Las Fallas

… czyli kiedy nie jechać do Walencji.


Jeszcze kilka lat temu nie pomyślałabym, że hiszpańskie rytmy tak skutecznie rozgoszczą się w moim życiu. Nie wiem, co przechyliło szalę, że postawiłam na sobie krzyżyk i zapisałam się na drugie studia. Skusiła mnie melodia, potok słów niby nie do rozróżnienia, a może tylko perspektywa półrocznej kąpieli w słońcu. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale dziś, trzymając dyplom w dłoni, bez wahania zrobiłabym to jeszcze raz. Filologia to nie tylko najlepszy kurs językowy, który przyszło mi zrealizować (od raczkującego <A1 do C1 w trzy lata), to również literatura, która krok po kroku kradła mi kawałek serca, geografia, która siała ziarna marzeń, kultura, którą chłonęłam każdego dnia, czekając niecierpliwie na zderzenie z rzeczywistością. Chciałam już, teraz, natychmiast zobaczyć i odczuć TO wszystko. Chciałam na każdy temat mieć swoje zdanie. I nie – oparte na teoretycznych bzdurach, a pociągnięte pędzlem żywego doświadczenia. Część ciekawiła, droczyła, część przyprawiała o zimne dreszcze. I mimo całej swej sympatii dla hiszpańskiego świata, część przekreśliłam grubą kreską. Pisałam o corridzie, wspomniałam o pamplońskim San Fermin, dzisiaj spuszczam z tonu i zabieram Was w ogień trawiący marcową Walencję.

Pierwsze informacje o Fallas dotarły do mnie już na pierwszym roku studiów. Zafascynowały. Korzystając z autostopowej okazji, podpytywałam kierowców, jak w ich oczach malują się te dziwne chwile. Nie rozumiałam, dlaczego wzdychali, machali ręką i podsuwali pomysł ucieczki z miasta. Mało powiedzieć, że wyjazd z Erasmusa tuż przed marcowym szaleństwem pozostawił gorycz niedosytu. Z zazdrością śledziłam tonące w czerwieni posty znajomych, które zalały każdy kanał social media. Musiał minąć cały rok, bym znów (trzeci to już raz) trafiła do Walencji. Tym razem w samą porę.


Carrer Cuba

Carrer Cuba

Carrer Cuba

Mascleta
Mascleta


Trochę faktów.

Korzenie Las Fallas sięgają XVI wieku. Ich początków należy szukać w niezwykłej tradycji wigilii Dnia św. Józefa, hiszpańskiego święta ojca. To właśnie w tym dniu, chcąc uczcić patrona, miejscowi cieśla, tuż przed drzwiami swoich pracowni, wznosili i pali drewniane konstrukcje. Z czasem szczątki zyskiwały coraz bardziej ludzkie kształty, powoli stając się karykaturami ważnych postaci politycznych. Każdy kolejny rok dokładał małą cegiełkę, przeistaczając Fallas w jeden z największych i najgłośniejszych festiwali współczesnej Hiszpanii. Choć wiele się zmieniło, la crema, najważniejszy moment świąt, wciąż przypada 19 marca - w Dzień Ojca.

Jak dzisiaj wygląda Święto Ognia? Już na tydzień przed główną celebracją, w najróżniejszych zakątkach miasta pojawiają się słynne falle – duże, małe, różnokształtne i wielokolorowe figury. Najważniejsze zostają wyniesione w ścisłym centrum, na Plaza del Ayuntamiento i w okolicach Plaza de la Virgen. Ulice, na czele z Carrer Cuba, rozbłyskają światłem magicznych instalacji. Cała Walencja na tą krótką chwilę staje się żywym dziełem sztuki, otwierając swe wrota dla turystów napływających z każdej strony świata. Niezwykły tydzień jest wyjęty z ram wszystkiego co znane. W Walencji nikt nie pracuje, nikt się nie uczy, każdy dzień to niekończąca się zabawa. Króluje tu chaos, ryk petard i dym, który szczypie w oczy. Wyobraź sobie sylwestrową noc i fajerwerki, które barwią niebo nad twoją głową. Pomnóż to razy 24 godziny, razy 7 dni. I razy tysiące osób więcej wkoło. Tak wygląda piekło w samym środku Walencji. Nawet małe dzieci ściskają w rączkach petardy, radośnie rzucają je pod mostem, do kanalizacji, pod twoje nogi. Byle tylko zrobić jak najwięcej huku. Otwierasz oczy z wrzaskiem pierwszej porannej racy, zasypiasz pod niebem roziskrzonym sztucznymi ogniami. Codziennie w południe zbierasz się w tłumie, by jeszcze raz stać się świadkiem Masclety – widowiska z petard i dymu. Gdy zgaśnie słońce, wraz z tłumem toczysz się do Ruzafy, by stanąć twarzą w twarz z największą luminacją, jaką widziałeś w życiu. Co pół godziny na nowo rozpoczyna się teatr świateł. Jeśli cierpliwie zaczekasz, być może znajdziesz się wystarczająco blisko, by wchłonąć cudo rozgrywające się przed twoimi oczami. By choć na kilka chwil zapomnieć, że moment wcześniej nadziałeś się na czyjś wystający łokieć, a tamten chłopak stanął ci na stopę. By przypomnieć sobie, że po TO właśnie tu przyjechałeś.

Carrer Cuba

Carrer Cuba

Carrer Cuba

Carrer Cuba

Fallas to również nutka historii, to ludzie przywdziani w tradycyjne stroje, spacerujący w rytm bębnów w ciasnych uliczkach miasta. Ich główna rola przypada 18 marca, w dzień Ofrendy, kiedy na Plaza de la Virgen składają w ofierze kwiaty i ubierają w nie ogromną statuę Matki Bożej (którą nota bene później palą…). Każdego roku wśród kobiet zostaje wybrana najpiękniejsza fallera – największy zaszczyt i marzenie małych walencjanek.

Najważniejszy dzień, 19 marca, kończy celebrację Fallas. Późno w nocy, między 22 a północą, ma miejsce La Crema, najbardziej wyczekiwany moment święta. Falle gasną, nad ich głowami rozbłyskają fajerwerki, a cała postać ginie w językach ognia, gdy w tle rozbrzmiewa dumne We are the champions. Poszczególne falle upadają w podobnym czasie. Masz szczęście, jeśli mimo nieodłącznego tłumu, zobaczysz koniec kilku w nich.

Carrer Cuba

Cieszyłam się jak małe dziecko, że mogłam tam być. Chłonęłam każdy obraz, każdą chwilę. Ale… więcej nie chcę. Nie czuję się dobrze w tłumie. Nienawidzę przeciskać się, rozpychać i podskakiwać. Nie cierpię być gdzieś na szarym końcu. Marcowa Walencja jest tłoczna, brudna i mokra. Ponoć Fallas bez deszczu to nie Fallas! Marcowa Walencja jest droga i okropnie hałaśliwa. Rządzi się własnymi prawami. Jakoś tak zupełnie innymi, od tego co zapamiętałam. No i Umbracle wciąż zamknięte.

Do Walencji na pewno jeszcze wrócę, ale może już nie w Fallas ;)


Playa de Patacona




blog comments powered by Disqus