Budapeszt - godzina po godzinie

Przed wyjazdem do Budapesztu naczytałam się różnych rzeczy. Przeglądałam blogi, wertowałam nagłówki, a pochwałom i zachwytom nie było końca. Budapeszt to najpiękniejsze miasto w Europie. Nikt nie powiedział Ci, że Budapeszt jest taki piękny. Niesamowity. Uroczy. Chwytający za serce. Miasto, do którego cały czas chcesz wracać. Pyszne jedzenie, ciężki zapach gulaszu i historia, która wylewa się z szarych ulic. Łaźnie, rybackie baszty i hotelarski przepych. A w końcu tokaj, tokaj i… gulasz raz jeszcze. Nie lubię czytać i chłonąć takich rzeczy – ustawiać wysoko poprzeczkę, którą później kopnę i roztrzaskam zła na strzępy. Ile już razy zawiodło mnie tak wspaniałe miejsce? Napisałam, że jadę do Budapesztu, a w komentarzach zrobiło się lepko od cukru. To moje ulubione miasto! Zazdroszczę, chciałabym tam wrócić. Na pewno Ci się spodoba, Budapeszt jest cudownym miejscem. Tam nigdy nie można się nudzić. Przestraszyłam się, bo co jeśli to nie moja bajka? Wrócę i napiszę bez szału? Nie od dzisiaj nie lubię dużych stolic.

Uspokajam. Złapałam bakcyla i chyba już wiem, dlaczego Budapeszt jest taki piękny.

Dlaczego Budapeszt podoba się wszystkim? Odpowiedź jest prosta. To czyste i zadbane miejsce,  o które troszczą się jego mieszkańcy. Koszą równo trawę i sprzątają po psie, który narobi na środek ulicy. To miejsce, w którym każdy znajdzie kawałek siebie – wrocławską fontannę, japoński ogród, madrycki pomnik z białą kolumnadą, angielski parlament pomalowany złotem, brooklyński most i churrosowe ciasto smażone w głębokim tłuszczu. Budapeszt to europejskie, w całym tego słowa znaczeniu, miasto. Okraszone wzgórzami, na których każdego dnia słońce maluje wschodzący ranek. Idealna mieszanka nowoczesności i dziewiętnastowiecznych murów. Dobre jedzenie, ostra papryka i słodkie naleśniki z owocowym dżemem. Jest sielsko, zielono i nikt nie wrzeszczy o czwartej rano. Wieczorny piątek pachnie imprezą i tylko McFlurry jakieś takie średnie. Festyn w parku, węgierskie hity i słodki kołacz skubany z tatą. Jak, no jak tu nie lubić Budapesztu?   

co zobaczyć w Budapeszcie | Węgry

W stolicy Węgier spędziliśmy zaledwie dwa dni. Bardzo intensywnie dni, po których nogi odmawiały mi posłuszeństwa, a ochoty starczało na jednego drinka. To była szalona podróż, naładowana po brzegi wszystkim, co najlepsze w Budapeszcie. Od 5 do 24 w nocy. I zdjęć dużo, i słów już poukładanych w głowie. Zapnijcie pasy, zabiorę was w podróż na piękne Węgry - godzina po godzinie*.

5.00: Do Budapesztu przyjechaliśmy godzinę wcześniej niż planowano. Nie, żebym miała szalone plany na szóstą, ale co można robić o piątej rano? Nieudane poszukiwania mapy, ogarnianie biletów i trasy, byleby tylko wydostać się z dworca. W prawo, lewo, tam i z powrotem, jeszcze raz w lewo, a tak w ogóle to pokręćmy się w kółko. Zero pomocy, obojętne wzruszenie ramion, I don’t know, I don’t know, leave me alone. Tramwaj, metro, tramwaj, autobus, a może machnąć ręką i ruszyć przed siebie? Nie, znajdźmy w końcu ten tramwaj. Mało powiedzieć, że to zdecydowanie nie był mój dzień. Dla potomnych: po wyjściu z dworca skręć w lewo, po schodkach w górę i znajdź 19-stkę, która zawiezie cię do Buda Castle. Tam zgarnij mapę, odetchnij i zacznij cieszyć się miastem.

7.00: Poranek spędziliśmy na Wzgórzu Zamkowym, z którego rozpościera się piękna panorama stolicy Węgier. Słoneczko powoli wspinało się po niebie, malując na dziesięć odcieni różu budzące się miasto. Spacerowaliśmy po murach zamku, otoczeni ciszą i spokojem pochrapującego jeszcze miejsca. Całe Buda Castle mieliśmy wyłącznie dla siebie – prywatny zamek z widokiem na Dunaj. W końcu zrozumiałam, dlaczego warto cierpieć i zrywać się z łóżka te kilka godzin wcześniej.

9.00: Prosto z zamku trafiliśmy na Basztę Rybacką. Osłuchałam się wielu ochów i achów, jeszcze zanim białe wieżyczki zamajaczyły mi przed oczami. Ładne, ładne, widok z tarasu też niezły, ale w tamtej chwili myślałam tylko o jednym: śniadanie! A że głodna M. jest bardzo nieznośna, lepiej szybko zatkać jej buzię. Najlepiej słodkim croissantem i gorącą kawą.




Baszta rybacka

11.00: Nasycona i szczęśliwa mogłam ruszać dalej. Dochodziło południe, słońce wisiało wysoko na niebie, skutecznie psując dobre kadry. Leniwy spacer zaprowadził nas na brzeg rzeki. Po drugiej stronie machał do nas Parlament, który bezsprzecznie jest tutaj królem. Dunaj przekroczyliśmy Mostem Łańcuchowym, którego krańców dzielnie strzegą kamienne lwiska. Całkiem przypadkiem znaleźliśmy Bazylikę św. Stefana. Krótka narada i już liczyliśmy schody węgierskiej świątyni. Gdzie wysoko, tam pierwsza ustawię się w kolejce.

Koszt wejścia na kopułę: 400 HUF (do 26 lat).

Most Łańcuchowy


Bazylika św. Stefana




13.00: Od bazyliki już rzut beretem do parlamentu. Koniec końców, nie zdecydowaliśmy się na wycieczkę z przewodnikiem, ale sam budynek – oglądany z każdej strony – robi ogromne wrażenie. Nie bez powodu jego dach jest obity królewską czerwienią. Jest piękny za dnia, wyobraźcie sobie zatem jaki szał musi budzić nocą, skąpany w złocie. Tuż przy parlamencie, nad brzegiem rzeki, są rozstawione żydowskie buty. To Pomnik Pamięci Ofiar Holokaustu, symbolizuje to, co zostało po rozstrzelanych Żydach. Egzekucji dokonywano najczęściej nad brzegiem rzeki. Żydom rozkazywano ściągać buty i ustawiać się w rzędzie. Ich postrzelone ciała zabierał Dunaj, a buty zostały tam, gdzie porzucili je dawni właściciele.

15.00: Chwilę później siedzieliśmy już wygodnie przy budce z Langoszem. Tradycyjny langosz to drożdżowe ciasto smażone w głębokim tłuszczu (w smaku podobne do hiszpańskich churros!), klasycznie podawane ze śmietaną i żółtym serem. Ekhm, już dawno nie jadłam tak tłustego dania! Zdecydowanie nie moja półka, no i ketchupu nie było. Gdzie znaleźć? Tanio i smacznie (jak lubicie tłusto) na miejskim targu przy Hold utca.  



Parlament


Pomnik Pamięci Ofiar Holokaustu

Węgry
Lángos

16.00: Końcówka dnia minęła nam jeszcze lepiej. Nic nie planując, trafiliśmy na miejscowy festyn w parku za Placem Bohaterów. Czasem po prostu fajnie jest usiąść na trawie, wypić wino z plastikowego kubka i posłuchać węgierskiego disco. Fajnie pooglądać ludzi – uśmiechniętych, tańczących i z tekstem piosenki na wszystkich ustach. Obok wirowała karuzela, a na stoiskach wyczailiśmy ogromny (!) gulasz i różową sangrię.

19.00: Nie ma lepszego miejsca na zachód słońca niż Góra Gellerta. Nogi właziły nam już w tyłek, ale co to dla nas kolejne 235 metrów w górę. Widok na zasypiające miasto wart jest każdego wysiłku. Na szczycie wzgórza znajduje się cytadela i monumentalny Pomnik Wolności. Ponoć czarownice odprawiały tu kiedyś sabat, później wzgórze oblegała biedota i drobne rzezimieszki. Jak jest dzisiaj? Cóż, pokuszę się o stwierdzenie, że to jedno z moich ulubionych miejsc w Budapeszcie.

21.00: Wszyscy wiedzą, że Budapeszt jest najpiękniejszy nocą. Ostatnie chwile w mieście dobrze spędzić znów nad brzegiem rzeki. Złoty Parlament, złote lewki i złoty zamek – jeszcze dużo minie, zanim wyrzucę ten widok z głowy. Mój aparat nie wyrabiał, ale uwierzcie – Budapeszt nocą to kwintesencja węgierskiego piękna.


Plac Bohaterów







Co tu dużo mówić, wszyscy mieli rację. Budapeszt jest po prostu piękny. A jednak mam nieodparte wrażenie, że czegoś w nim brakuje. Przytupnięcia i wystrzału z procy. Mając do wyboru Budapeszt i brudny, głośny Neapol, wybrałabym włoskie miasto. Neapol, który żyje, krzyczy i karmi mnie błogą pizzą. A może… dwa dni to zwyczajnie zbyt krótko, by rzucić mnie na kolana. Znacie miejsce, które warto byłoby odwiedzić następnym razem?

Trzymajcie się ciepło,
M.

*W rzeczywistości post został sklecony z dwóch dni. Zgubiłam wyspę św. Małgorzaty, grające fontanny, Muzeum Terroru i kilka godzin błądzenia po mieście. Oszczędziłam wam kilka faktów. Kogo zainteresuje, że w piątek byliśmy już tak zmęczeni, że jak dzieci posnęliśmy o 21? ;) 
blog comments powered by Disqus