorasta do pięt nieprzeniknionym połaciom dziewiczej Amazonii. A jednak chwyciłam w garść jej nikłą namiastkę – spotkałam dżunglę i było to niezwykłe przeżycie.

Florida | Everglades



Życie na Florydzie jest zupełnie inną bajką od tej, z którą byłam zaznajomiona od małego dziecka. Nie kwitną tu białe kwiaty zwiastujące nadejście wiosny. Drzewa nie oplatają się złotym szalem, a zima nie maluje szronem okien każdego mroźnego ranka. Śnieg poznaje się z książek lub europejskich filmów, dziesiąty raz płacząc na fenomenalnym Love Actually. Na Florydzie niezaprzeczalnie króluje lato. 365 dni w roku słońce wesoło góruje nad głowami, a wilgotność powietrza, nieraz dochodząca do 100%, potęguje odczuwalne temperatury. Jest gorąco i duszno. Człowiek zaczyna się pocić, ledwie wystawiwszy stopę za drzwi klimatyzowanego domu. Po co brać prysznic, skoro dziesięć minut na dworze i czujesz nawet najmniejszą nitkę klejącą się do ciała? Dla przeciętnego Europejczyka zmiana klimatu jest ogromna. Wciąż pamiętam pierwsze zderzenie z humidity, gdy wysiadłam z samochodu na bagnach Everglades. Natarło, zakręciło w głowie i wstrzymało oddech – tak przywitała mnie dżungla. Florydzkie subtropiki to nie tylko piękne, słoneczne dni. To również gwałtowne burze i niszcząca siła żywiołów. W Miami, przykładowo, każdy dom musi być ubezpieczony od szkód powstałych w wyniku huraganów, które często nawiedzają tę część półwyspu. Ostatni wieczór w Fort Lauderdale spędziłam uwięziona pod wiatą jednego z kurortów w pobliżu oceanu. Utknęłam tam na  kilka ładnych godzin, kiedy to spokojne opalanie przerwała mi spadająca z nieba tafla wody, smagana raz po raz szalonym wiatrem. A jednak miło wspominam florydzki klimat. W końcu to on leży u podstaw dżunglowego bogactwa fauny i flory „słonecznego stanu”.

Lettuce Lake Park | Tampa | Florida





Wciąż zachodzę w głowę, z jaką łatwością można przejść do porządku dziennego nad małymi, zielonymi stworami, które w każdej chwili mogą znaleźć się pod kołami twojego samochodu. Widok długiego ogona aligatora jest już atrakcją tylko dla licznego grona turystów, które corocznie odwiedza zakamarki Everglades. Mieszańcy traktują go jak chleb powszedni. Kto wie, czy jutro nie staną z nim twarzą w twarz we własnym ogródku? Co ciekawe, jeśli niespodziewany gość nie osiągnął określonych wymiarów, na zgłoszenie nie odpowie żadna specjalna służba. Panie, weź miotłę i radź sobie sam. Najniebezpieczniejszy jest ponoć w wodzie, pod którą wciąga swoją ofiarę i topiąc ją, zwycięża nierówną walkę. Jest doskonałym i zwinnym pływakiem, nawet mimo ogromnych rozmiarów, które potrafi osiągnąć (do 6m!). Niesprowokowany rzadko atakuje, ale dla własnego bezpieczeństwa zostałabym te kilka metrów z tyłu.

Długo czekałam na swoją kolej nieziemskiego spotkania z małą bestią. Byłam w miejscach, gdzie zawsze można zobaczyć aligatory, a nigdy ich nie było. Może to kwestia pogody, a może to tylko ja i moje szczęście bycia w odpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie. A później GO zobaczyłam. Jednego, drugiego i następnego – szeroko otwartą paszczę, zielone bydlę wygrzewające się na konarze drzewa, nieruchome oczy dosłownie pięć centymetrów nad powierzchnią wody. Trzy sarenki w europejskim lesie. 





Aligator jest niezaprzeczalnym symbolem Florydy, ale jej piękno i egzotyka nie ogranicza się wyłącznie do burych gadzich łusek. Moja amerykańska dżungla to skamieniały ząb rekina wyrzucony na piaszczystą plażę, to ostre płetwy przecinające toń oceanu o piątej rano nad brzegiem Fort Lauderdale, to mały żółwik wykluwający się z jajka i nieporadnie pełznący do wody, to rzeczne manaty wygrzewające się w południowym słońcu, to jaszczurki kryjące się w źdźbłach trawy, to wreszcie dumne ptactwo i tamten pelikan, co złowił rybę w Zatoce Meksykańskiej. Floryda i jej klimat to istny raj dla fotografów. Zerknijcie na pracę Lorraine Thomas, żony Eddie’go, która zawisła w Muzeum Historii Naturalnej w Waszyngtonie. Powiedzcie mi, że nie jest to czysta perfekcja. Może nie jestem obiektywna, ale uwielbiam każdy fragment tego zdjęcia.

Rozmarzyłam się, a dusza trzepocze do ciepła. Kiedy wreszcie przyjdzie wiosna?

Trzymajcie się ciepło, M.


Zdjęcia: Everglades & Lettuce Lake Park
blog comments powered by Disqus