One small step for a man


Blog aromadisiac wraz z baskijską wyprawą ujrzał światło dzienne w styczniu ubiegłego roku. Był owocem jednego z najbardziej kreatywnych okresów studenckiego życia. Nie wiem, jak wygląda Wasza sesja i co robicie, gdy notatki zaczynają dwoić i troić się przed oczami. Może polerujecie garnki, a może, jak ja jeszcze kilka dni temu, oglądacie kolejny i kolejny odcinek ulubionego serialu. Rok temu pisałam. Porządkowałam i przelewałam wspomnienia, które chciałam zatrzymać przy sobie. Pisałam, bo w głowie kłębiło się milion myśli, a ja nie potrafiłam ich wypowiedzieć. Pisałam, bo to zawsze wychodziło mi lepiej. Czułam wenę płynącą z każdym nakreślonym słowem. Znów zaczęłam tworzyć i było to najwspanialsze uczucie na świecie.

Od tego czasu wiele się zmieniło. Pewne rzeczy przestały mi wystarczać, a innych zaczęło bardzo brakować. Przestałam pisać wyłącznie dla siebie, dopuszczając myśl, że ktoś może skorzystać z tego, co robię. Moje posty z podróży, kiedyś swobodnie plecione historie, zyskały strukturę i praktyczne wskazówki. Po drugiej stronie ekranu dostrzegłam czytelnika, jego zainteresowania i potrzeby. Dostrzegłam w tym swoje miejsce, ani przez chwilę nie zapominając kim jestem i po co właściwie to robię. Posty się zmieniły, a ja zostałam taka sama, od czasu do czasu dzieląc się uczuciami i prywatnym światem M. Z każdym kolejnym miesiącem aromadisiac budził niedosyt. Eksperymentowałam w poszukiwaniu formy, z którą mogłabym się zidentyfikować. Spojrzeć i powiedzieć „to ja”. Eksperymentowałam i będę robić to nadal, dopóki nie znajdę tu siebie i swojej estetyki.

Na pierwszy odstrzał poszła nazwa, którą już od dłuższego czasu traktowałam jak kulę u nogi. Rok temu zakładając bloga, sięgnęłam po pierwszy lepszy pomysł, który pojawił się w mojej głowie. Potrzebowałam czegoś dziwnego, niecodziennego i owianego nutką tajemnicy. Aromadisiac pasował jak ulał. Być może pasowałby nadal, gdyby nie fakt, że jest jedynie pustym słowem. Co gorsza – nazwą perfum, których nawet nie znam zapachu. Anyone? Równie dobrze mogłam nazwać się „jogurt truskawkowy”. Z tą różnicą, że go przynajmniej lubię. Krótko i dosadnie, aromadisiac musiał zniknąć.

Myślałam i dumałam, łapałam się różnych wersji. Chciałam czegoś prostego, a jednocześnie zupełnie mojego. Czegoś, co oddawałoby moją wrażliwość, cele i dążenia każdego dnia. Tak powstało Palm tree view. Bo nie wiem czy wiecie, ale kiedyś będzie mnie budził szum oceanu, a pierwszą rzeczą, którą zobaczę po odsłonięciu zasłon będzie ogromny, zielony palmowy liść.

Decyzja o zmianie nazwy pociągnęła za sobą zakup domeny. Nie będę wchodzić w szczegóły. Po co, jak i ile to kosztuje przeczytacie u rudej. Blog stał się bardziej spójny, zniknęły przypadkowe zdjęcia i cytaty. Ujednoliciłam kolory, choć wciąż walczę z majtkowo-różowymi elementami. Obiecałam inny wystrój, ale póki co żaden szablon nie trafił w moje gusta. A przejrzałam ich naprawdę sporo! Małymi krokami oswajam się z myślą o czymś trochę droższym i bardziej profesjonalnym. Cóż, to temat zdecydowanie na kiedy indziej – na lepsze czasy z lepszym stanem konta ;)

Swoją drogą, zostając w temacie zmian... moja prywata wywraca się do góry nogami. Miks dobrych i złych rzeczy na zmianę. Jedną się podzielę - dostałam pracę! A że dziś to wczorajsze posesyjne jutro, na spokój długo nie ma co liczyć.

blog comments powered by Disqus