Lost in time

Photography

Jakoś tak mnie ostatnio mniej w wirtualnym świecie. Mniej czytam, mniej piszę, nie mogę znaleźć motywacji, by fotografować poranną kawę. Mały chochlik siedzi z tyłu głowy i wierci się niespokojnie – bo to już ponad dwa tygodnie od ostatniego słowa, tyle dni od ostatniej fotografii, a przecież tak bardzo to lubisz.

Wrzuciłam się w środek nowego, obcego mi świata. Za jedną rękę wciąż ciągnie stara przyjaciółka – uczelnia, drugiej uczepiła się praca. Dobrze, w końcu dokładnie tego chciałam. Wirować na pełnych obrotach, nie rozstawać się z kalendarzem i zapomnieć o Bożym świecie. Cieszę się, że robię coś o odrobinę większym znaczeniu niż bezmyślne przerzucanie kolejnych kserówek. Że zrobiłam pierwszy krok w przyszłość i nagle poczułam się tak zupełnie dorosła. Cieszę się ze wszystkich trudności, które wiążą się z tą decyzją. Wiem, że będzie warto.

Jedna rzecz. Zgubiłam po drodze mój czas. Zachodzę w głowę, jak szybko znika kolejny dzień. Bo chyba nigdy nie był aż tak krótki? Tonę w błocie złej organizacji i ustalania błędnych priorytetów. Wiem, że tak nie może być i muszę szybko wrzucić właściwy bieg. Najwyższa pora znów odpalić tryb małego robota, wdrożyć się w nowy work & school rytm i znaleźć czas na to, co lubię najbardziej. Trzymacie kciuki?

Ale zanim to, odłączam się na chwilę i zmykam (który to już raz…) do słonecznej Hiszpanii. Wrócę wypoczęta, z naładowanym akumulatorem i promiennym uśmiechem na ustach. Będą nowe kadry, nowe historie do namalowania i worek studenckich zaległości. Ale kto da radę, jak nie ja? ;)

Tymczasem zostawiam Was z piękną Aleksandrą.

Do usłyszenia w kwietniu!
M.








blog comments powered by Disqus