Cross the bridge of Ronda

casas colgadas | puente nuevo | andaluzja | co zobaczyć

… i skończyło się. Wciąż od nowa zadziwia mnie magia znikającego czasu. Mrugnęłam okiem, a 10 dni rozpłynęło się w mgle wielkanocnego ranka. Jestem tutaj – dokładnie tam, gdzie byłam i z uśmiechem twarzy żegnałam polską ziemię. Znów tonę w morzu znajomych kropel, a kawiarnie na Krupniczej nieodmiennie kuszą zapachem białej mokki. Czas się zatrzymał. I gdyby nie ta jedna muszelka, która puszcza mi zalotne oczko, i gdyby nie te białe, pocztówkowe domki, które raz po raz obracam w dłoniach, odcięłabym sobie rękę, wierząc, że wczoraj było znów tym smutnym, przeciętnym wczoraj.

Lubię raz na jakiś czas zapomnieć o Bożym Świecie. Wystawić twarz do słońca, poczuć pod stopami małe ziarnka złotego piasku, wsłuchać się w rytm fal uderzających o przybrzeżne skały. To mnie napędza, sprawia, że chce się żyć. Hiszpanię opuściłam ponad rok temu, a już tyle wzruszeń potrafił obudzić widok zwykłych, brudnych ulic. Znów byłam w domu i czułam to każdym milimetrem mojego ciała.



Puente nuevo

Tym razem było trochę inaczej, trochę bardziej gwarnie i tłocznie. Wpadłyśmy w sam środek szalonych obchodów Fallas i andaluzyjskiej Semana Santa. Trochę inaczej, a jednak wciąż tam samo dobrze. Cieszyłam się jak małe dziecko, pchając do buzi kolejnego tosta z pomidorami i zalewając go filiżanką gorącej café con leche. Odwiedziłyśmy ulubione miejsce (ach, te brunche w Dulce de leche!), zobaczyłyśmy ulubione twarze i jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki odżyły stare wspomnienia pochowane głęboko za spisem bibliografii do pracy magisterskiej. Napłynęły zapomniane chwile, a wraz z nimi sztorm pozytywnych uczuć. To tu po raz pierwszy jadłam paellę, tam w cieniu Alahambry zasypiałam wtulona w miękki śpiwór. Na tych schodkach do serca wkradli się uliczni grajkowie, w tej knajpie K. zalał pół łazienki, a trochę dalej próbowałam najlepsze gazpacho andaluz. To była dokładnie ta moja zaplanowana podróż – kręcąca łzę w oku i przegrzebująca zakamarki pamięci. Podróż, gdzie zwiedzanie stało się tylko mało istotnym tłem dla nocnych plotek przy drugiej cañi i talerzu tapas. Dokładnie taka, jak miała być.



Casas colgadas


Pomysł wypadu do Rondy, małego miasteczka w prowincji Málaga, wyszedł zupełnie niespodziewanie. Jeszcze w pierwszych dniach mojego pobytu nie wiedziałam, że zaledwie kilka dni później nie będę mogła odkleić lustra od twarzy. O Rondzie pierwszy raz usłyszałam na jednej z lekcji geografii i od tej chwili nie byłam w stanie wywalić jej z głowy. Kombinowałam, by zajrzeć tam już w trakcie autostopowego tripa, ale zerkając na mapę i mając przed oczami trud wydostania się z miasta, odpuściliśmy. Erasmus również nie był ku temu dobrą okazją. Po części z powodu kwestii finansowych, po części - bo tam już przecież byłam, nie planowałam zapuszczać się w rejony Andaluzji. Dlaczego więc nie teraz? Dwa razy nie trzeba było mi powtarzać. Dołączyłam do Kasiowo-rodzicowej wycieczki i cóż… mało powiedzieć, że były to lepiej zainwestowane pieniążki tego wyjazdu ;)

1-dniowa wycieczka do Rondy i Juzcár – 16 euro (z Emycet w Granadzie)




Moje pierwsze spotkanie z Rondą było małym rozczarowaniem. Wylądowaliśmy w nowej, powstałej już po rekonwiście części miasta – Mercadillo. Rozglądałam się dookoła i nie mogłam uwierzyć, jak bardzo ta Ronda z mojej głowy różni się od tego, co mam przed oczami. Bo nie było to zupełnie nic wartego uwagi – domki, place, blokowiska rodem z pierwszej, lepszej polskiej dzielni. Czy na pewno jesteśmy w dobrym miejscu? Miało być biało, drewniano, zabytkowo, a rozciągające widoki miały sprawić, że przestałabym oddychać. Gdzie jest to wszystko? Chwila cierpliwości i było, pojawiło się tuż za zakrętem głównej drogi.

Ronda, która skradła mi serce to starsza, arabska część miasta, Ciudad. Jej położenie na skraju wzgórza w przeszłości spełniało doskonałe funkcje obronne, dziś stanowi jeden z najważniejszych powodów, dla których warto zapuścić się w te bardziej dzikie, rustykalne tereny Hiszpanii. Rzut oka za barierkę, widok rozległego urwiska i piękno dumnych gór rozpościerających się na horyzoncie – jest dokładnie tym, czego szukam w każdym miejscu. Przestrzeni. Całość dopełniają białe domki, casas colgadas, nieśmiało przycupnięte na krawędzi wąwozu El Tajo. Warto obejść cały skraj wzgórza, chętnie korzystając z każdego balkonu wysuniętego w przepaść. Kawałek dalej króluje potężny około 100-metrowy most, Puente Nuevo, który łączy dwie części miasta. Jest prawdziwym dziełem sztuki, którego oglądanie z każdej strony na nowo wzbudza jęk podziwu. Spacer drobnymi alejkami otoczonymi białą zabudową zawsze sprawia mi dużo przyjemności. Przy okazji zajrzeliśmy do Casa del Rey Moro (3 euro) – pałacu władcy Taify, który skrywa tajemne przejście do rzeki, (ponoć) 365 schodków wydrążonych w podziemnej kopalni. Widok, który otwiera się po zeskoczeniu z ostatniego stopnia zupełnie rekompensuje wysiłek ponownego wdrapania się na górę ;) Drogę w dół raz po raz przecinają gładkie komnaty. Szczególnie jedna z nich, Sala de secretos, aż błaga o dłuższy przystanek. Swoją nazwę zawdzięcza niezwykłemu zjawisku akustycznego, które zachodzi w jej obrębie. Dwie osoby stojące przy przeciwległych ścianach usłyszą tam każde wypowiedziane słowo, podczas gdy ktoś znajdujący się pośrodku nie wychwyci ani jednego z nich. Dzień standardowo zakończyły czekoladowe lody i hiszpańskie disco-polo w autokarze.

Zahaczylibyście o Rondę? Mam nadzieję, że zdjęcia odrobinę przechylą szalę wpisania jej na listę miejsc do niedługiego odwiedzenia. Mój obiektywizm trochę kuleje (wspominałam już jak lubię małe, kameralne miasteczka?), ale bez zbędnych słów powiem, że warto.

Trzymajcie się ciepło, M.


blog comments powered by Disqus