Kwiecień plecień: trochę zimy, trochę lata

Kwiecień? Chwileczkę… Rok w pigułce.

Każdego dnia budziłam się i z niedowierzaniem przyciskałam nos do szyby. Z pierwszym podmuchem wiosny zakwitły białe drzewa, a trawniki oblekły żółte żonkile. Z okularami na nosie, marynarką w kratkę i uśmiechem na buzi (bo wiosna, w końcu!) wychodziłam z domu i spacerem pomykałam na poranny tramwaj. Najpiękniejszą niedzielę spędziłam nad zalewem w Nowej Hucie, leniwie patrząc jak słońce iskrzy się na tafli wody. Było +20 i tonęłam w cienkiej, szarej bluzce. Wielkanocą, klasycznie, zrobiło się chłodno. We wtorek spadł śnieg, o ironio! właśnie wtedy, gdy wywiozłam wszystkie ciepłe ciuchy. Na dworze zrobiło się biało, a na głowę znów wcisnęłam ulubioną pando-czapkę. A dzisiaj? Mały parasol chroni mnie przed ciętym deszczem. Jesiennym wieczorem otulam się kocem, parzę herbatę i oglądam dobre filmy.


Jaki był mój kwiecień?

Pracowity. Napisałam minimalne 80 tysięcy znaków magisterki. Skończyłam drugi rozdział pracy i powoli szlifuję końcowe wnioski. Rozwlekłam i rozciągnęłam to dzieło na wiele długich, nużących miesięcy, ale ile ulgi przynosi małe światło na horyzoncie! W kolejnym update będę już obroniona, obiecuję!

Pełen niespodzianek. Każdego roku święta mijają mi coraz szybciej. Macie podobnie? Wypiłam żurek z chrzanem, białe wino do czekoladowego bloku, spakowałam resztki na później i wróciłam do Krakowa. Rodzinna atmosfera i ból brzucha z przejedzenia? Nie, tegoroczna Wielkanoc przyniosła mi coś zupełnie innego – spotkania po latach. Monikę z podstawówki w tym samym wagonie (matko, to już 13 lat!) i Asię z półroczną Marią (trochę lepiej, 3 lata?) nad kawą i słodkim ciastem.

Asię w sieci znajdziecie na withi. A co to za spotkanie dwóch blogerek bez wspólnego selfie?


Wyczekany. Cały kwiecień mogłabym zamknąć w jednym zdaniu. Your visa is approved – blondyn w okularach uśmiechnął się po drugiej stronie szyby. Ulotne marzenie stało się realne. Wiecie, co to oznacza? Dajcie mi miesiąc, powiem wszystko.

To był jeden z tych pięknych, słonecznych dni. Zjedliśmy jajka benedyktyńskie na Plantach w Bunkrze Sztuki i punkt jedenasta stanęłam w kolejce pod konsulatem. Godzinę później – szczęśliwa – piłam już wino i tłukłam szklanki. Gyuwegygd6r! 

         

Ale żeby nie przedłużać… Co polubiłam w kwietniu?

# filmy

1) Wstyd się przyznać, ale wciąż nie nadrobiłam wszystkich Oskarowych filmów. Bo wiecie, jest coś przyjemnego w odkrywaniu - kawałek po kawałku – dobrych i bardzo mocnych treści. Ukryte działania zdobyły moje serce, jeszcze zanim odpaliłam przycisk „play”. Nie od dzisiaj jestem fanką tolerancji, równouprawnienia i walki o swoje prawa. Historia trzech Afroamerykanek – matematyczek w NASA, które w czasach segregacji rasowej stają się kluczowym elementem misji wysłania człowieka w kosmos? To przepis na sukces. Z Oskarem dla Octavii Spencer mogę dyskutować, ale film sam w sobie jest perełką. Po prostu. Ocena: 8/10

Here at NASA we all pee the same colour. 


2) Zwierzęta nocy to jeden z tych kontrowersyjnych filmów – albo cię zachwyci albo miniesz go obojętnie. Oglądaliście? Susan otrzymuje od byłego męża brutalną powieść, grę pozorów, symboli i analogii do przeszłości bohaterów. Obraz rysuje zaplątaną rzeczywistość, gdzie elementy prawdy mieszają się z fikcją. Ruda Amy Adams i Jake Gyllenhaal z błyskiem w oku, mocna rzecz. Thriller pozostawił mnie z pytaniem na ustach. Ale jak to, koniec? Krótkie podsumowanie – to nie jest film na jeden seans. Z każdym kolejnym razem odkrywasz jego podwójne dno. Ocena: 8/10


# muzyka

Islands in the Stream jest oryginalnym hitem Bee Gees, rozsławionym później przez duet Dolly Parton & Kenny Rogers. Dzisiaj podrzucam jeszcze inną, melancholijną wersję Emily Coulston. Ręka do góry, kto skojarzył ten cover z najnowszą reklamą KFC!


Za oknem pada, a ja – jak nic innego w świecie – mam ochotę na trochę słońca południowej Kalifornii:



# rzeczy

Nie jest nowiną, że od pewnego czasu rozglądam się za nowym obiektywem. Doszłam do momentu, w którym odrzuciłam kilka opcji i… zdecydowałam. Zostanę przy Nikonie D90 i zainwestuję w dobrą stałkę. W wyborze bardzo pomogły mi wasze komentarze pod wpisem Kilka rozterek foto-amatora (ba, cały tamtejszy Disqus jest kopalnią wiedzy!). Często wracam do tego postu i na nowo rozważam – ile milimetrów ogniskowej? Ostatnio moją uwagę przyciągnął komentarz Michaliny:

Jeśli chcesz spróbować, czegoś super, kup obiektyw od Zenita - M42. Do niego adapter do Twojego body. Ten obiektyw robi cuda, a nie zdjęcia. :) Wspaniale wspominam czas, kiedy go używałam.

Coś zaskoczyło. Hej, przecież mam stary Zenit w szafie! Dlaczego by nie spróbować? Odkopałam antyk, odkręciłam szkiełko i za 25 złotych przykręciłam je do cyfrowego body. Powoli zacieram ręce do testów. Ciekawi? Pierwsze efekty pojawią się już w następnym poście.


# blogosfera

Mój kwiecień w blogosferze był ważny z dwóch powodów. Od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem zmiany designu bloga na coś odrobinę bardziej profesjonalnego. Wiedziałam jedno – chcę jednokolumnowe wpisy i miniatury postów na głównej. Wiecie, jak trudno pokolorować tak blogger? Udało się, a wasze pozytywne reakcje utwierdziły mnie w słusznym wyborze.

W międzyczasie zdradziłam sekret o Australii i pechowym bilecie do Brisbane. Dziękuję za każde miłe słowo! Jestem pewna, że jeszcze trafię na okazyjną cenę, a samolot nie odleci już beze mnie.

Na blogu pojawiły się trzy posty:





A co tam u Was?

M.



blog comments powered by Disqus