Tampa vibes

Nienawidzę tego okresu najbardziej na świecie. Dwanaście godzin dziennie przed ekranem komputera, nerwowe przeglądanie slajdów i dopasowywanie nazwisk do wymyślnych teorii. Zapamiętywanie słówek i pojęć, których nigdy nie przyjdzie mi użyć. Pękająca głowa od nadmiaru informacji, ścisk w brzuchu przed kolejnym egzaminem i ostatnia deska ratunku w postaci kubła kawy. Sesja. Ledwie się zaczęła, a już dopadł mnie kryzys wyczerpanych zasobów poznawczych. Jeden egzamin za drugim, a ja jedyne o czym marzę to zamknąć oczy i znaleźć się zupełnie gdzieś indziej - daleko stąd, na złotym piasku, w cieniu rozłożystej palmy i z małą parasolką w zimnym drinku. 

To co, lecimy?

co zobaczyć | Floryda | informacje praktyczne

Od samego początku szalonego pomysłu „jadę do Stanów!”, głównym celem mojej podróży miała być Tampa, średniej wielkości miasto położone na zachodnim wybrzeżu Florydy. To tam, a ściślej mówiąc na jej obrzeżach, miałam zatrzymać się na dłużej. Tampa stała się punktem odniesienia, wokół którego rozplanowałam i rozbudowałam całą wycieczkę. Korzystając z gościnności kuzynostwa, mój plan szybko poszerzył się i został zdominowany przez największe metropolie wschodniej Ameryki – Nowy Jork, Waszyngton, Miami. Koniec końców, Tampa została zepchnięta na drugi plan. Spędziłam w niej niecałe dwa dni i… ciężko powiedzieć, że była to zła decyzja. Okej, są tam palmy (tak!), ostrzeżenia przed manatami i jaszczurki biegające po chodnikach. Dopełnię listę trzema miejscami, w których warto przystanąć na dłużej. A reszta? Cóż, internety nie kłamią, wskazując na piękne plaże i świetną pogodę jako największe zalety tego miasta ;)

Przed wyjazdem nieraz obiło mi się o uszy, że w USA bez samochodu to jak bez ręki. To prawda – odległości między miastami, a nawet konkretnymi punktami są bardzo duże. Mimo to, przyznam się szczerze, traktowałam te doniesienia z przymrużeniem oka. No bo w końcu jak? Kraj z tak dobrze prosperującą ekonomią, który nie potrafi zadbać o coś tak przyziemnego i podstawowego jak publiczne środki transportu? No way. Nowy Jork i jego rozbudowany system metra nie zawiódł. Nadziemną kolejkę w Miami dało się przeżyć. Poważne schody zaczęły się w Tampie, w dniu, w którym wymyśliłam, że dojadę do miasta zwykłym autobusem. Być może fakt długiego czekania nie byłby taki zły, gdyby tylko na przystanku wisiał rozkład jazdy? Humor poprawił mi kierowca autobusu, który widząc, że brakuje mi 1 $ do biletu, tylko uśmiechnął się i machnął ręką. Wręczył mi bilet i rzucił: „Następnym razem będziesz wiedzieć”.






Tragiczna komunikacja już na wstępnie zniechęca do miasta. Dlaczego więc, mimo wszystko, trzeba to przeboleć i choć na chwilę skoczyć do Tampy?

# Riverwalk

Zamiast pakować się w ścisłe centrum, pierwszy dzień w Tampie spędziłam nad brzegiem Hillsborough River. Budzące się miasto, spokojny spacer z lustrem pod pachą, słońce nad głową i delikatny podmuch wiatru – to wszystko, czego potrzebowałam w tamtej chwili. Nadrzeczny deptak ciągnie się od Tampa Museum of Art przez mnogość parków, port, obiekty sportowe po oceanarium. Warto mieć oczy dookoła głowy, by nie przegapić kryjących się na trasie perełek. Tu zza egzotycznych drzew wyglądają wieżyczki University of Tampa, tam na placu zabaw wyleguje się kamienny aligator, a jeszcze dalej parkowe ławki przywodzą na myśl kolorowe fale Gaudiego. Pod stopami wyrastają mądre myśli, a tuż obok patrzą smutne oczy z wystawionej fotografii. Jest tu trochę ciszej, trochę dyskretniej – zupełnie inaczej niż zaledwie kilka kroków dalej, w wielkomiejskim Downtown.



Riverwalk
University of Tampa




# Ybor city

Jest takie jedno miejsce w Tampie, które wywarło na mnie niesamowite wrażenie. Ybor city to dzielnica zupełnie niezwykła i zupełnie nieprzystająca do reszty miasta. Gdy wkroczyłam w jej progi, czas stanął w miejscu, a ja przez przypadek znalazłam się w innym wymiarze. Jest tu kolonialnie, ceglaście, pomarańczowo. Mury Ybor niosą historię, która sprowadziła mnie na ziemię. Ybor, formalnie przynależąc do Tampy, zachowało swoją odrębność ze względu na kulturowy magiel jej mieszkańców, który skupiał tysiące imigrantów z Kuby, Włoch i Hiszpanii. Wiodło ich tutaj poszukiwanie lepszego życia. Nie było tu miejsca na nietolerancję i dyskryminację, tak szeroko pleniącą się poza granicami małego miasteczka. Ludzi spajała ciężka praca w fabryce, gdzie co roku skręcali miliony cygar. Ich wyroby przez wieki cieszyły się ogromną sławą, a Tampa zyskała miano „Cygarowej Stolicy Świata”. Do dziś w małych tytoniowych sklepikach możemy znaleźć osoby trudniące się zawijaniem w sreberka. Z czystym sercem polecę Wam tutaj Ybor City State Museum, które zafundowało mi tą wyjątkową podróż w przeszłość (4$).

Dzisiaj Ybor city to studencka dzielnica nocnego szaleństwa „somewhat dangerous at night”. Odpuściłabym tu późne, samotne wędrówki.




# Lettuce Lake Park

Jeżeli kochacie dziką naturę, jesteście właśnie (całkiem przypadkiem) w Tampie i macie odrobinę więcej wolnego czasu, nie możecie pominąć Lettuce Lake Park. To rozległy, znajdujący się na obrzeżach miasta park regionalny, który gromadzi egzotyczną florę i faunę. Nigdzie indziej nie natkniecie się na wyłaniające się z wody aligatory, a biały ibis nie przeleci Wam tuż nad czubkiem głowy. Przy okazji, komary tną jak szalone, nie zapomnijcie ubezpieczyć się w dobry środek przeciw owadom. Lettuce Lake Park stanowi mały wycinek tropikalnej dżungli, a przynajmniej jej bezpiecznej wersji dla przeciętnej rodziny z dziećmi ;)

O specyficznym klimacie Florydy i jej zwierzątkach planuję osobny wpis. Muszę zostawić Was z małym niedosytem - dziś zdjęć krokodylów nie będzie.



Będzie kiepsko, jeżeli nie zdam egzaminu, bo bawię się w pisanie bloga. Cóż, czasami muszę odpłynąć, by kolejnego dnia wrócić na właściwe tory. Przecież i tak to zdam. Trzymajcie się ciepło!
blog comments powered by Disqus