Skamieniały Las Arizony


Mam wrażenie, że Petrified Forest to jeden z najbardziej niedocenianych parków Arizony. Położony daleko w głąb stanu, 3 godziny na wschód od południowej krawędzi Wielkiego Kanionu jawi się jako niedostępne i nieciekawe miejsce. Bo w końcu… czego można się spodziewać po parku, o którym nie trąbią wszystkie przewodniki? Co można znaleźć pośrodku niczego, daleko od najważniejszych punktów zachodniego wybrzeża USA?

Skalny Las Arizony nie ma wybitych gwiazd na słynnej Walk o Fame; nie ma fok, które wygrzewają się na plaży w San Diego; nie ma Boardwalku, palm i zakręconych kolejek, na których krzyczą dzieci. Ale wiecie? Ma znacznie więcej.


Petrified Forest | Arizona | Blue Mesa


Tego dnia nocowaliśmy w Holbrook, kolejnym mieście na trasie Route 66; niewielkim, typowo westernowym miejscu z klasycznym Saloon i najpiękniejszym wschodem/zachodem słońca. Ten wieczór miał wszystko, czego potrzebowałam. Sportowy bar, Buffalo Wings, zimne delikatne piwo, cynamonową whisky on the rocks i partyjkę przy zielonym, bilardowym stole. To przecież takie proste – uderzyć w białą bilę i odnaleźć dom tysiące kilometrów stąd.

Praktyczne. W Holbrook znaleźliśmy najtańszy nocleg w czasie miesięcznego tripa. Za 4-osobowy pokój w Golden Inn zapłaciliśmy ok. $10 na osobę.

Holbrook to nie tylko droga 66 i dziki zachód; to również sieciówki – a zwłaszcza klasyczna żółto-czerwona śniadaniówka Denny’s. Tak, to właśnie to miejsce, gdzie śniadanie serwuje się 24/dobę, kawę rozdaje się na dolewki, a jajka z bekonem dopycha się słodkim naleśnikiem! Mój naleśnik (a właściwie mała wieża z naleśników) miał truskawki i gęsty krem z białej czekolady. Mniam, aż ślinka cieknie!

Śniadanie w Denny’s i można podbijać świat. A przynajmniej wyruszyć w kierunku Petrified Forest. położonego gdzieś w odmętach Arizony.


Petrified Forest, Painted Desert

Petrified Forest, Blue Mesa

Petrified Forest, dziewczyna na tle skał

Petrified Forest, Blue Mesa

Petrified Forest, Blue Mesa        naleśniki z truskawkami w Denny's


Skamieniały Las. Brzmi intrygująco, prawda?


Nazwa parku pochodzi od skamieniałych drzew, których pełno na terenie rezerwatu. Gdziekolwiek nie spojrzysz, dostrzeżesz porzucone pieńki; szczątki, które z biegiem czasu zamieniły się w błyszczący kamień. Ba, możesz podejść i przejechać dłonią po wyszlifowanym drewnie. Zobaczyć, jak szlachetny kwarc mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Pomyśl. To wprost nie do uwierzenia, że ten pieniek był kiedyś zwyczajnym drzewem, tym samym, które rośnie za twoim oknem i które codziennie mijasz w drodze do pracy.

Warto pamiętać, że wywóz kamieni z parku jest karany wysokimi grzywnami i – co ciekawsze – może sprowadzić na ciebie złe fatum. Chodzą słuchy o ludziach, którzy odsyłają skamieniałe drewno z powrotem do parku, aby odwrócić klątwę, która spadła na nich po wizycie w Petrified. Wierzyć, nie wierzyć? Pech, klątwy, zły urok można wsadzić między bajki, a jednak to właśnie w tym roku Geri poważnie naderwał sobie mięsień, więc… ;)


Petrified Forest, Painted Dessert

Petrified Forest, zmineralizowany pień

Petrified Forest, Blue Mesa        Petrified Forest, Blue Mesa

Petrified Forest, ludzie oglądający pień

Petrified Forest, dziewczyna oglądająca pień


Oprócz skamieniałych drzewek, charakterystyczną cechą Petrified Forest są skały, które jak malowane wyrastają z ziemi, mieniąc się barwami tęczy – od żółci przez pomarańcze po chaber i nieziemski fiolet. Wyobraź sobie, że to tutaj - pomiędzy tymi skałami - przechadzały się kiedyś dinozaury, a cały teren porastała gęsta dżungla. Dzisiaj nie ma już po niej śladu, a na pustyni Petrified znajdziesz co najwyżej groźne, czarne kruki.

To nie żart. Ogromne kruczyska towarzyszyły nam przez cały, choć krótki, pobyt w parku. Przelatywały nad autem, przysiadały z boku i spod oka łypały w szyby. Zamierały w powietrzu, smagane porywistym wiatrem. Strach się bać.

A wiało, że hej. Myślałam, że to w Arches wywiało mnie na wszystkie czasy, ale nie doceniłam mocy Arizony. W momencie, w którym na szlaku Blue Mesa traciłam koncentrację, silny wiatr zwiewał mnie na skały. Ba, wiało tak mocno, że dziewczyny prawie zawróciły z trasy.


Petrified Forest

Petrified Forest, Blue Mesa

Petrified Forest, Blue Mesa

Petrified Forest, Blue Mesa

Petrified Forest, Painted Dessert

Petrified Forest, pomarańczowe skały

 O czym warto pamiętać, wybierając się do Petrified Forest?


  • Park jest otwarty codziennie od 8 do 17, więc warto stosownie zaplanować jego zwiedzanie. W sezonie nie załapiecie się tutaj na zachód słońca (a szkoda, bo zachodzące słońce maluje tę okolicę w złocistych, żółto-pomarańczowych barwach).
  • Do Perified warto zaglądnąć, ale tylko na chwilę. Wizyta w parku zajęła nam dosłownie kilka godzin: autem przemierzyliśmy najważniejsze punkty i zrobili krótkie, 1-milowe trasy. Jak w żadnym parku, tutaj polecam zatrzymać się na film w Visitor Center.
  • Jeśli planujecie odwiedzić kilka parków narodowych, zaopatrzcie się w roczny karnet wstępu America the Beatiful.
  • Nasz pomysł na Petrified? Punkty z widokiem na Painted Desert, lornetki skierowane na Newspaper Rock, Jasper Forest i krótki, półgodzinny szlak Blue Mesa.



Fioletowe skały, diamentowe drewno i podwieszone pod sufitem resztki dinozaurów - tak zapamiętam Petrified Forest. Chwilę później byliśmy już w drodze, mknęliśmy szerokimi pasmami przez Sedonę aż do Phoenix.

Jeszcze kilka dni i – tym razem na dobre – znikniemy z Arizony.


*     *     *


A tych, którzy nie tylko podróżują, a z tylu głowy siedzi im radosna mañana, zapraszam do nowej grupy:


Co tam znajdziecie? Codziennie inspiracje, słówka dnia, przypominajki gramatyczne... i masę innych rzeczy, które przeniosą cię do świata pachnących pomarańczy. A1 czy C1? Nieważne, w grupie każdy znajdzie coś dla siebie ;)

To był maj, pachniały tulipany


Mój maj zaczął się już 26 kwietnia, kiedy wsiadłam w samolot i poleciałam do Brukseli. Pamiętam to dokładnie. Przeciskałam się w warszawskim korku, modląc się w duchu o szybkie połączenie do Modlina. Dojechać do stolicy i spóźnić się na samolot? Ee, takie rzeczy się nie dzieją.


różowe tulipany w Brukseli


# majówka


Planując wypad do Belgii, nie spodziewałam się, że ta majówka będzie taka intensywna! 5-dniowy wypad na północ pozwolił mi się wyciszyć i złapać równowagę, której brakowało mi po 8-godzinnych dniówkach w biurze. Mimo początkowych obaw przypomniałam sobie, jaką frajdę sprawiają mi podróże solo*. Spacerowałam ulicami, wymijając robotników, którzy ze śmiechem ustawiali się do zdjęcia i chwytając muzykę, którą tętniły aleje miasta.

Do Belgii poleciałam sama, ale na miejscu zatrzymałam się u znajomych;
u Błażeja, którego ostatni raz widziałam w lutym zeszłego roku!

W ciągu 5 dni odwiedziłam dwa miasta – Brukselę i piękną Brugię – a w sobotni ranek ni stąd ni zowąd wylądowałam nad kanałem w Amsterdamie. Pogoda mnie nie rozpieszczała, ale gdybym mogła, bez wahania powtórzyłabym ten długi weekend. Do Polski wróciłam zapakowana w czekoladę i zestaw trzech belgijskich piwek.

O moim wyjeździe do Belgii przeczytasz tu:


croissanty w pokoju na poddaszu       pomnik w parku w Brukseli       czerwone tulipany w brukseli       kanały i rowery w amsterdamie       słodkie ciastka w amsterdamie


A dalej? Nie zwalniałam tempa. (Za) krótka wizyta w Natolinie, gdzie na balkonie, z kawą w ręku, obserwowałam Warszawę – leniwe słońce migoczące między wieżowcami i korony drzew, które przepychały się, szukając miejsca między budynkami. Lubię tam wracać, na ten balkon i do niej, na pogaduchy, które ciągną się już od 10 lat.


samolot na lotnisku w charleroi       dziewczyny na balkonie, zdjęcie od góry       dwie miseczki risotto       dekoracja ścienna dla miłośników zwierząt       ulice warszawy


Po powrocie do Rzeszowa wciąż majówkowałam – były lody z Myszki, spacery nad Wisłokiem i drinki pod parasolkami. A wracając do lodów… tylko spójrzcie! Dla tej polewy można pokonać nawet tysiące kilometrów! Prawda, Kasia Ś.?


dziewczyny jedzące lody u myszki w rzeszowie           lody u myszki w rzeszowie         pomnik czynu rewolucyjnego w rzeszowie
  

Ostatni wolny weekend spędziłam w Krakowie, w Café Lisboa na pastel de Belém i truskawkowych margaritach, z którymi świętowaliśmy meksykańskie Cinco de Mayo. Rozpusta rozpustą, ale cel mojej wizyty był jeden – Ola i dogranie szczegółów na wrzesień.

Bo we wrześniu… pakuję plecak i ruszam na zachód – tam, gdzie uwielbiam wracać każdego roku.


pielgrzym na camino de santiago

# camino


9 maja kupiłyśmy bilety i nagle nasza podróż do Hiszpanii stała się bardzo realna. Tego dnia z całą mocą uświadomiłam sobie, że nie mam porządnych butów ani sprzętu, niezbędnego do 10-dniowej wędrówki. Tyle rzeczy trzeba jeszcze załatwić, tyle mądrych słów i porad wyszperać z zakamarków internetów!

Bo we wrześniu… ruszamy na Camino.

Pomysł na Camino pojawił się w mojej głowie już zeszłego roku. Później doszło towarzystwo i wrzesień, bo ten miesiąc wydawał się pasować wszystkim. Zrezygnowałyśmy z Camino del Norte (ścieżki wiodącej wzdłuż północnego wybrzeża Hiszpanii), by postawić na drogę Portugues, od Porto wzdłuż oceanu, aż po słynną katedrę Santiago de Compostela.

Jeszcze tyle przede mną, a ja już kręcę się z podekscytowania i zapuszczam Alvaro:



# seriale


Maj, oprócz podróży, obfitował w seriale.

13 powodów #2

Odpaliłam pierwszy odcinek i zniknęłam na całe trzy dni. Drugi sezon 13 reasons why opowiada historię Hannah z innej strony; z perspektywy osób, których imiona gorzko wybrzmiewają na przeklętych taśmach. Losy bohaterów przeplatają się z procesem, który nieźle namiesza w życiu każdego z nich. Oglądaliście? Już dawno nie kotłowało się we mnie tyle sprzecznych uczuć!




Opowieści podręcznej #2

Opowieści podręcznej #2 to druga część historii June, która rozgrywa się w antyutopijnym świecie, gdzie rola kobiety została sprowadzona do podręcznej macicy dla wysoko postawionych, bezpłodnych komendantów. Kobiety w czerwonych szatach, poniżane i surowo karane za każdy objaw nieposłuszeństwa, skrycie walczą o wolność i ucieczkę z biblijnego raju.




O tych i innych serialach przeczytasz tu:

# kiedy maj się kończy


Uwielbiam ten moment, w którym ostatni majowy dzień gaśnie na horyzoncie, szykując miejsce na energiczny czerwiec. Początek czerwca to dwa nierozerwalne dni, które każdego roku witam z uśmiechem na twarzy.

Tak więc, jest i 1 czerwca, w którym pielęgnuję małe dziecko, które siedzi gdzieś tam wewnątrz mnie. Objadam się Kinder Jajkiem i odkrywam radość, stawiając żółty wagonik na planszy Wsiąść do pociągu.

Jest i 2 czerwca, który już o północy wybija mi urodzinowe dzwonki; dzisiaj – dwadzieścia sześć przeciągłych dźwięków. W ten jeden dzień w roku zakładam koronę i jestem księżniczką. W ten jeden dzień czuję się wyjątkowo, jak nigdy w ciągu całego roku.


cafe lisboa w krakowie           wsiąść do pociągu, planszówka na dzień dziecka           tańcząca dziewczyna na imprezie urodzinowej 


*     *     *

Jak wam minęły majowe dni?
Trzymajcie się ciepło, M.

5 rzeczy, których nie wiedziałeś o Brukseli


Bruksela | ciekawostki | fun facts


1. Spotkanie z Brukselą


Przed wyjazdem do Brukseli, wiele razy łapałam się myśli - nieprzyjemnej myśli, która cienkimi nićmi stresu splatała mi dłonie - że w gruncie rzeczy boję się tego miasta. Przed oczami wciąż miałam 2016, miasto w płomieniach, które tamtego roku przeżyło brutalny bombowy zamach. Bałam się ludzi, których spotkam w tym miejscu i żołnierzy z karabinami, którzy do tej pory spacerują uliczkami miasta.

Na dworzec w Brukseli dojechałam późno w nocy. Wyciągnęłam komórkę i przełknęłam ślinę, gdy na ekranie wyświetliło się imię mojego Uber-kierowcy - Mohammed.

Ale. Tych kilka dni w Brukseli pozwoliło mi zobaczyć zupełnie inne miasto. Ciche, spokojne, takie, gdzie możesz odetchnąć pełną piersią. Fakt, widziałam żołnierzy z karabinami, pogrążonych w wesołej rozmowie i pilnie lustrujących przechodzących ludzi. Ostrzegano mnie przed dzielnicami: Gare du Nord, gdzie nocą kwitnie świat dziwek i narkotyków; Molenbeek, arabskiego świata w obrębie dumnej stolicy Europy. Świata, w którym nie warto pokazywać się z białą twarzą. To właśnie w Molenbeek przez pewien czas ukrywali się zamachowcy z Paryża – dopóty dopóki policja nie okrążyła dzielnicy i nie przemaglowała muzułmańskich mieszkań.


Croissant leżący na stole, poddasze

Croissant leżący na stole, poddasze        Belgijska czekolada na witrynie sklepu

Figurka mózgu w laboratoryjnej szafce


A mimo to w Brukseli poczułam się bezpiecznie. Wyciszyłam się, odpoczęłam i nabrałam sił do dalszej pracy. W ciągu tych 5 dni zobaczyłam Brukselę piękną i elegancką, i taką ją zapamiętam. Chłonęłam opowieści, słucham o życiu w małym, belgijskim świecie i podglądałam witryny w poszukiwaniu brukselskich smaków.

A były one naprawdę zacne. Ociekające czekoladą i pachnące słodkimi goframi.


2. Bruksela, do rzeczy


Bruksela, oficjalnie, należy do flamandzkiej części Belgii*. To tutaj mieści się parlament i rząd regionu flamandzkiego.

*Słowem wyjaśnienia, Belgia jest niewielkim państwem (samo Mazowsze ma większą powierzchnię!), które administracyjnie i kulturowo zostało podzielone na trzy części – francuską, flamandzką i niemieckojęzyczną. Podział ten odzwierciedla złożoną strukturę kraju: etnicznie, kulturowo i językowo.

Mogłoby się wydawać, że to język flamandzki powinien grać tutaj pierwsze skrzypce, ale… w związku z ogromnym napływem emigrantów zostaje on stopniowo – krok po kroku - wypierany. Dzisiaj Bruksela jest dwujęzyczna, a większość ludności (nawet do 90%) posługuje się językiem francuskim. Bonjour przeplata się z Merci, a melodyjne słowa rozbrzmiewają w każdym zakamarku miasta. To właśnie w tym języku obsługiwana jest większość sklepów i tutejszych restauracji.


Bruksela, hotel porośnięty bluszczem

Bruksela, hotel porośnięty bluszczem 2        Bruksela, wieżyczka z zegarem

Uliczka Brukseli        Uliczka Brukseli, porośnięta bluszczem

Liście w trybie macro, bokeh


Robi się nieciekawie? Pomyśl. To twój kraj, twoje miasto, w którym się urodziłeś i dorastałeś, marząc i płacząc, gdy ktoś pierwszy raz złamał ci serce. To holenderska mama było słowem, na dźwięk którego rozpłakała się twoja matka. To twój dom, twój język, którym otaczałeś się przez całe życie.

Język, którego dziś prawie nikt nie rozumie. Język, w którym nie możesz dogadać się we własnym mieście.


3. Jeden kraj, wiele twarzy


Nic dziwnego, że większość (szczególnie starszych) mieszkańców flamandzkiej Brukseli pielęgnuje w sobie niechęć do obcych – jest rasistowska i nastawiona antyimigracyjnie. Bo w końcu, jak można lubić ludzi, którzy obdzierają cię z własnej kultury?

Ale. Stosunek do obcych jest kolejnym czynnikiem, który odróżnia grupy ludzi francusko- i flamandzkojęzycznych. Kiedy bonjour’zy otwarcie i z sympatią witają obcokrajowców, goedemorgen’y, alienują się i najchętniej spędzają czas we własnym towarzystwie.

Moi znajomi żyją tam w dwóch, różnych środowiskach. W francuskojęzycznym, w którym rodzi się przyjaźń, a ludzie śmieją się przy belgijskim piwie, nawet wtedy, kiedy nie znając angielskiego, próbują dogadać się z tobą na migi. I w końcu – na flamandzkiej uczelni, gdzie doktoranci rozmawiają po niderlandzku, tworząc zamknięte koło, z którego chcąc nie chcąc, wykluczają anglojęzycznych współpracowników.


Royal Palace of Brussels

Muzeum Instrumentów Muzycznych w Brukseli        Mont des Arts

Brussels Park

Brussels Park 2

Brussels Park 3

4. … najlepiej na bezrobociu?


A jeśli o pracy mowa, dorzucę dwa grosze o bezrobociu, bo wbrew pozorom, to bardzo ciekawa sprawa.

W odróżnieniu od tego, jak bezrobocie wygląda w Polsce, Belgowie mają zupełnie inne podejście do osób poszukujących pracy. Są proaktywni, a co za tym idzie, podejmują aktywności, które mają na celu pomoc i podniesienie kwalifikacji bezrobotnych - organizują szkolenia, asystują w procesie rekrutacyjnym czy przygotowują do rozmów kwalifikacyjnych. Dwoją się i troją, żebyś ty potencjalny pracownik zyskał wymarzoną posadę i odnalazł się na rynku pracy. A przy tym, w czasie całego procesu, nie udzielają świadczeń finansowych. No, przynajmniej do 1 roku.

A zatem. Pieniądze, które de facto mogłyby trafić bezpośrednio do kieszeni bezrobotnego, przez pierwszy rok są przeznaczane na opłacenie mu kursów, szkoleń i podnoszeniu kwalifikacji na rynku pracy. Bezrobotny nie ma żadnych korzyści finansowych z faktu nieposiadania pracy, a jedynie (?) pośrednio dostaje realną szansę na znalezienie zatrudnienia.


Wielki Pałac w Brukseli

Wielki Pałac w Brukseli 2        Czerwone tulipany w Brukseli

Czerwone tulipany w Brukseli 2        Elewacje budynków w Brukseli

Różowe tulipany w Brukseli


A mając pracę w Brukseli, można żyć naprawdę dobrze.

Który system jest lepszy? Kreowanie bierności czy stymulowanie aktywności?


5. Słowo o sikaniu, czyli to, co najlepsze w Brukseli


As z rękawa. Czy wiecie, że symbolem Brukseli jest mały, sikający chłopiec? 

Koło niewielkiej figurki Manneken pis codziennie tłoczy się garstka gapiów – wyciągają aparaty, telefony i usiłują uchwycić nagiego, wesołego chłopca. Być może dopisze im szczęście i zobaczą przebraną sylwetkę dziecka. Jego stroje (ponad 750!) są ofiarowywane przez różne stowarzyszenia, delegacje państwowe i na co dzień przechowywane w Muzeum Miasta Brukseli. Sama postać jest niepozorna, ukryta w gąszczu wąziutkich ulic, ale to legenda, która się za nią kryje nadaje jej sensu i znaczenia dla mieszkańców belgijskiego miasta.




Legend - jak to zwykle bywa – jest kilka, ale dzisiaj przeczytacie tylko jedną wersję, tę, którą usłyszałam tamtego leniwego ranka w Amsterdamie.

Pewnego razu pewien mężczyzna udał się do karczmy, żeby w otoczeniu przyjaciół, przy kuflu piwa odpocząć po ciężkim dniu pracy. Wziął ze sobą małego synka, chłopca o imieniu Juliaanske, któremu szybko zachciało się siku. Dziecko wyszło na zewnątrz, schowało się za budynkiem i tam ściągnęło spodnie. Szczęśliwym trafem chłopiec oddał mocz na palący się lont, na materiały wybuchowe, które zostały podłożone w celu wysadzenia miasta. Tym samym stał się bohaterem - zapobiegł wybuchowi i ocalił miasto przed groźnym najeźdźcą.

Kto by pomyślał, że coś tak trywialnego jak potrzeba siku może kiedyś uratować Brukselę! ;)


Atomium, widok z daleka

Atomium, widok z bliska

Atomium, widok z bliska        Atomium

Atomium 2

Praktyczne. Do Brukseli najtaniej dolecimy Ryanair’em. Za swój bilety z Warszawy do Charleroi i z powrotem zapłaciłam 78 zł (kupiony z czteromiesięcznym wyprzedzeniem).
Z lotniska do centrum Brukseli najłatwiej dojechać oficjalnym shuttle busem Flibco. Ceny biletów zaczynają się już od 5 euro, ale ciężko je upolować. Standardowy bilet kosztuje 14 euro.