Rozśpiewany styczeń

Styczeń od zawsze kojarzy mi się z ciężką pracą i nocą w książkach przepijaną raz po raz gorącą kawą. Tym dziwniej czułam się tego roku – w styczniu, w którym (pierwszy raz od tylu lat!) nie czekał mnie żaden egzamin ani zaległa sesja. Zupełnie nieswojo – nie musiałam wertować notatek, w kółko tych samych książek i w pośpiechu docinać kolorowych fiszek. Zadziwiająco dobrze – bez stresu, bez stosu zaliczeń, esejów i zamkniętych testów wiszących tuż nad moją głową. A przecież (ponoć) wciąż studiuję.

Cały czas walczę z pracą magisterką. To znaczy - napisałam pierwszy rozdział i zadowolona, spoczęłam na laurach. Siadam przed komputerem, podwijam rękawy i zamiast pisać, znów oglądam nowego Sherlocka. Coś musi być w tej klątwie pierwszego rozdziału, o której opowiadała mi wczoraj Ola. Grunt to zebrać się w sobie i wrócić do pracy, right?

Tektura
Tektura

Styczeń to również oddechowy alarm. Krakowskie powietrze jest stęchłe, szare, kłuje w płuca i coraz bardziej zwyczajnie śmierdzi. Nikogo nie dziwi już widok antysmogowych masek, wysoko podciągniętych szalików i chustek, które owijają twarze ludzi.

Pomyśl, każdego ranka budzisz się rano i jest ci niedobrze na sam widok szarej ściany pyłu za oknem.

Styczeń to alarm także dla mnie - sygnał, że być może Kraków nie jest i nie będzie moim miejscem. Coraz częściej łapię się myśli o przeprowadzce i zmianie miejsca zamieszkania. Kto wie, czy po studiach będzie tu jedna rzecz, która mnie zatrzyma?

Bura aura za oknem źle wpływa na moje samopoczucie. Narzekam na wszystko: na cerę, włosy, spadek motywacji, a nawet na fotografię, która tej zimy irytuje mnie bardziej niż zwykle. W ogromnym powiększeniu widzę wszystkie błędy, niedociągnięcia i wady mojego sprzętu. Narzekam i biadolę, a później jeden impuls i zamiast nowego aparatu, na skrzynce ląduje bilet lotniczy. Albo dwa.

Za miesiąc widzimy się we Włoszech. Będzie pyszna pizza i kilka dni w domku z widokiem na jezioro. Polecicie co warto zobaczyć / zjeść na trasie Bergamo-Como-Mediolan?

Zenit
Zenit

W wolnym czasie piję kawę w Tekturze, a z polecenia Niesmigielskiej odwiedziłam Zenit na Kazimierzu i wciągnęłam francuskie tosty. Może nie z bekonem, ale też były pycha.

Do rzeczy, co ulubiłam sobie w styczniu?

# kosmetyki


W styczniu na tapecie znów zagościł problem suchej i łuszczącej się skóry twarzy. Odrobinę douczyłam się w temacie. Im więcej wiem, tym lepiej sobie radzę. Wiedzieliście, że zimą nie powinno się stosować żadnych nawilżających kremów? O ile latem są niezastąpione, to w zimie ich działanie maluje się zupełnie odwrotnie. Komórki napełniają się wodą, a w styku z mroźnym powietrzem na zewnątrz – eksplodują. Zimą nie nawilżamy, zimą dbamy o solidne natłuszczenie.

1)  Za radą koleżanki sięgnęłam po olejek firmy Nacomi. Nakładałam go na buzię codziennie przed snem, a rano ciepłą wodą zmywałam resztki. I choć mam dziwne przeczucie, że połowa olejku wsiąknęła w moją pościel, efekty widziałam gołym okiem. Moja cera była piękna, wygładzona, a sucha skóra na czole przynajmniej na chwilę została opanowana. Co ciekawe, olejki Nacomi są wielofunkcyjne – dobre do pielęgnacji twarzy, całego ciała, a nawet zniszczonych końcówek włosów.

2) Olejek sprawdzał się świetnie do momentu, w którym coś bardzo silnie mnie uczuliło. Nie wiedziałam, co zrobić z twarzą. W co włożyć ręce? Miałam wrażenie, że wszystko mnie swędzi, a skóra schodzi i łuszczy się jak oszalała. Wygrzebałam z szafy Elo-bazę, krem intensywnie natłuszczający, który dwa lata temu polecił mi alergolog. Wszystkie objawy ustały po jednej aplikacji. Elo-baza zasłużyła na pierwsze miejsce wśród niezastąpionych kosmetyków tej zimy.

3) Przed żelem pod prysznic stawiam trzy wymagania – ma myć (!), być tani i przepięknie pachnieć. Nic dziwnego, że tak bardzo polubiłam się z Rossmanową marką Isana. W styczniu niuchnęłam zimowej, limitowanej edycji i już wiedziałam, który zapach będzie mi towarzyszył każdego wieczoru. Zimowa Isana pachnie wanilią i otula karmelową nutą. Za każdym razem mam wrażenie, że wylewam na siebie słodki budyń. Całkiem nieźle jak na 3 złote, nie?

# filmy

1) Do La la landu podeszłam z dużą dozą ostrożności. Zdobywca Złotych Globów, 14 nominacji do Oskara, musical, historia o marzeniach na tle Los Angeles i Stone & Gosling, najpiękniejszy duet dzisiejszego kina. Wyobrażacie sobie, jak wielkie mogło być moje rozczarowanie? A jednak… Nie było szansy, by ten film nie trafił prosto do mojego serca. La la land to magiczna opowieść, obok której nie sposób przejść obojętnie. I wiecie co? Jak rzadko bywam w kinie, nie wybaczyłabym sobie usłyszeć Emmę na kiepskich głośnikach mojego komputera. Ocena: 9/10


2) Doceniam  filmy, które potrafią mnie wzruszyć i powodują, że nawet zasmarkana - nie mogę oderwać oczu od monitora. Długo nie mogłam się zabrać za Zanim się pojawiłeś. Ot, kolejny romans, pudrowa historia i problemy trzeciego świata. Jak bardzo mogłam się mylić? Lou jest promyczkiem słońca – młodą, kolorową dziewczyną, która w poszukiwaniu pracy trafia do bogatego domu. Jej zadanie wydaje się proste – ma pomóc w opiece nad sparaliżowanym Will’em. Piękna, delikatna historia, która ukazuje ważną prawdę - nie wszyscy czekają na swoje szczęśliwe zakończenie. Ocena: 8/10


3) Przyznaję się - mam słabość do Disney’owskich bajek. Uwielbiam soboty w piżamie, zapętloną Małą Syrenkę i stygnącą hawajską pizzę. Tym bardziej mi smutno za każdym razem, gdy oglądam kolejną słabą animację. I tylko czasem, pośród wszechobecnego chłamu uda się wyłuskać prawdziwą perełkę. Ostatni niedzielny poranek upłynął mi w towarzystwie Zwierzogrodu. Bajka kreśli historię króliczka Judy, której największym marzeniem jest zostać policjantką i zmienić świat. Zwierzogród to opowieść o marzeniach, o strachu, o pokonywaniu własnych barier i o tym, że jeśli tylko chcesz – możesz osiągnąć wszystko. To również oczko puszczone do trochę starszego widza i sprytne nawiązania do kultowych pozycji. Ocena: 8/10


# muzyka

Bez dwóch zdań, mój styczeń to muzyka. To delikatne City of stars w duecie Stone & Gosling i epilog La la land, który wcisnął mnie w fotel od pierwszej do ostatniej nuty.


Powoli wkręcałam się w nową Rihannę, …


Aż usłyszałam I don’t wanna live forever. I przepadłam. Nowy Grey (choć nie lubię, nie polubię!) musiał powstać dla tej piosenki. Czyżby zanosiło się na to, że soundtrack powtórzy sukces muzyki z pierwszej części?


# blogosfera

W styczniu przebiłam samą siebie i napisałam pięć postów. Zamknęłam relację z Wysp Kanaryjskich, obfotografowałam Aleksandrę z kotem, a myślami wróciłam na piaszczystą plażę gdzieś po drugiej stronie oceanu. Pod numerem 3 pojawiło się wiele cennych komentarzy, które mogą pomóc niejednemu z was. Czytaliście?






* * *

A jak minął Wasz styczeń?

M. 
blog comments powered by Disqus