Close your eyes and fly

Sierpień 2013

3 tysiące metrów nad ziemią. Ciśniemy się w czwórkę na pokładzie małego samolotu. Śmieję się i wciąż powtarzam, że nie, zupełnie się nie boję. Przygotowałam i wmawiam to sobie już od kilku dni. Adrenalina buzuje mi w uszach i chyba wciąż nie do końca wiem, gdzie i po co tam jestem. Pilot daje sygnał i szybkim szarpnięciem przesuwamy niewielkie drzwiczki. Chłodny wiatr łaskocze mnie w policzek. Tak, idę na pierwszy ogień. Zakładam gogle, poprawiam kombinezon i przekładam nogi za pokład. Ruch za ruchem, dokładnie tak jak uczyli mnie kilka godzin wcześniej. O niczym nie myślę i wtedy zerkam w dół. Białe chmury oplatają mi nogi. Widzę pola, zielono-żółte pola i kilka mikroskopijnych domków rozrzuconych w oddali. Jasne, boję się jak cholera. Ba, jestem przerażona. Chwytam łapczywie oddech. Wdech, wydech, wdech, wydech, byle nie patrzeć w dół. Zaczynamy się kołysać i nim usłyszę wykrzyczane „trzy!”, porywa mnie szalony, powietrzny wir. Koziołkujemy, stabilizujemy pozycję i cóż, … spadamy. Nie, fruniemy. L e c ę.

Brakuje mi tchu. Przelatuję przez puszyste obłoki. Przez ten jeden krótki moment mam skrzydła i jestem ptakiem. L e c ę. Czuję delikatne klepnięcie w ramię i siła wypuszczonego spadochronu ciągnie mnie w tył. Wow. A więc to była ta chwila, którą zapamiętam na całe życie. Ta chwila, które kopnęła i wywróciła do góry nogami mój system wartości.

skok ze spadochronem

Czasami zastanawiam się, co było tą iskrą, która podpaliła mój dotychczasowy świat. Czy to sam lot – chwila wolności tak ogromnej, tak nie do opisania, nie do wyartykułowania, czy raczej chwila tuż przed. Niepewnie machałam nogami z pełną świadomością, że równie dobrze coś może pójść nie tak. Spadochron się nie otworzy i zginę, ot tak. Myślałam o rzeczach, złych rzeczach i odcinałam je grubą kreską. Szkoda czasu na strach o to, co jeszcze się nie wydarzyło. Mogę siedzieć w domu i molestować play kolejnego serialu. Jeść warzywa na parze i przepijać zieloną herbatą. Mogę spędzić całe życia leżąc brzuchem do góry i śnić przygody książkowych bohaterów. Tylko że zupełnie przestałam tego chcieć. Bezpieczeństwo i asekuracja na wszelki wypadek już dawno przestała mnie cieszyć. Machałam nogami i pomimo strachu o kolejny krok, byłam przeszczęśliwa. Bo prawda o tym, jak kruche i krótkie jest ludzkie życie, uderzyła mnie z całą siłą. A przecież tyle jest do zobaczenia, do doświadczenia i opowiedzenia nad poranną kawą. Bałam się nie pierwszy i nie ostatni raz, ale co z tego? Byłam dumna, bo zacisnęłam zęby i przekroczyłam pewną granicę. Wylądowałam na trawie - bogatsza, z głową w górze i myślą, że nie pożałuję niczego, co odważę się zrobić. Nieważne, jak bardzo będę się bać.

W pewnym sensie stałam się odważna i zachłanna życia. Na każdym kroku coś może nie zgrać – wiem to. Linki się poplączą, kierowca nie wyhamuje, zaczadzisz się we własnej łazience. A może będziesz miał to szczęście, i spokojnie dożyjesz podeszłej setki? Rozumiem ryzyko i akceptuję je. To jedna z tych rzeczy, które nauczył mnie skok ze spadochronem - wolę żyć i nie żałować. Każde kolejne doświadczenie umacniało mnie w tej wizji. Świat skrywa miliony możliwości. Nie zmarnuję ich w czterech ścianach przed ekranem komputera.

Ciężko uwierzyć, że od mojego skoku minęły już prawie trzy lata. Jak wczoraj pamiętam tamtą ekscytację przy zasuwaniu czerwonego kombinezonu. Często wracam do zdjęć, do filmu, który zatrzymał tamten dzień. Niesamowity dzień, krótką chwilę, w której znalazłam siebie i wybrałam życie.

A wy skoczylibyście ze spadochronem?

Trzymajcie się ciepło, M.
blog comments powered by Disqus