Maj/czerwiec: przygotowania do wyjazdu

Ostatnie dni były bardzo ciężkie. Na tyle ciężkie, że zniknęłam z internetów, a czasu nie starczało mi nawet na przeglądanie instagramowego feed’u. Na tyle nierealne, że do tej pory mam wątpliwości, czy rzeczywiście się zdarzyły. Na tyle wyczekiwane, że każdy poprzedzający dzień wydawał się ciągnąć w nieskończoność.

Nie jest tajemnicą, że ostatnie dni zostały podporządkowane marzeniu – podróży do Kalifornii, przygotowaniom i naglącym sprawom, które trzeba dopiąć na ostatni guzik. Wciąż ciężko mi uwierzyć, że wszystko potoczyło się tak szybko i już za 4 dni wylądujemy gdzieś po drugiej stronie globu. Ale zanim na dobre rozgościmy się w Ameryce, zerknijcie na szybką relację z dwóch najbardziej intensywnych miesięcy roku.


Akademia Muzyki | Kraków z góry | U Romana

Z ostatniej chwili

1) Mgr Magdalena?

Zamknęłam za sobą drzwi i… co dalej? W jednej chwili złapałam się myśli, że właśnie zastygam gdzieś pomiędzy światami – okresem studiów a nową rolą i wyzwaniem, które szykuje mi życie. 14 czerwca obroniłam pracę magisterską i oficjalnie skończyłam studia. Głupie powiedzenie Trust me, I’m psychologist nigdy wcześniej nie brzmiało tak realnie!

Chociaż dziś dumnie mówię Jestem magistrem, przygotowania do obrony były drogą przez mękę. Ile się nastresowałam i naprzeklinałam nad zagadnieniami do egzaminu to moje. Cóż, czego się dziwić? Ostatni raz uczyłam się rok temu, a później w tydzień miałam ogarnąć cały psychologiczny kanion. Ach te studia, jeszcze będę za wami tęsknić!

Ale póki co, kopnęłam je w tyłek i pojechałam nad polskie morze.


2) Długi weekend w zachodniopomorskim

Tegoroczne święta spędziłam w Szczecinie, szukając morza przy Wałach Chrobrego* i popijając barszczem szczecińskie paszteciki. Szczecin to w gruncie rzeczy przyjemne miasto, przestronne, zielone i z kawiarenką na 22-gim piętrze. Spowite w starą, ceglastą czerwień skrywa w swych zakamarkach przepyszną, syryjską kuchnię. Cieknie mi ślinka na samą myśl o jogurtowych sosach w Aramii.

*Tak, tak, Szczecin nie leży nad morzem, ale to chyba nigdy nie przestanie mnie śmieszyć. Z resztą nie tylko mnie: klik.


Wały Chrobrego




Odwiedziłam Kasię, z którą prawdziwe morze znalazłyśmy dopiero w Międzyzdrojach. Potrzebowałam tego weekendu – dotyku chłodnego Bałtyku, kręconych lodów i czerwonego, spieczonego nosa. Taki reset był wart wszystkiego, nawet 10-godzinnej wyprawy pociągiem.



3) Na progu ćwierćwiecza

25-te urodziny spadły mi z nieba. Zdmuchnęłam świeczkę i uśmiechnęłam się do siebie. 2 czerwca nie przeszkadzały mi nawet nadprogramowe zmarszczki na czole. Bo wiecie… chcąc wynająć samochód w Stanach (i zrobić ten upragniony road trip!), musisz mieć +25 lat, aby uniknąć dodatkowej opłaty za małoletniego kierowcę (ok. $20/dzień, co przy miesiącu podróżowania daje już całkiem niezłą sumkę…). 2 czerwca przekroczyłam magiczną linię i we wrześniu poprowadzę amerykańskiego gada*.

Swoją drogą, jak to się ludziom z wiekiem zmieniają priorytety ;)

*Co z drugiej strony wydaje się przykrym żartem, biorąc pod uwagę mój antytalent do samochodów…



4) Kraków z góry

Z okazji 25-tych urodzin Oli (notabene również 2 czerwca) wspięłyśmy się do góry, na najwyższe piętra i dachy, by zobaczyć Kraków. Piękny i melancholijny Kraków, który tego dnia rzucił się pod nasze nogi. Szybko łapiąc oddech, wdrapałyśmy się na Wieżę Mariacką, by przykleić się do małych okien i zachwycić hałaśliwym rynkiem.

Kto by pomyślał, że odkrycie tego miejsca zajmie mi bagatela 6 lat!





Godzinę później siedziałyśmy już na dachu Akademii Muzycznej, na skąpanym w słońcu patio i zachwycone widokiem, popijałyśmy popołudniową kawę. Wokół nas Kraków – drzemiący w ostrych promieniach słońca, ziewający w rytm iskrzących cegieł.

Cały czas zachodzę w głowę – dlaczego tak mało osób wie o tym miejscu? Schowane przed hukiem Floriańskiej, zanurzone w akompaniamencie skrzypiec jest idealnym miejscem na krótką, spokojną przerwę. I tylko kawie można zarzucić ciut brak smaku*.

*Chociaż i tak lepsza niż lura, którą popijam codziennie rano.






Mój maj pachniał miłością

W trzecim tygodniu maja obchodziliśmy czwartą rocznicę pierwszego piwa z G.

W czwartym tygodniu Anetka wzięła ślub. To pierwsze licealne wesele, na którym byłam – strach pomyśleć, jak (po)ważne zrobiło się nasze życie!

W piątym tygodniu przed ołtarzem stanęła Kasia – moja kuzynka, któreś zorganizowała przepiękny ślub w pod-łódzkim Sulejowie. Ba, sami zobaczcie jak tam jest ładnie!


               


W maju pożegnałam się z pracą i odnalazłam zagubiony czas. W grafik wskoczyła siłownia, lekarskie wizyty i bieżące sprawy na mieście. Cóż, wszystko na ostatnią chwilę, ale uwielbiam ten zabiegany tryb. Stałam się właścicielką międzynarodowego prawa jazdy i obcisłych spodni z wysokim stanem. Dokładnie takich, jakie chciałam! W międzyczasie testowałam nową stałkę (30mm f/1.4) i z przerażeniem słuchałam, żeby skontrolować oczy w kierunku pierwszych oznak jaskry.

Wszystko ok. Ale mnie nastraszyli chultaje, 4 dni przed wyjazdem!

Maj to również słodkie wino i nowe, oryginalne smaki. Piwkowałyśmy raz w kubańskim barze i tak od słowa do słowa, Paulina zdecydowała się dołączyć do naszego wrześniowego tripa. Ma już wizę, bilet i mnóstwo zapału do organizacji. Ktoś jeszcze? Mamy wolne miejsce w aucie ;)


Domowy ramen

Śniadaniowe tosty w Hamsa hummus & happiness

Włoska klasyka w Trattoria Cosa Mia w Rzeszowie

Do usłyszenia z Kalifornii!

Trzymajcie się ciepło, M.
blog comments powered by Disqus