Praski luty


#Praga


Cały luty czekałam na Pragę. Na 6 rano, kiedy wrzucę bagaż pod siedzenie i sennie popatrzę za okno - na szary krajobraz, który zaczyna falować w rytm zielonego busa. Tęskniłam za podróżą, przygodą, łykiem wolności i siedmioma godzinami w dusznej puszce.  

Nie przewidziałam, że ostatnie dni lutego pomaluje oddech prawdziwej, mroźnej zimy; a do Pragi – głupia – nie zapakowałam nawet czapki.




Nie tak wyobrażałam sobie Pragę, a raczej – moją obecność w Pradze. Przemykania ciasnymi uliczkami, chuchania w dłonie i na każdym kroku wypatrywania miski parującej zupy. Bo tak właśnie spędziłam ten weekend: z górą jedzenia, gorącą kawą, czeskim piwem i Pragą, która majaczyła gdzieś tam w tle.

Rano zarzucałam kaptur i szukałam gofrów na Pradze 7. Na dworze było z -10, a od komunistycznego okna Kavárna Liberál ciągnęło zimnem. Przed obiadem na stoliku lądowała najlepsza czekolada Café Louvre. Tak dobra, że wsuwałam nawet śmietankę (a nie znoszę bitej śmietany). Potem szło już z górki – zupa czosnkowa z roztopionym serem, smażone hermeliny, wieprzowe kolana z chrzanem i piwo, piwo, piwo. Każdy dzień kończył się piwem; i to bez soku.



                                    


Praga jest pięknym miastem, z trochę większą i bardziej zadbaną krakowską starówką. Jej urokliwe fasady, wieżyczki, szerokie wzgórza i słynne piwo każdego roku przyciąga fale turystów. Nawet w lutym, kiedy temperatura ledwie sięga zera. Marzysz o zdjęciu na moście Karola? Tylko o 7, zaraz po wschodzie słońca.

Rozejrzyj się dookoła. Wszyscy spacerują i przeżuwają pachnące trdelniki. Aż ślinka cieknie z tego patrzenia.

Spacerowaliśmy i my – po starym mieście, nad Wełtawą w kierunku tańczących domów, po Hradczanach i parkach Zizkova. Nad rzeką dostałam małe grzane winko, a w sklepiku pod zamkiem prawie kupiłam mój pierwszy podróżniczy magnes. Wszędzie nosiłam aparat, a nie zrobiłam nawet jednego porządnego zdjęcia.

Bo mi paluszki marzły w jednopalczastych rękawiczkach.








Trochę szkoda mi tej Pragi, pięknej Pragi, do której wybierałam się już ze dwa lata.

I następnym razem trzy razy pomyślę, zanim zabookuję bilet w lutym. W końcu nie bez powodu każdego roku zimuję z nosem ledwie wyściubionym zza cieplutkiej kołdry.


                                    


#Bieszczady


Ale zanim FlixBus i Praga, pojechałam w góry. Pierwszy weekend lutego spędziłam w Bieszczadach na wyjeździe z ludźmi z firmy. W piątek opuściliśmy deszczowy Rzeszów, by trzy godziny później wjechać do białej, zimowej krainy. Tak białej, że w niedzielę odcięło nam prąd, bieżącą wodę i wszystkie sieci komórkowe.

Jak survival to na całego, hej!

A i tak… nie sądziłam, że góry zimą mogą być takie piękne! Codziennie budziłam się w drewnianej chatce, otwierałam okno i oddychałam świeżym, rześkim powietrzem. Za oknem ktoś niedbale porozrzucał przysypane puchem domki. Falowały, w górę, w dół, jeden obok drugiego, przycupnięte na szerokich stokach. Piłam herbatę i gapiłam się przed siebie, na gospodarza – pana Staśka, który rysował dla nas serca w śniegu.

Pierwszego dnia zrobiliśmy krótki trekking do Chatki Puchatka. Wiatr zacinał jak szalony, a widoczność kończyła się gdzieś na 3 metrach. Niesamowita sprawa dla kogoś, kto nigdy nie chodził zimą w góry. Drugiego dnia szusowałam na najbardziej płaskim stoku świata. Tak płaskim, że za każdym razem zatrzymywałam się w połowie zjazdu. Dużo się śmialiśmy i piliśmy grzane wino.

To był bardzo dobry wyjazd :)


     


A poza tym, co fajnego w lutym?

#filmy


W lutym odkryłam filmy Tarantino. Całe życie myślałam, że obraz Tarantino to przede wszystkim kupa przemocy i krew tryskająca na wszystkie strony. Długo nie mogłam się przekonać, a potem odpaliłam Pulp fiction i przepadłam na scenie, w której Mia tańczy do Girl you’ll be a woman soon.




I tak to się zaczęło...

1) Pulp fiction

Ponoć to film o wszystkim i o niczym. Doskonale poszatkowana opowieść o dwóch płatnych mordercach, amerykańskiej mafii, żonie gangstera i bokserze, gdzie żaden dialog nie dzieje się przypadkiem, a gra aktorska – czerwona wisienka – dopełnia pulchny biszkopt na torcie. Ręka do góry, kto nie lubi sceny z twistem? Odstrzelę. Ocena: 9/10




2) Bękarty wojny

Żydowska odpowiedź na nazistowską okupację i holocaust podczas II wojny światowej. Nutka parodii z plejadą gwiazd (Pitt, Waltz, Kruger i zniewalająca Mélanie Laurent) i biało-czarnym humorem. Gra w karty ze słynnej sceny w piwnicznej knajpie już na zawsze zostanie dla mnie tą grą z Bękartów wojny. Uwielbiam, nawet jeśli zawsze kończę z parówką na czole. Ocena: 8/10




3) Django

Dziki Zachód, handel niewolnikami i Jamie Foxx, który zostaje pierwszym czarnoskórym łowcą nagród. Django łączy w sobie to, co najlepsze u Tarantino – doskonała inscenizacja, rys historyczny i parodyjny, przerysowany humor. A zanim siądziecie do filmu, odpalcie soundtrack z Freedom na czele i wsłuchajcie się w brzdęk łańcuchów Ameryki XIX wieku. Ocena: 8/10




#muzyka


Zostając w temacie soundtracków, polecę dwie ścieżki, które od kilku tygodni kręcą się w mojej głowie.

  • Big Little Lies (mogłabym oglądać dla samego Big Sur i Monterey w tle)


                  


  • 13 reasons why (więcej o serialu pisałam tutaj)




#blog


W moim blogowaniu zaszły dwie ważne zmiany. W walce o lepszą jakość wyświetlanych zdjęć przeniosłam się na zewnętrzny serwer Flickr. Do tej pory ręcznie zmniejszałam i kompresowałam zdjęcia. Być może to moja wina, być może to blogger, ale wszystkie zdjęcia rozmywały się i gubiły szczegóły. Dzisiaj wrzucam oryginalną fotę na Flickr, a ten wypluwa mi odpowiedni rozmiar zdjęcia, prosto do zalinkowania w poście. Różnica jest kolosalna.

Dwa, palm tree view zagościło na twitterze. Co prawda, jestem daleka od traktowania tego medium jako kolejnej socialki do promowania bloga. Przewrotnie, prywatny / blogowy profil powstał ze względu na cele zawodowe, ale…  Testuję, uczę się, twittuję i świetnie się przy tym bawię. 


Trzy wpisy, które mogliście pominąć w lutym:




*     *     *

A jaki był Wasz luty?

Trzymajcie się ciepło, M.


blog comments powered by Disqus