(Nie) groźna Nowa Huta


Każde większe miasto ma swoją małą czarną owcę, o której źle się mówi i źle się słyszy. W Nowym Jorku nie lubi się Bronxu, a za Wisłą strach zapuścić się na Pragę Północ. Na neapolitańskiej Piazza Garibaldi raz po raz padają strzały, a w paryskiej Barbes groźnie łypie ludziom z oczu. Przez 14 lat mieszkałam w jednej z ponoć najniebezpieczniejszych dzielnicy Rzeszowa, a jednak nigdy nic i nikt nie wszedł mi w drogę. Tak, jestem dziewczyną z B4 i wciąż chodzę w jednym kawałku. Nic dziwnego, że słowo niebezpieczny traktuję dziś z dużą rezerwą. O Krakowie mówi się, że ma dwa nieciekawe punkty. Na Kurdwanowie byłam tylko raz w poszukiwaniu czekolady z Biedronki. Do Nowej Huty trafiłam dopiero niedawno – na pyszne brownie na Placu Centralnym. Wróciłam ponownie, z aparatem i błyskiem w oku. Przecież tutaj jest tak pięknie!

Nowa Huta jest osiemnastą i największą dzielnicą Krakowa. Do drugiej połowy XX wieku funkcjonowała jako samodzielne miasto, które rozbudowało się wokół kombinatu metalurgicznego. Rządził w niej przemysł, malując na żółto socrealistyczne bloki. Huta powstała tuż obok Krakowa, niejako na złość - by przyćmić inteligenckie, pachnące kulturą miasto. Jej kominy wciąż buchają dymem, a duch socrealizmu żyje i hula po nowohuckiej dzielni. To najlepsze miejsce, by zakręcić czasem i choć na chwilę znaleźć się w komunistycznym świecie. Ponoć Nowa Huta jest nudna, brzydka i szara. Cóż, mam przynajmniej trzy powody, by sądzić zupełnie inaczej.

# Plac Centralny im. Ronalda Reagana

Nowa Huta | Kraków | co zobaczyć w Nowej Hucie




Plac Centralny, jak głosi sama nazwa, jest centralnym i najbardziej reprezentatywnym miejscem Huty. Gdy pierwszy raz wysiadłam z tramwaju, złapałam się za głowę. Nowa Huta była zupełnie różna od zdania, które zdążyłam wyrobić sobie na jej temat (na podstawie plotek, a jakby…). Przechodziłam obok dużych kamiennych kamienic, zadzierałam głowę, by dojrzeć balkonowe loggia, dotykałam niby renesansowych kolumn i podziwiałam wiszące stropy. A tam, na tamtym piętrze kręcono Pod Mocnym Aniołem. Cały plac otacza zespół barokowych arkad, które skrywają sklepy i malutkie kawiarenki. To tutaj, w ich głębi, zjadłam pamiętne czekoladowe brownie. Mniam! Róże porastają środkowy placyk i oplatają ławki, na których przycupnęły starsze panie. Posadzone są również w klombie przy dumnym V pomnika Solidarności. Tutaj młoda parka kitra się na schodach, a tam w kółko biega pies za kolorowym frisbee. Wokół tyle zielonej przestrzeni. Jest cicho, spokojnie i tylko tamta pani wyzywa od rudych kurw dziewczynę na rolkach.

Od Placu Centralnego odchodzi Aleja Róż, jedna z głównych ulic Nowej Huty. Niegdyś była obsadzona dziesiątkami róż, a na jej środku górował posąg Lenina. Mieszkańcy, nie kryjąc swojej sympatii do ustroju, wdzięczne obrzucali go pomidorami, by w końcu - w 79 roku - wysadzić w powietrze. Na rogu znajdziemy Muzeum PRL. Muzea to jednak nie moja bajka, wsiadam więc w tramwaj i jadę dalej.

# Kopiec Wandy





Kopiec Wandy to, obok Kopca Krakusa (pamiętacie moje zachwyty?), najstarszy krakowski kopiec. Został usypany na cześć Wandy, która nie chciała Niemca i utopiła się w Wiśle. Legenda mówi, że to właśnie tutaj spoczywa Wanda, której ciało miano wyłowić z nieopodal przepływającej rzeki. Na jego szczycie postawiony jest pomnik z białym orłem w koronie.

Kopiec jak kopiec – fajny, owinięty wokół wydeptaną ścieżką, ale… zupełnie bez szału. Nie jest wysoki, a z jego szczytu można pooglądać wierzchołki drzew i obrośniętą w krzaki Nową Hutę. Gdzieniegdzie wychyla się buchający komin. W pakiecie dorzucę pijanego, zataczającego się Niemca. Dojazd do niego jest dziś utrudniony. Przedkopcowy fragment Ujastku Mogilskiego tonie w dźwigach i rozkopanej drodze. Trochę musieliśmy się nagimnastykować, żeby z powrotem trafić na przystanek.

Krótko mówiąc, fajnie, że byłam i zobaczyłam, ale prędko tam nie wrócę. Macie inne doświadczenie?

# Zalew Nowohucki






Najlepsze zostawiłam sobie na koniec. Po bezszałowym doświadczeniu z kopcem ruszyliśmy w kierunku niebieskiej plamy na mapie Huty. Wow, Zalew Nowohucki zaczarował mnie od pierwszego spojrzenia. Słońce zachodziło za drzewami, malując wodę na milion odcieni żółci i fioletu. Gra świateł, zapach lasu i niebieskie łódki przecinające taflę. Ludzie łowiący ryby, radośnie biegające dzieci, nocne kino i karuzela wirująca pod niebem. Tylko woda trochę taka brudna. Obeszliśmy zalew dookoła i jedyne czego żałuję, to tego, że spędziliśmy tam zbyt mało czasu. Patelnia białego, przepalonego nieba nie pomogła w dobrych zdjęciach. To co, następnym razem?

- Dobrze, że jesteś tu ze mną. Bałabym się być tu sama.
- No co ty! Zobacz, przecież biegają tu małe dzieci.

Dokładnie, nie taka Huta straszna, jak ją piszą. Pełna kontrastów, trochę zapomniana i przycupnięta na brzegach Krakowa. Macie w swoich miastach niebezpieczne, a jednak czarujące dzielnice? Chętnie je odwiedzę.

Miłej niedzieli! Kolejnym razem widzimy się w Budapeszcie ;’)
M.


Inne z tej serii:

blog comments powered by Disqus