Pewnego dnia w San Francisco

San Francisco - miasto, na które czekałam przez całe lato.

To w sumie całkiem zabawne. Spędziłam dwa miesiące w miasteczku położonym tuż pod Doliną Krzemową, godzinę drogi od San Francisco, a jednak ani razu nie odwiedziłam miasta. Już pierwszego dnia celowo ominęliśmy SF, decydując się na samolot do biznesowego San Jose. Większość znajomych, jeszcze zanim dotarła do Santa Cruz, strzelała selfie na tle czerwonego mostu. Inni w tzw. offy jeździli na krótkie wycieczki, a oczy świeciły się, kiedy opowiadali jak piękne jest San Francisco.

W ciągu tych dwóch miesięcy nasłuchałam się wielu rzeczy o San Francisco, o ponoć jednym z najpiękniejszych i najdroższych miast USA. Pochwały mieszały się z obojętnym wzruszeniem ramion. Ponoć jest tam masa bezdomnych, ludzie tłuką szyby w samochodach, a SF to takie większe, industrialne Katowice.

(Ps. To porównanie mocno zapadło mi w pamięć. Ludzie to jednak mają fantazję!)

Od początku wiedziałam, że San Francisco nie mogę odhaczyć i pojechać dalej. Chciałam poczuć, doświadczyć, zamieszkać w tym mieście.


co zobaczyć | Golden Gate Bridge


W San Francisco spędziłam 5 dni i były to jedne z najpiękniejszych dni naszej podróży, choć jej początek zupełnie nie zapowiadał happy end’u.

Nasze spotkanie z San Fran rozpoczęło się z grubej rury - od 4-godzinnego opóźnienia busa. Oj, przestajemy się lubić, Greyhound. Oddaliśmy bilety i koniec końców, do San Francisco dotarliśmy na dwa razy, z półgodzinną przesiadką w San Jose. A dalej? Pierwsza próba złapania Ubera skończyła się rozsypaniem bagaży na środku ulicy w downtown i anulowaniem przejazdu, za które Uber potrącił mi karne 5 dolarów.

(Okej, potem oddał, ale mimo wszystko qty34ergyuj, what the f*ck?)

Za drugim razem poszło już gładko. Zatrzasnęliśmy za sobą drzwi i z plastikowym pudłem na kolanach potoczyliśmy się w stronę North Beach. Dokładnie wtedy, mijając na ulicy bezdomną z mydlanym wzrokiem i ręką w spodniach, zaczęła się magia.







Jak zapamiętałam San Francisco?

Uwaga: wzgórze


Pierwsze zderzenie z San Francisco? Wzgórza.

Taylor Street, przy której mieściło się nasze airbnb pięła się milami ku górze, by nagle stracić rytm i opaść w kierunku zamglonego portu. Samochody - niczym kolejki linowe - pełzły po stromym zboczu, raz po raz mijając trójkątny znak Uwaga: wzgórze!

San Francisco jest położone na czterdziestu dwóch, mniejszych bądź większych wzgórzach, tak sytych i stromych, że jazda samochodem wchodzi tu w zupełnie nowy, kosmiczny wymiar. Falujące ulice i niewielkie, pastelowe domki nadają tu miastu charakter, jedyną w swoim rodzaju głębię.

Jedziesz, skręcasz w kolejną ulicę, w kolejne wzgórze. Wszędzie wzgórza, a na wzgórzach klocki lego - poukładane domki, barwne, eleganckie elewacje, przy których wciągasz nosem wytworny przepych. I w takich chwilach rozumiesz brudną prawdę o San Francisco, kwadratowym miejscu pełnym nierówności społecznych; miejscu dla wybranych, w którym marny człowiek może tylko krzyczeć. A krzyczy coraz głośniej (że czynsz za wysoki) i protestuje przeciwko San Francisco, najdroższemu miastu USA.


Lombard Street

        


Wzgórzyste położenie miasta, choć męczące przy leniwych spacerach, ma jedną, ogromną zaletę - gdziekolwiek nie wejdziesz, z każdego miejsca rozciąga się taki widok, że ach!

Bo wiecie, mianem mojego ulubionego miejsca w San Francisco nie pochwali się Golden Gate, a wzgórza właśnie.

Bernal Heights, na których obserwowałam jak mgła leniwie wkrada się do miasta. Spływała z gór, minuta po minucie topiąc budynki w białej, puchatej pianie.

Twin Peaks, na które wjechaliśmy nocą zobaczyć roziskrzone miasto. San Francisco nigdy nie było tak piękne - dramatyczna królowa skąpana w tysiącu świateł. Nie ma słów, nie ma zdjęć, by opisać widok, który płaszczył się u naszych stóp.











Nie taki złoty Golden Gate


Jest i on - słynny Golden Gate Bridge - symbol San Francisco.

Zobaczyłam go już drugiego dnia, spacerując wybrzeżem od strony pobliskiego portu. Na horyzoncie majaczył rząd przęseł ginący gdzieś za chmurą pyłu. Wyłaniał się powoli, fragmentami, gdy wiatr mocniej dmuchnął i przegonił mleczny opar.

Tak zapamiętam San Francisco, Golden Gate na tle mglistego miasta.

Swoją drogą ciekawe, skąd bierze się fenomen tych kilku metalowych prętów? Wszyscy marzą o tajemniczym Golden Gate, Moście Samobójców. Kojarzycie Lizbonę i Most 25 kwietnia? Europejski, bliźniaczy most nad Tagiem nigdy nie wzbudzał tylu emocji.








Golden Gate nie jest złoty, ba!, nawet nie czerwony. Z początku planowano pomalować go na żółto w czarne pasy, by zwiększyć jego widoczności w mgliste, pochmurne dni. Tylko pomyślcie, latająca osa nad zatoką San Francisco. Szczęśliwie, pomysł upadł, a most pociągnięto pomarańczową farbą (International Orange), tworząc idealny kontrast dla błękitu nieba i zielonych wzgórz wokół.

I to tam, na wzgórzach hrabstwa Marin znajdują się najlepsze punkty widokowe na Golden Gate Bridge. Mieliśmy sporo szczęścia, bo niedziela, w którą wypożyczyliśmy samochód, okazała się najbardziej słonecznym dniem naszego pobytu w San Francisco.

Przez most przejechaliśmy z zadartymi głowami*. Kolejne marzenie do odhaczenia.












Ciąg dalszy nastąpi…


*   *   *

* Przejazd przez Golden Gate Bridge kosztuje nieco ponad 7 dolarów. Opłata jest „jednostronna” i dotyczy wyłącznie wjazdu do San Francisco. Najwygodniejszą opcją jest zapłata „po fakcie”  (do 48 godzin) na stronie www.bayareafastrak.org
blog comments powered by Disqus