Teneryfa: Wulkan Teide

Każdego roku stawiam sobie jeden cel – zrobić coś niesamowitego. W ubiegłych latach skoczyłam ze spadochronem i przeleciałam sama na drugą stronę wielkiej wody. 2016 przyniósł wiele dobrego, ale to jego końcówka i wyjazd na Kanary stały się tą niesamowitą wisienką na torcie.

5 grudnia zdobyłam najwyższy szczyt mojego życia - wulkan Teide.

teneryfa | poradnik | co zobaczyć | informacje praktyczne | trekking

Wulkan Teide (3718 m n.p.m.) jest najwyższym szczytem Hiszpanii. Leży w centrum Teneryfy, tworząc naturalną granicę dla dwóch odmiennych klimatycznie części wyspy – zielonej północy i suchego południa. Razem z otaczającą go florą i fauną tworzy ściśle chroniony Park Narodowy Teide. Księżycowy krajobraz parku dopełniają niezwykłe formacje skalne, zastygłe połaci lawy i endemiczna roślinność. Tylko tutaj zobaczycie kwitnące na czerwono żmijowce wildpretti.

W przeszłości Teide był świętą górą Guanczów. Legendy mówią, że zamieszkiwały ją złe duchy, schwytane i uwięzione w kraterze przez najwyższych bogów. Przyjrzyjcie się nazwie wulkanu – Teide w starożytnym języku Guanczów oznacza Piekielną Górę.

Teide to czynny wulkan. Na szczycie wciąż czuć siarkę, a przykładając dłoń do niewielkich szczelin, poczujecie podmuch gorącej, bulgoczącej magmy. Ostatnia erupcja, która zniszczyła piękne Garachico, miała miejsce w 1789 roku.





Na wulkan można dostać się na dwa sposoby. Wspiąć się o własnych siłach lub wjechać kolejką linową. O ile czas wspinaczki szacuje się na 5-6 godzin, Teléferico del Teide pokonuje całą trasę w 8 minut. Koszt biletu tam i z powrotem wynosi 27 euro. Warto rozważyć opcję pośrednią - zakup biletu w jedną stronę i 5-godzinny spacer w dół.

Kolejka zatrzymuje się na wysokości 3555 m, ostatni, stromy odcinek na szczyt trzeba pokonać samodzielnie. Uwaga: dostęp na wierzchołek Teide jest ograniczony. Aby dostać się na wymarzoną trasę, należy uzyskać specjalne pozwolenie. Zezwolenie jest darmowe, ale trzeba o nie zadbać z dużym wyprzedzeniem. Na górę wpuszczają tylko kilkadziesiąt ludzi dziennie i już dwa miesiące wcześniej zaczyna brakować miejsc. Co trzeba zrobić? Wypełnić specjalny formularz, podać swoje dane i wybrać konkretny dzień i godzinę, o której chcesz znaleźć się na górze.

Róbcie pozwolenia! Być na górze i nie ma wyjść na szczyt to jak mieć ciastko i nie móc go zjeść.





Jak wyglądała moja przygoda z Teide? Skomplikowanie.

Do wulkanu mieliśmy dwa podejścia. Bo jakie trzeba mieć szczęście, żeby załatwiając pozwolenie, wybrać jeden jedyny dzień, w którym pada, mocno wieje, a na roślinach osadza się szron? Wjeżdżając coraz wyżej, mijaliśmy osunięte głazy, a widoczność z każdym kilometrem robiła się coraz gorsza. Otoczeni gęstą mgłą, znaleźliśmy się w środku białego mleka. Nic dziwnego, że kolejka została zamknięta, a wszystkie kursy wstrzymane. Czwartego grudnia ze łzami w oczach odbiłam się od Teide.

Kolejnego dnia co dziesięć minut sprawdzałam stan kolejki i jak mantra powtarzałam czerwone, czerwone, nieczynna. Koniec końców jeszcze raz wjechaliśmy dwa tysiące metrów w górę. Świeciło piękne słońce, a niebo od kilku dni nie było tak przejrzyste jak dzisiaj. Nawet jeśli nie zdobędziemy Teide, zobaczymy Park Narodowy, żmijowce i dumne Roques de García. Wypijemy ciepłą kawę z widokiem na góry, przegryziemy Palmerę z czekolady i zgubimy się na górskiej, kamiennej ścieżce. Pół roku w Hiszpanii nauczyło mnie również z ostrożnością podchodzić do Hiszpańskich pracowników. W tym świecie zawsze panuje sjesta i mañana mañana.

I co? Podjeżdżając na parking, piszczałam z radości. Kolejka działa. Wjeżdżamy na górę!






Pan przy bramce dla Vipów wyglądał nieprzejednanie, a jednak postanowiłam spróbować. Dlaczego nie? Wiecie, smutne oczka, wczoraj się nie dało, tak bardzo nam zależy… Pan tylko pokiwał głową, przewertował dokumenty, zamienił słówko z drugim strażnikiem i wpuścił nas na górę. Udało się!

Ostatnie podejście na Teide trwa zaledwie kilkanaście minut. W każdym kamykiem na ścieżce wspinaliśmy się coraz wyżej. Nie było łatwo. Rzadko bywam w górach, szczególnie w tak wysokich. Zrobiłam kilka kroków, serce tłukło jak szalone, a oddech niebezpiecznie przyspieszył. Widziałam bladą buzię G., którego serduszko nie działa dokładnie tak jak powinno. Ale hej, nie po to te wszystkie trudy i płacze, by poddać się na ostatniej prostej. Jeszcze kilka kroków w górę i… udało się. Zdobyliśmy Teide.

Nie sposób opisać tego, co czuję się wysoko ponad chmurami, na 3,7 tysiącach metrów. Euforię? Radość? Spełnienie? Wiem jedno. To było niesamowite przeżycie. Pokonałam pewną barierę. W tamtej chwili byłam królową swojego świata.


Los Roques de Garcia


Palmera de chocolate

Wulkan Teide był pierwszą rzeczą, którą zobaczyłam przez okno samolotu, gdy zbliżaliśmy się do wyspy. Dumnie piętrzył się i górował nad chmurami. Wulkan Teide był jedną z ostatnich rzeczy, które zobaczyłam na Teneryfie. Stanęłam na najwyższym punkcie krateru i patrzyłam na świat, który rozciągał się pod moimi stopami. Wulkan Teide jest moją osobistą kompozycją, w ramach której zamykam Teneryfę.

Do zobaczenia, Wyspy Kanaryjskie!
M.
blog comments powered by Disqus