Od biegania do surfingu, czyli jak wpływają na nas podróże?


Powoli mija rok od mojej wizyty w Stanach Zjednoczonych. Pogoda w Polsce jest typowo kalifornijska, ale czasu, żeby z niej skorzystać, jakby mniej. Praca, korki, podwyżki cen paliw, praca, kolejne urodziny, starość, a na koniec puenta – słaba śmierć. Ale zanim szczupła postać z kosą w ręce dostanie kartkę z naszym nazwiskiem, warto się czymś zająć. To właśnie w Kalifornii uznałem, że fajnie byłoby spróbować surfingu.


surfing | Kalifornia | nauka surfingu


Jak podają amerykańscy naukowcy, szczęśliwość ludzi jest odwrotnie proporcjonalna do czasu poświęconego na myślenie o otaczającej nas rzeczywistości. Żeby nie zamyśleć się za bardzo, w coś tam od czasu do czasu gramy lub robimy bliżej nieokreśloną ilość pompek czy innych przysiadów. Ze względu na nieregularny czas pracy, po przyjeździe do USA jedyną możliwością fizycznej odskoczni była gra w plażówkę. O sportach angażujących większą ilość osób można było zapomnieć. Nawet jeśli udało się zagrać w siatkę, była to bardziej zabawa niż sport. Wiedzieliście, że w Stanach nie pije się piwa podczas gry w siatkówkę?! Ech, ci Amerykanie...

Tak żyłem, śniąc swój american dream, dzień jak co dzień, dzień po dniu. Jednak życia cud się nie zdarzył. Wręcz przeciwnie. Zacząłem mieć negatywne myśli, które o mało co nie doprowadziły do najgorszego. Wstyd mi się do tego przyznać, ale z nudów chciałem zacząć... biegać. 

Nie chciałbym tu nikogo obrazić, ale sama myśl o tym, że moje życie jest aż tak nudne, żeby codziennie biegać bez celu, tak o, dla zabicia czasu, wstrząsa mną do granic i przechodzą mnie ciarki. Cała idea sportu jako odskoczni od reszty tego bajzlu, nazywanego górnolotnie cudem życia, w bieganiu nie ma swojego zastosowania. Zaczyna się całkiem niewinnie. Biegniesz i myślisz sobie, że w sumie to trzymasz dobre tempo, że buty nowe by się przydały, wygodniejsze, lepsze, że ta dupeczka dzisiaj nie biega, pewnie ma kogoś, ja nie mam, a fajny jestem, czy może nie jestem... NO I KAPLICA! Teraz nie dość, że się fizycznie męczysz to głupi mózg cały czas kombinuje i zmusza Cię do myślenia nad przeróżnymi durnotami. O nie! Nie po to ludzie wymyślili i uprawiają sport, żeby podczas jego uprawiania zastanawiać się nad zakładem Pascala. Napisałbym jeszcze kilka ciepłych słów o siłowni, o tym że, to aktywność idealna dla ludzi, którzy nic nie potrafią, ale aktualnie sam chodzę, więc sami wiecie... może innym razem.


chłopak biegający po plaży, w tle wysokie skały


Wracając do tematu biegania, wiadomo –  forma musi być i kaloryfery też są dla ludzi, ale staram się podejmować ciekawsze aktywności, w których mimochodem trzeba również biegać. Na szczęście, zamiast porannego dżogingu (jeszcze ta idiotyczna nazwa...) wybrałem wieczorną imprezę u ziomeczków z Serbii. Popijając Fireballa, słuchałem jak jeden ze znajomych opowiadał o tym słynnym amerykańskim SURFINGU. Zachwalał, a alkohol napędził wyobraźnię. Od tamtego momentu wiedziałem, że muszę spróbować.

Najpierw sprzęt do surfingu. Niestety nie jest tani, ale Amerykanie są w większości na tyle bogaci, że recepcjonistki po pijaku rozbijają swoje nowe Fordy Fusion i opowiadają o tym z uśmiechem na ustach, więc używane deski w kiepskim stanie można kupić za zielone grosze. Oszczędzę wam opisu całej transakcji. Jej efektem była moja nowa deska, pianka, linka i kawałek wosku. Wesoły amerykański Pan Zbieracz Starych Klamotów wzbogacił się o 92 dolary.

Tak szedłem z moją nową kochanką pod rękę przez słoneczne Santa Cruz i zaczynałem rozumieć, co jest najlepsze w SURFINGU. Nareszcie jesteś kimś! Spojrzenia są różne, coś w stylu Patrzcie... to SURFER!,  Wow, ale przystojniak (ok, może nikt tego nie mówił, ale na pewno myślał). Raczej przyjazne, pozytywne, jak to zwykle ze spojrzeniami w USA. Zupełnie inaczej niż w Polsce. U nas jak jedzie fajny samochód, to się wszyscy odwracają, byle tylko nie spojrzeć, żeby się typ nie poczuł ważny, a wiadomo, że nakradł i dlatego ma dobre autko, prywaciarz tfu. Te gorące spojrzenia amerykańskich dziewczyn i chłopców czułem na sobie już do końca mojego pobytu i było mi z nimi świetnie.


chłopak w piance trzymający żółtą deskę surfingową       chłopak z żółtą deską surfingową obserwujący fale na Cowell Beach


Teraz pozostało już tylko nauczyć się surfować. Nie polecam kupowania lekcji u prywatnych instruktorów. Koleżanka z Hiszpanii wzięła właśnie taki dwugodzinny kurs i skończyła w szpitalu ze wstrząśnieniem mózgu. Podobno instruktor nie powiedział jej, czy dopływając do brzegu, deska zatrzyma się sama, czy ma z niej wcześniej zeskoczyć do wody. Oczywiście, postanowiła zostać na desce i uderzyła w kamienisty brzeg... Nie pytajcie o kolor włosów.

Sam zdecydowałem się na inne rozwiązanie. Praca na recepcji w hotelu, oprócz oczywistych minusów, ma też swoje plusy, więc miałem bardzo dużo czasu na naukę surfingu z zaufanego źródła. Wujek google i kuzyn youtube pokazali mi tajniki turtle rollów, duck diveów, nakładania wosku na deskę i oceniania fal. W końcu internety nie kłamią, prawda?

Jedynym problemem pozostawały moje umiejętności pływackie. Nigdy nie słyszałem o żabach żyjących w oceanach (szukając takich, trafiłem na debilną historyjkę o tym, czy chcemy być żabą z oceanu czy ze studni, a po takim tekście nie byłem w stanie dalej szukać). Na moje nieszczęście styl pływania oparty na ruchach tych obślizgłych płazów jest jedynym, jaki opanowałem w miarę dobrze. Swoje lata już mam, a czas uciekał nieubłaganie, więc tak zwany klasyk musiał wystarczyć. Przy ewentualnym spotkaniu z rekinem zwiększało to moje szanse na przeżycie. Wyobraźcie sobie, że jesteście tym słynnym wielkim żarłaczem białym, postrachem mórz i oceanów. Wpływacie pomiędzy surferów i widzicie gościa uciekającego przed wami żabką. Kurwa, chłop ucieka jebaną żabką... Na jego miejscu pomyślałbym, że ten człowiek jest ciężko chory i w obawie o swoje zdrowie zostawiłbym go w spokoju. Druga opcja – rekin pęknie ze śmiechu. Zresztą zabijają one rocznie około 10 osób. O wiele groźniejsze są krowy, a krowę widziałem z bliska i dalej żyję. Z matematycznego punktu widzenia istnieje większa szansa, że ugryzie mnie Luis Suarez (jeżeli grałbym w przeciwnej drużynie) niż rekin.


uśmiechnięty rekin       surferzy na Steamer Line


Tak czy inaczej, minęły już dwa dni od zakupu deski, a ja jeszcze ani razu nie byłem surfować! Mój pierwszy raz na desce był słaby. Z brzegu obserwowała mnie moja dziewczyna. W sumie spoko, nie było opcji, żebym wyszedł po 30 minutach i później słuchał, że ona wiedziała, żeby najpierw wypożyczyć deskę. Nie chciałem się łatwo poddać, a w najtrudniejszych momentach ta myśl dodawała mi werwy. Podczas pierwszego surfowania trzy razy złapałem pianę, czyli część fali już po załamaniu. Normalni surferzy płyną przed załamaniem, które próbuje ich dogonić. W dodatku robią to stojąc na desce, a nie leżąc tak jak ja...

Jeden wypad to mniej więcej dwie godziny w wodzie – jeżeli są warunki, na więcej nie masz siły. Pierwszy raz wstałem dopiero trzeciego dnia. Utrzymałem się na desce może ze trzy sekundy. Od tego momentu wstawałem coraz częściej, ale wciąż była to zabawa z pianą. Nie pamiętam, za którym razem złapałem normalną falę – czasami łapiesz ją w dobrym miejscu, tuż przed załamaniem, ale ona od razu się składa i lecisz na pianie (jankesi mówią na nią soup). W praktyce nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Bawiłem się świetnie i śmigałem na niej do samego brzegu. Co do wielkości fal, Amerykańce mówili o nich szyderczo łamacze kostek. To miejsce (po angielsku spot) nazywało się Cowells Beach.






Dopiero w drugim miejscu surfingowym Santa Cruz – Steamer Lane – zrozumiałem, dlaczego nie łapie się piany. Fale były tam kilka razy większe, a piana, która powstawała po ich załamaniu przypominała pędzącą lawinę. Dużo fajniejszym pomysłem jest uciekanie przed tą bulgoczącą zupą. Miejsce do surfingu wybierałem poprzez kompromis z moją chęcią do życia. Jeżeli fale były bardzo duże – pływałem na Cowells, jeżeli mniejsze – na Steamer Lane.

Zazwyczaj Cowellsowe fale były wystarczające, ale nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował zmierzyć się ze Steamer Laneowymi gigantami. Dla porównania – największa przesurfowana fala miała wysokość około 24 metrów (w Santa Monica). Ciężko ocenić mojego giganta, ale powiedzmy, że mógł on mieć maksymalnie 3 metry. Dla mnie była to olbrzymia ściana wody lecąca prosto na mnie. Nie było już możliwości odwrotu. To właśnie ten moment uciekania przed potężnym żywiołem tłumaczy fenomen tego sportu. To jedna z tych sytuacji, kiedy zapominasz o tym, że życie to nieśmieszny żart. W takiej chwili aktywuje się najsilniejszy z instynktów człowieka – chęć przetrwania. Przetrwać mi się udało, ale poskromić falę i jej bliźniaczki niestety nie. 

Nic dziwnego, że wszyscy surferzy są tak wyluzowani. Codziennie igrają z czymś o wiele silniejszym od siebie i wracają do domów jako wygrani. Nie wracałem do mieszkania jako zwycięzca, ale nie byłem też rozczarowany. Porażki mogą mieć różne oblicza. Czasami to tylko pionowe wbicie deski w falę, uderzenie o taflę wody i wirowanie w fali z linką od deski na szyi przez kilkadziesiąt sekund. Innym razem porażka kończy się zniczami i tabliczką pamiątkową przy schodach prowadzących do wody.


surfer uciekający przed spienioną falą


*     *     *


Wydawałoby się, że mogę polecić każdemu z was naukę surfowania. Jednak, gdy się dokładniej nad tym zastanowię, muszę zdecydowanie odradzić wam zarówno surfing, jaki i podróże w ogóle. Dlaczego? Dlatego, że siedzę teraz w mieszkaniu przed laptopem i wiem, że gdzieś w okolicach słonecznej plaży La Jolla w San Diego ktoś stawia swoje pierwsze kroki na desce. W innym miejscu ktoś pierwszy raz widzi czarne plaże Teneryfy, je najlepszą włoską pizzę na świecie czy chociażby zamawia gofra w Jastrzębiej Górze. Wyobraźcie sobie, gdzie moglibyście teraz być. 

Stanowczo odradzam także wieszanie na ścianie mapy zdrapki, która patrzy na ciebie i mówi z wyrzutem Psst zobacz, spójrz jak niewiele widziałeś. Wracając z każdej kolejnej podróży, podczas której przeżywałeś niesamowite emocje do swojego biurka, czujesz, jakbyś dostał ciepłą, mokrą szmatą w twarz. Ta przygnębiająca wizja i wiele innych nie dają mi spać po nocach, ale za każdym razem w końcu zasypiam. Z uśmiechem na ustach. Zdradzę wam mój sekret. Za każdym razem przed zaśnięciem wyobrażam sobie, że ktoś właśnie teraz, dokładnie w tym momencie, zupełnie bez celu i bez sensu po prostu biegnie...

G.

Źródło grafik:
https://unsplash.com/

Lipiec: miesiąc, w którym (jeszcze nie) dorosłam

kajak w krzakach o wschodzie słońca


Ten pierwszy pracujący lipiec był nie do zniesienia. Nie, wciąż nie lubię spędzania wakacji w wakacje, ale - jak nigdy wcześniej - poczułam, jak bardzo już jestem zmęczona. Osiem godzin przed komputerem w zamkniętej klatce? Szczerze wątpię, że znajdę choć jedną osobę, która z ręką na sercu przytaknie, że tak: dobrze się czuje w tym rytmie pracy.

Tego roku nauczyłam się ważnej rzeczy. Nie znoszę wakacji w biurze. Rutyny, która maluje słoneczne dni na szaro-bure, nijakie barwy. Potrzebowałam wyjechać, rzucić wszystko i odetchnąć przy dźwiękach spokojnej rzeki. Uciec hen daleko, choćby tylko na krótki weekend.

I pojechałam - na kajaki do Zwierzyńca.


widok z Bukowej Góry, Roztocze       droga na Bukową Górę, Roztocze       piwo w Browarze Zwierzyniec       para ubrana w czerwone kapoki       spływ kajakowy nad Wieprzem    


To zadziwiające, jak mało potrzebowałam do szczęścia: szumiącej wody i drzew, które schylały się nad Wieprzem. Moje serducho szukało natury i znalazło ją w niebieskich skrzydełkach ważek, które migotały w rytm promieni słońca.

W malutkim miasteczku na Roztoczu, które pozwoliło mi odpocząć w drodze na Bukową Górę i później – przy piwie z lokalnego browaru. I pomyśleć – to wszystko tylko 90 km od domu.

Odpoczywałam też znacznie bliżej – przy kawie i brownie na patio w rodzinnym domu. Całkiem piękne, prawda?


piękne patio DIY z miętowym stołem       miętowa huśtawka na patio w Niechobrzu       czekoladowe brownie z owocami i kawa na miętowym stole       Most Tadeusza Mazowieckiego w Rzeszowie       lody na ulicy Kochanowskiego w Rzeszowie


14 lipca włożyłam sukienkę, związałam srebrne buty i poszłam na ślub na młodszego brata. Wciąż nie mogę uwierzyć, że mój mały – 4 lata młodszy - braciak ma już żonę!

Nagle wszyscy zrobili się już tacy dorośli.

Jak nigdy, chciałam pięknie wyglądać, bo nie każdego dnia zostajesz świadkową na ślubie własnego brata. Kupiłam trzy sukienki, zanim znalazłam tę jedyną, która podbiła moje serce. Miesiącami szukałam butów, które spełniłyby moje wymagania (srebrne, piękne i wygodne). Postawiłam na Kotyle i wiecie co? Już dawno nie miałam tak wspaniałych szpilek!

Ach, i co to było za wesele! Pokazywałam urywki na Insta stories, ale… wiedz, że gdy żeni się tancerz-akrobata, wesele musi być nie z tej ziemi. Powiem nieskromnie, ale to był najpiękniejszy pierwszy taniec, który widziałam. A niespodzianka-show akrobatyczne? Ulubiony punkt programu małych i dużych dziewcząt ;)


drożdżówka z serem i morelą, w tle serial  "Ania, nie Anna"       fioletowa sukienka na wesele       nowożeńcy przed kościołem       para na weselu, mężczyzna w garniturze z muszką       kubański hamburger, Havana, Rzeszów


        


Lipiec minął mi również pod znakiem przygotowań do wrześniowego Camino: zakupem biletów, planowaniem trasy, szukaniem cennych informacji o szlaku św. Jakuba, rozchodzeniem butów i zbieraniem rzeczy na wyjazd. Mam już szybkoschnący ręcznik i malutki, lekki śpiwór (wow).

Macie jakieś rady, książki, pomocne linki? Chcę je wszystkie!

Wstępnie, oprócz +10 dni w trasie, planujemy zatrzymać się w kilku miejscach i skorzystać z lokalnych rarytasów. Szykuje się zatem dzień w ukochanym Porto (z butelką Porto, a jakby) i kilka chwil w galicyjskich miastach. Cieszę się podwójnie, bo nigdy nie miałam okazji odwiedzić tej zakurzonej części Hiszpanii, a przypominam, że uwielbiam tam wracać (prawie) każdego roku ;)

To co, znów zanosi się na wrzesień życia?

# filmy & seriale


Ale zanim wrzesień, zatrzymajmy się przy kulturalnym lipcu. Co trafiło na mój ekran?

Poddaję się i przyznaję - ze wszystkim jestem do tyłu. Trzy billboardy za Ebbing, Missouri chciałam obejrzeć już zimą, kiedy wertowałam tegoroczne nominacje do Oscara. Wrzuciłam film do kolejki ‘to watch’ i… zapomniałam. Jak mogłam? Obok takiej historii ciężko przejść obojętnie. Tytułowe billboardy stają się iskrą, która wznieca płomień w spokojnym miasteczku w stanie Missouri. Mildred umieszcza kontrowersyjny przekaz przy opuszczonej drodze, przy której zmarła jej córka i rzuca rękawicę miejscowej policji. Inteligentnie prowadzona narracja, która pozostawia widza z pytaniem: czy dzisiejszy świat zawsze musi być czarno-biały?  Ocena: 8/10


płonące billboardy za Ebbing, Missouri


Mamma mia: Here we go again to druga część kultowego musicalu opartego na największych hitach Abby; typowy film, na który wybierzesz się z mamą do kina. Niby nic specjalnego, a jednak… ile razy wyszedłeś z kina roztańczony, rozbawiony, od razu z całym soundtrackiem w głowie? Mamma mia 2 przenosi nas w czasie - 30 lat wstecz - do momentu, w którym rozpoczyna się historia Donny. Przez Paryż do Grecji, w poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, bohaterce towarzyszy trzech przystojnych mężczyzn…

To jak, której piosenki z Mamma Mia: Here we go again nie możecie pozbyć się z głowy?


       


The End of the F***ing World czyli… kolejna netflixowa perełka do pochłonięcia w jeden wieczór. Nietypowa historia nietypowych bohaterów opowiedziana z nietypowym poczuciem humoru tworzy wyjątkowy klimat, którego ciężko szukać w innych produkcjach. Buntowniczka i niedoszły psychopata? Czy ta wspólna, wybuchowa podróż mogła mieć w ogóle inne zakończenie? I chociaż szybko pokochałam tę opowieść i finał, który urywa się dokładnie tam, gdzie powinien… mam cichą nadzieję, że nikt nie zniszczy jej dalszym ciągiem.

A soundtrack? Aj, wisienka.


       


#blog


Smutno mi to przyznać, ale obserwując to, co dzieje się w blogosferze, coraz mniej chce mi się pisać. Może to praca, może monotonia dorosłego życia, ale po drodze zgubiłam gdzieś radość tworzenia tekstów. Jestem pewna, że to przejściowy etap, który wskaże mi w końcu dalszą ścieżkę rozwoju. Zresztą, chyba nie tylko mi.

W lipcu poczyniłam dwa teksty i oficjalnie zamknęłam relację z Ameryki. Tak mi przykro, że może… otworzę ten rozdział raz jeszcze, tylko na krótką chwilę? ;)

Zerknijcie, co działo się w lipcu:



*     *     *

Jak mija wam życie? Macie czas na celebrowanie wakacji?

Trzymajcie się ciepło, M.

Pierwszy raz w Los Angeles? 5 miejsc, które musisz zobaczyć



Pierwszy raz w Los Angeles zawsze będzie wyglądał tak samo. Będziesz odwiedzał miejsca i widział pocztówki, tak dobrze znane ze zdjęć i artykułów, którymi otaczałeś się do tej pory. 

No bo jak? Odwiedzić LA i nie zobaczyć klasycznego wzgórza, na którym króluje krzywy napis Hollywood? Nie spróbować podglądnąć życia bogatych ludzi, których rezydencje porastają stoki Beverly Hills? I w końcu, nie zachłysnąć się przepychem Rodeo Drive i nie zatracić w iluzji, że ty też możesz być częścią pysznego, luksusowego świata LA?

No jak?


zachód słońca na Santa Monica, LA


#1 Venice Beach

Gdzie możesz skierować pierwsze kroki w mieście, jeśli nie na najsłynniejszą plażę LA, Venice Beach? Kojarzysz ten podświetlony napis, wielkie litery VENICE rozwieszone pomiędzy budynkami, za plecami których rozkwita dzielnica kolorowych domków, a powietrze wypełnia cierpki zielony zapach?

Ile oddasz za leniwy spacer plażą Venice? Za kolejne kiczowate sklepy, ulicznych grajków rozłożonych na deptaku i spienione fale oceanu, po których przemykają surfingowe deski? Ile oddasz za dzieciaki, które wyskakują z metalowej rampy i za tych kolesi pakujących na niebieskiej siłowni przy Venice Beach?

Bo ja nie dałabym złamanego grosza.


napis Venice, w tle plaża i fale oceanu

pale mola na Venice Beach

spacerujący ludzie na molo na Venice Beach

mewy odlatujące z barierki na molo na Venice Beach


Nie przeczę - Venice może się podobać i zachwycać aurą hipsterskiego, frywolnego miasta.  Tylko, że… istnieje powód, dla którego nikt nie zostaje tam po zachodzie słońca. Venice jest jak księżniczka, która po zmroku przemienia się w smutną, przerażającą bestię. Miejsce ulicznych bazarków, artystów gotowych w minutę nabazgrać twój portret, zajmują oni. Deptak Venice gubi się pod górą spiętrzonych śmieci, kartonów i starych, śmierdzących śpiworów. Bezdomni głośno dyskutują, zaczepiają przechodniów, a szczęśliwie ulokowani, odpływają w świat zielonego proszku.

Więc zanim zakochasz się w Venice, spróbuj poznać ją całą – jej zakamarki, tajemnice i mieszkańców, o których nikt nie chce mówić głośno.


Venice Beach, Los Angeles

Venice Beach, Los Angeles 2

wieża ratownika, Venice Beach

Santa Monica, Los Angeles

zachód słońca na Santa Monica, palmy na pierwszym planie
Santa Monica

#2 Hollywood

Swoją przygodę z LA możesz planować jak chcesz – śladami bohaterów La la land czy uliczkami, które zapamiętałeś z GTA - ale nie możesz wyjechać z miasta bez odwiedzenia dzielnicy Hollywood.

Nie obiecuję, że ją polubisz. Będziesz przeklinał na korki, którą ciągną się całym Sunset Boulevard i stłoczony tłum gapiów przy Walk of Fame. W roztargnieniu przydeptasz imiona gwiazd i nie przestaniesz się dziwić, jak niepozorne jest słynne Hollywood.

Bo widzisz… Walk of Fame jest w rzeczywistości małym fragmentem ulicy, na której kicz miesza się z nierealistycznym dążeniem do sławy. Przez słynne gwiazdy codziennie przetacza się fala ludzi – turystów, a także mieszkańców, którzy popołudniami śpieszą się do swoich domów. Raz po raz wychwycisz tam kolorowy kostium , bujne loki Britney Spears i nażelowane włosy kolejnego Super bohatera. Zanim się spostrzeżesz, złapią cię za rękę i krzykną grube miliony za jedno zdjęcie.

A obok, jak nigdy nic, będzie dziać się życie. Będą przejeżdżać samochody, a tamta pani wyjdzie z zakupami z pobliskiego sklepu. Krok dalej, w indyjskiej knajpie, padnie zamówienie na ostre curry, a dziwny gość w garniturze zaczepi cię Guten Morgen, chcąc wciągnąć cię w sidła scjentystycznej sekty.

Taki tam, zwyczajny poranek przy Walk of Fame.


Walk of Fame, Hollywood

gwiazda Kubusia Puchatka na Walk of Fame


#3 Obserwatorium Griffitha

A Hollywood to również biały napis, któremu / z którym (?) musisz zrobić sobie zdjęcie.

Istnieje kilka teorii, gdzie znaleźć najlepsze miejsce z widokiem na słynne wzgórze. Możesz wrzucić w GPS adres 300 Canyon Lake Drive, Hollywood i podążyć za słodkim głosem Skręć w prawo. Możesz odpalić Insta i za hashtagiem #hollywoodsign wyszukać morze inspiracji. Możesz też obrać drogę na Grffith Observatory i wszystko to dostać w pakiecie:

Panoramę miasta, lekcję astrofizyki i napis Hollywood właśnie.


napis Hollywood na wzgórzu, Canyon Lake Drive

para pozująca na tle napisu Hollywood, Canyon Lake Drive


Obserwatorium Griffitha to jedno z moich ulubionych miejsc w Los Angeles. To tam Sebastian z Mią czarowali swój podniebny taniec i obserwowali, jak wahadło Foucalta zatacza kolejne powolne kręgi. To również tam Raj z BBT snuje gwieździste opowieści, a jego głos towarzyszy cyklicznej projekcji o dziejach kosmosu. I w końcu, to tam nie tylko przeczytasz o gwiazdach, ale – jeśli grzecznie poczekasz – staniesz oko w oko z fioletową błyskawicą, którą uwolni niesamowita Tesla coil.

Moje serce ostatecznie zdobyły małe teleskopy, które nocą wystawiono przed wejściem do hali obserwatorium. Patrząc przez okular jednego z nich, liczyłam kratery na powierzchni księżyca, kiedy drugi skierowany był dalej, na ogromną planetę – tak rzeczywistą i abstrakcyjną zarazem.

I to wszystko, proszę państwa, zupełnie za free.


Obserwatorium Griffitha, Los Angeles

zachód słońca nad Los Angeles, widok z Obserwatorium Griffitha
     

#4 Beverly Hills

Mniej za free może być tylko na Rodeo Drive, w bogatej dzielnicy Beverly Hills.

Pamiętacie scenę z filmu Pretty Woman, w której Julia Roberts odwiedza kolejne butiki przy Rodeo Drive? Tę zawiść w oczach ekspedientek i przekonanie, że tylko tracisz ich czas? Mniej więcej tak czułam się, zaglądając do salonu YSL i z ciekawości wypytując o małą czarną za $$$.

Beverly Hills to swoisty symbol bogactwa i elity, której rezydencje porastają wzgórza przy Mulholland Drive. To niedostępny świat, odgrodzony od przeciętnych ludzi płotem splecionym z marzeń i luksusowych aut. To miejsce, gdzie palmy szybko wystrzeliwują ku niebu, by z pewną dozą litości pysznie spoglądać na ciebie – marnego człowieka pośród największych gwiazd Hollywood.

Powiedz, czy ty też nie chciałbyś - choć przez chwilę - stać się częścią Beverly Hills?


słynny napis Beverly Hills

ratusz Beverly Hills

widok z ratusza Beverly Hills

Rodeo Drive       samochód zaparkowany przy Rodeo Drive

LACMA
LACMA
          dwie turystyki pozujące przed muzeum LACMA        turystka pozująca przed muzeum LACMA


#5 Downtown

Paradoksalnie, najbardziej podobało mi się tam, gdzie wcale miało mi się nie podobać – w betonowym Downtown.

Z podwórka naszego Airbnb codziennie patrzyłam na wysokie wieżowce, które zdawały się dosięgać nieba. Kilka olbrzymów, które z zadartym nosem dumnie spoglądały na leżące w dole miasto. Szklane budynki, które za dnia skrzyły się promieniami słońca, a nocą płonęły oblane złoto-pomarańczowym światłem.

To tam, w Grand Central Market, wciśnięta pomiędzy dwóch gigantów, spędziłam najpiękniejszy wieczór w mieście: przy malutkim stole, z chłodnym piwem w plastikowym kubku, otoczona smakami świata i muzyką od jazzowych chłopców.

I później, spacerując w rytm zapadającego zmierzchu i mijając dziwnych ludzi, jak tego faceta w stroju Małej Syrenki.

I pizza. Ale tam była dobra pizza.


lampy LACMA    dziewczyna na Rodeo Drive    taco z kaktusa    uśmiechnięty wzór na kawie    smutna para w samolocie


*    *    *


Przykro mi to mówić, ale tym wpisem żegnam się z zachodnim wybrzeżem USA. To była piękna podróż (ta rzeczywista i później, kiedy każde pojedyncze słowo i zdjęcie przenosiło mnie z powrotem za wielką wodę). Mam nadzieję, że podobało wam się tak samo jak mnie, a chociaż kilku z wam zaczepiłam wirusa marzeń o podboju USA.

Żadnego innego wpisu nie pisało mi się tak ciężko – ze świadomością, że nasz road trip dopełni się i zamknie wraz z ostatnim, zupełnie nieprzygotowanym, słowem tej relacji. Więc żeby nie kończyć smutno, odsyłam was dalej, do garstki najpiękniejszych wspomnień z podróży po USA:



Do usłyszenia,
M.