Pocztówka z Santa Cruz


Zamknij oczy i pomyśl. Co widzisz, gdy marzysz o Kalifornii?

Słońce, wysokie palmy i bogatych, uśmiechniętych ludzi Beverly Hills?

Cóż, ja też tak to widziałam, tylko że… prawdziwa Kalifornia to zupełnie inna bajka.




Tamtego roku wygrałam życie i zamieszkałam w Santa Cruz - w niewielkim miasteczku, położnym tuż pod San Francisco nad Zatoką Monterey. Dostałam pokój przy plaży i okno wychodzące na palmy, które - wspinając się na palce - zdawały się dosięgać nieba. Codziennie słyszałam szum oceanu, a południowe słońce przypiekało mi ręce.

A jednak, będąc tam na drugim końcu świata, czułam się… tak bardzo zwyczajnie.
Tak bardzo nie jak w Kalifornii.

Po pierwsze, było zimno!


Do Kalifornii przyjechałam w lecie. Wiecie, do walizki wcisnęłam dziesięć bluzek, shorty i dwie pary dżinsów. Spakowałam bikini, filtr pięćdziesiąt i cienką, pomarańczową kurtkę. Słyszałam, że w Santa Cruz może być chłodno, ale hej! Przecież jadę do Kalifornii.


                        


Błąd. Jadę do Santa Cruz, a Santa Cruz jest bardzo specyficznym kalifornijskim miastem - położonym nad wodą i otoczonym przez wzgórza, w których cieniu, po drugiej stronie, kryją się gmachy San Jose. Średnia temperatura powietrza za dnia sięga tu ok. 20 stopni, by wraz z zachodem słońca spaść poniżej 10. Nocą tuliłam się w kocyk i drżałam z zimna. Myślami leciałam za ocean, do duchoty i upałów, które tego roku nawiedziły Polskę.

Nie polubiłam bezchmurnego nieba, które każdego dnia otulało granice miasta. Ostre słońce paliło zdjęcia i nie pozwalało zamknąć w kadrach pięknego Santa Cruz. Złośliwe zachodziło gdzieś tam, po drugiej stronie rzeki, wystawiając język zza drzew i chowając się za niskim dachem hotelu Torch Lite Inn.

Ach, to przedziwne kalifornijskie słońce, które parzyło i nie opalało na zmianę.


       


Kołobrzeg w Kalifornii?


Dużo osób podpytywało mnie, jak żyje się w tej Kalifornii, a mnie za każdym razem robiło się głupio, że wzruszałam ramionami i odpowiadałam: zupełnie normalnie.

Czułam się zwyczajnie, bo żyłam tak bardzo zwyczajnie. Biegałam z pracy do pracy, a na obiad wsuwałam miskę kurczaka z ryżem. Piłam poranną kawę, małą ipę na wieczór i z napięciem śledziłam kolejny serial. Miałam grupkę znajomych, z którymi śmiałam się i narzekałam, gdy ktoś zirytował mnie w pracy.

Równie dobrze mogłam być w Kołobrzegu. Chłodno, zimne morze i ludzie, którzy barykadują się na plaży. Potrafisz wskazać choć jedną różnicę? Ot, sezonowy Kołobrzeg dla turystów i biznesmenów z Doliny Krzemowej, którzy przyjeżdżali do Santa Cruz, odpocząć od gorąca sąsiednich stanów.


                    


Tam, gdzie żyje się powoli…


Jest jednak jedna rzecz, której nie mogę odmówić Santa Cruz.

Kalifornijski spokój i luz, tak typowy dla surferskiego miasteczka z szeroką plażą i spienionymi grzbietami fal.

Codziennie mijałam surferów - z deską pod pachą, wciśniętych w czarne, obcisłe pianki. Na Cowell podglądałam z góry morze kolorowych plam, które raz po raz szusowały wzdłuż wzburzonych fal. A dalej - przy Steamer Line - tańczyli wprawni gracze, tuż przy skałach, o które z hukiem rozbijały się wysokie fale. Ten obrazek zabrałam ze sobą z Santa Cruz.

A skoro surferzy to również zdrowa żywność i głośna idea slow life. Nic dziwnego, że w jednym z najpopularniejszych marketów w centrum miasta półki uginały się od organicznej żywności. Bez cukru, bez glutenu, bez GMO. Ba, nawet słodka Cola była bez aspartamu, a na każdym chlebie widniały nalepki bez syropu kukurydzianego. Aż strach kupować zwykłą, nieoznakowaną żywność.

Co jak co, ale Geri do tej pory z czułością wspomina wysoką jakość tamtejszego mięsa (;



















Jest też i Boardwalk


Największa atrakcja Santa Cruz, a równocześnie jeden z najstarszych parków rozrywki USA.

Kultowy. Klasyczny. Vintage.

Boardwalk najłatwiej porównać do wesołego miasteczka, które sezonowo rozkłada się w polskich miastach. Jest tylko trochę większy i bardziej zmarketingowany. To miejsce pełne karuzel i hałaśliwych kolejek, na których radośnie piszczą dzieci. Park dedykowany jest w dużej mierze dzieciom i całym rodzinom, chociaż miłośnicy mocnych wrażeń również znajdą tu coś dla siebie.

Jest słynny drewniany rollercoaster Giant Deeper, Double Shot czy Fireball, który został wyłączony z użytku po śmiertelnym wypadku na bliźniaczej karuzeli w Ohio.

Wiecie, praca na wesołym miasteczku jest w gruncie rzeczy nudna i monotonna, bo przez większość czasu wciskasz guziki i uśmiechasz się do ludzi. Zabawnie robi się dopiero wtedy, gdy twoja atrakcja rozpada się na części, wystrzeliwując ludzi w powietrze.



        



Boardwalk boardwalkiem, a coś poza tym?


Mam wrażenie, że Santa Cruz mogłoby powstać dla samych spacerów, dla wałęsania się West Cliff Drive i leniwego podziwiania miasta. Nasze pierwsze kroki zaniosły nas na Wharf, długie molo pachnące rybą, na którego balach wylegiwały się tłuściutkie foki. Urocze zwierzęta, które pluskały się radośnie tuż koło brzegu.

Droga wiła się dalej, tuż obok klifów i naturalnych skalnych mostów wrzuconych niedbale w wodę. Minęliśmy białą latarnię, gdzie jeszcze wrócę na nocne ognisko party. A później odbiliśmy w prawo, wgłąb lądu, w kierunku małego centrum pomiędzy Front Street i Pacific Avenue. To tam znajdziemy hawajską knajpę i nieziemskie krewetki w ananasowym sosie.


                


No i gdzie te gwiazdy Hollywood?


Szybko uderzyło mnie to, że Kalifornia zupełnie nie jest taka fancy. Ciężko znaleźć tu wystrojonych, skąpo ubranych ludzi, napakowanych ratowników, a bogata elita to zdecydowana mniejszość, która ukrywa się za płotami potężnych rezydencji.

Na ulicy co chwilę mijają cię ciemne, opalone buzie i raz po raz wychwycisz hiszpańskie hola!

Duża część mieszkańców Santa Cruz to Meksykanie lub potomkowie Meksykanów, w których genach brzmią wesołe, latynoamerykańskie nutki. Ciemna oprawa twarzy jest na tyle popularna, że bardzo dziwiłam się za każdym razem, gdy któryś blady niebieskooki chłopak mówił mi, że pochodzi z Santa Cruz (no ale… matka Niemka, ojciec Anglik).




Hiszpański temperament i melodyjny język. Dacie wiarę, że w Kalifornii mieszkają ludzie, z którymi ciężko zamienić kilka angielskich słów? Nie zliczę razów, kiedy ktoś oddychał z ulgą, widząc, że obsłużę go w języku español. Nie mówiąc już o pokojówkach, z którymi najwygodniej rozmawiało się na migi.

Z Meksykankami, które przez wiele lat codziennie sprzątały brudne łóżka; które wygrały życie, bo zarabiały dolary w USA.

Z Santa Cruz przywiozłam też smutno-gorzką obserwację o wygodnym, nieambitnym życiu. O dziewczynie, która odrzuciła lepiej płatną pracę, bo siedząc na recepcji w hotelu, mogła się nudzić i oglądać kolejny serial. O ludziach, którzy nie muszą się starać, bo i tak nie pójdą na studia. O bracie, który siedzi w więzieniu, bo znalazł się w złym miejscu o niewłaściwym czasie.

No właśnie. Kalifornia to nie tylko ekskluzywne życie. To również wojny gangów, narkotyki pod mostem, uliczne strzelanki i największy odsetek bezdomnych w USA.




Zastanów się dwa razy, zanim znów pomyślisz o idealnym życiu przy plaży Venice Beach.

Tak, Kalifornia jest pięknym stanem i czasami zazdroszczę sama sobie, że mogłam zamieszkać tam choć na chwilę. Że poznałam ten inny świat. Warto jednak mieć z tyłu głowy, że mieszanka palm i gorące słońce tylko jedna strona obszernej historii o Santa Cruz.

M.





blog comments powered by Disqus