Z widokiem na Alhambrę

Every inquisitive traveler keeps Granada in his heart, 
even without having ever visited it.

co zobaczyć

Jeśli zapytałabym o pierwsze skojarzenie, które przychodzi Ci na myśl, gdy słyszysz Hiszpania, jestem pewna, że powiedziałbyś – słońce. Okej, pewna na 85%, jeśli nie należysz do tych osób, które wieczorne środy spędzają wpatrzone w dwie bramki i obijającą się o nogi piłkę. Kiedy myślę o Hiszpanii, widzę słońce, ciepłe morze i +30 na ulicznym termometrze. Przeżyłam walencką zimę, mroźny wiatr wdzierający się przez nieszczelne okna, a jednak to parzący piasek wciąż sypie się w mojej głowie. Zapomniałam jak kapryśny może być hiszpański klimat. Na marcowy wyjazd spakowałam dwa swetry i sukienkę do kolan. Zarzuciłam cienki płaszczyk i szalik w biało-czarne pasy, tak na wszelki wypadek. Niemożliwe, że było tak zimno jak straszyli nas znajomi. A jednak. Granada* płakała deszczem, otulając się w szare chmury. I tylko raz na jakiś czas przebijał się promień, namiastka słońca, które tak skutecznie pomalowało moje myśli. Trochę zmarzłam, trochę przemokłam, a ciepłe rzeczy skończyły mi się już trzeciego dnia. Każdego ranka zerkałam kątem na sukienkę w białe kwiaty, plując sobie w twarz, że nie wzięłam tego trzeciego swetra. Człowiek uczy się całe życie. Czego nauczyłam się tym razem? Wierzyć prognozie pogody ;)










Granada, nawet w deszczu, jest jednym z najpiękniejszych miast całej Hiszpanii. Jej niezwykły klimat czuć w każdym zakamarku miasta. Arabskie smaki i zapachy przeplatają się tu na tle niebieskich azulejos. Kolorowe lampy zdobią sufit pobliskich kramów, a aromat suszonych ziół towarzyszy przeglądaniu skórzanych toreb. Nad miastem czuwa potężna Alhambra, wbijając palec w żebra i przypominając, że to Granadą przez lata rządziła arabska ręka. Dziś wspomnienia VIII-wiecznego najazdu przywołuje biała zabudowa barrio Albaicín i niebieskie donice na jej śnieżnych ścianach. Granada to najbardziej arabskie, wielobarwne miasto, które odwiedziłam w Hiszpanii. Ukochane miejsce turystów i studentów całego kraju. Przyciąga aurą, tajemniczą nutą blasku wschodzącego słońca i darmową tapą do gorzkiego piwa. To miasto-historia, gdzie swoje pierwsze kroki stawiał García Lorca, najsłynniejszy poeta i dramaturg półwyspu. Do jego letniej rezydencji prowadzi droga wysadzana lawendą, rozłożystymi palmami i egzotyczną roślinnością - zielone płuca w centrum Granady. Nie ma nic lepszego niż leniwa niedziela w cieniu palmowych liści Parku Lorki z ulubioną książką i kubkiem gorącej kawy. Granada to w końcu ludzie, otwarci, uśmiechnięci od ucha do ucha, barman, który opowie Ci swoje życie i uliczna muzyka a’la soundtrack grenadyjskiej przygody.

Andaluzyjskie miasto kusi niezwykłym położeniem. Rozciągnięte na trzech wzgórzach u podnóża Sierra Newada, najwyższych hiszpańskich szczytów, kręci w głowach i zapiera dech małym podróżnikom. Widok ośnieżonych gór i godzina drogi do najbliższej plaży wydaje się tworzyć idealne połączenie. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Dziwię się, że trzy lata temu, kiedy pierwszy raz obudziłam się w Granadzie, nie potrafiłam dostrzec jej piękna. Zwiedziłam Alhambrę, zjadłam paellę, popiłam gazpacho i byłam szczęśliwa. Dopiero dziś, przyjeżdżając tu w zupełnie innym celu, zobaczyłam prawdziwe miasto. Granadę spokojną i szaloną za razem. Granadę wciśniętą w wąskie przejścia i pomalowaną bielą. Cudowną Granadę, której widok zachwyca tak samo z każdej strony miasta. Wspięłam się na dwa wzgórza i przepadłam w obrazie śpiącej Alcazaby.







Z samego rana wdrapaliśmy się na wzgórze Sacromonte, najbardziej osobliwy zakątek miasta, gdzie białe domki wyrastają jeden z drugiego. Każdy z nich to małe dzieło sztuki. Przecinają je barwne wstawki i zielone chaszcze rozpychające luki między głazami. Życie płynie tu spokojnie i bez pośpiechu. Film spowalnia, by w końcu szumnie się zatrzymać. Odbiliśmy w prawo i wkroczyliśmy w kaktusowy gąszcz. Skrywa on tajemnicę, z której słynie Sacromonte. To właśnie tutaj mieszkają ludzie, którzy wybrali inną ścieżkę życia. Bliższą natury i zupełnie z dala od nowoczesnego zgiełku. Ludzie nomadzi, wolne duchy, wyraźnie odcinający się od miejskiego huku. Żyją w cuevas – jaskiniach, które zaadaptowali do własnych potrzeb. Znajdziemy tu dwa rodzaje mieszkań – cuevas ładne i zadbane, z podciągniętym prądem, bieżącą wodą i kanalizacją. Im dalej w las, cuevas stają się dzikie i prymitywne. Na podwórku ktoś rozpala ogień w wannie. Wszystkiemu przyglądamy się ukradkiem z góry. Trochę dziwne to życie na kupie śmieci. Wycofujemy się do białych domków, by wraz z kroplami deszczu trafić na balkon z widokiem na Alhambrę – Mirador San Nicolás.

Na drugie wzgórze trafiamy tuż przed zachodem słońca. Mijamy Alhambrę, parking i pomarańczowe drzewka. Jeszcze trochę wyżej. Jeszcze trochę ciszej, gdy miasto zostaje daleko w tyle. Docieramy na Silla de Moro, w sam czas, by stać się świadkiem spektaklu barw i świateł. Niebo gaśnie, dając pole do popisu różowo-niebieskiej łunie. Zamykam w garści tę magiczną chwilę. Nie pada i chyba znów jest pięknie.







Bonus na dobranoc. Karaluchy pod poduchy, M.


*w języku polskim Grenada

Podobne posty:
blog comments powered by Disqus