Nie odlajkuję cię

Od kilku tygodni obserwuję spadek zaangażowania życiem w blogosferze. Moim własnym, a także tym ze strony osób, do których raz po raz zaglądałam. Postów jest jakby mniej, a coraz więcej blogów, bezczelnie porzuconych, zaczyna oblekać się szaro-burym kurzem. Trochę jeszcze czytam, a trochę nie, łapiąc się na przewijaniu wpisów w poszukiwaniu wyboldowanych, tłustych słów-kluczy.

Czasami zastanawiam się, w czym może tkwić problem. W monotonii i zmęczeniu po-studenckim życiem? W blogowym sukcesie, rozdmuchanym, idealnym życiu, które nigdy nie nadchodzi? Czy w oszustwie, które rządzi dzisiaj blogosferą?


follow za follow | wypalenie blogosferą | follow train


Plastikowe blogi


Zawsze lubiłam świat Instagrama - tablicę pełną inspiracji zamkniętych w kwadratowych kadrach. I nigdy nie lubiłam follow za follow, sztucznego pozyskiwania fanów, którym szczyciły się podejrzane konta. Niestety, szemrane akcje i puste lajki szybko stały się przykrą codziennością Instagrama. Każdego dnia widziałam dziesiątki kont, które obserwowały mnie tylko po to, żeby za chwilę zapomnieć o moich zdjęciach.

Tolerowałam to, bo co mi z botów, które lubiły mnie tylko po to, żebym odkliknęła im follow? Wierzyłam, że są ludzie, prawdziwi ludzi, którzy lubią mnie i moje zdjęcia, a nie to, czy ja też ich odlubię. Długo sama szerzyłam ideę no-follow. Obserwowałam tych, których chciałam, ludzi inspiratorów, którzy dostarczali mi piękne treści. Nie obserwowałam ludzi - znajomych, których wypadało lubić i nie odwdzięczałam się follow za follow.

Boty botami, ale gdy podobną strategię stosują DOBRZY blogerzy, chcę głośno krzyczeć NIE.

Zastanów się, jak działa ten mechanizm.

Dostajesz powiadomienie, że właśnie zaobserwował cię, dajmy na to, twój ulubiony bloger. Rozpiera cię duma, czujesz się ważny, bo KTOŚ taki potrafił docenić twoją pracę. Trochę pod presją, trochę bo też go przecież lubisz jesteś zobowiązany odwzajemnić tę dobroć i, nim się obejrzysz, wpadasz w sidła efektu wzajemności.
Na czym polega reguła wzajemności? To psychologiczny mechanizm, doskonale wykorzystywany w marketingu i sprzedaży. Jeśli ktoś wyświadczy nam przysługę, podaruje nam prezent (nawet mały jak follow na Insta), czujemy się zobowiązani do odwdzięczenia się.

A później wchodzisz na konto ulubionego blogera i z podejrzeniem odczytujesz liczbę osób w rubryczce obserwowani. Kilka tysięcy, kiedy jeszcze wczoraj była blisko setki? Zerkasz za kilka dni, wzrosła o 3 tysiące! Lukasz za tydzień, dwa, miesiąc i trochę ze smutkiem patrzysz, jak liczba wraca do wyjściowego punktu. W tych usuniętych i wywalonych na śmieci byłeś też ty.

A bloger, jak to DOBRY bloger, ma teraz +10 tys. oczek.



Follow train, czyli przepis na sukces?


Ze smutkiem obserwuję w Polsce obsesję follow za follow, ale to, co dzieje się dalej przerosło moje oczekiwania. A żyłabym sobie - spokojna i nieświadoma - gdybym nie podjęła rzuconej rękawicy influencer marketing na rynku UK.

Tam wszyscy followują wszystkich, a gonitwa o followersów przypomina korporacyjny wyścig szczurów. 
Jeszcze 10 obserwatorów, żeby osiągnąć mój cel na czerwiec! 



gonitwa o followersów


Znacie zjawisko follow train, które króluje na niebieskim Twitterze? Wygląda to mniej więcej w ten sposób: skomentuj, zretwittuj i follow’uj wszystkich, którzy lubią ten post. A potem odwdzięcz się za okazaną miłość. Follow trainy są tematyczne, w komentarzu możesz wrzucić bloga, twittera lub profil na Instagramie. 


Blogger Follow Train


Są jeszcze grupy… bo dzisiaj ludzie zrzeszają się, żeby lajkować sobie wzajemnie posty i walczyć z algorytmami, zostawiając pod zdjęciem tysiąc serduszek.

W taki sposób rodzą się dzisiaj blogi, konta +5 tysięcy z oczek z zerowym zaangażowaniem. Ale czemu się dziwić, skoro dzisiaj tym, co najważniejsze są właśnie puste cyferki. Masz 5-tkę? Dostaniesz od firmy szminkę. Dyszkę? Wow, zasłużyłaś na cienie w proszku.



*    *     *


Nie lubię blogosfery, którą rozlicza się w suchych liczbach; w której się oszukuje i sztucznie pompuje swoją publikę; w której ty - czytelnik - jesteś sprowadzony do kolejnego lajka. Masz robić tłum i nie wyrażać kontrowersyjnego zdania.

Ale kto dzisiaj ją jeszcze lubi?

Problem blogosfery jest wielowarstwowy. Jesteśmy zmęczeni życiem online, życiem-iluzją wykreowaną przez piękne social media. Wypalamy się, tworząc kolejne ważne i wartościowe teksty, których nikt już nie czyta. Opowiadamy o swoich wzlotach, płaczemy o błędach, tworząc przezroczyste i neonowe życie. Uzależniamy się od serduszek i ciskamy sprzętem ze złością, widząc działanie algorytmów. Ścigamy się w poszukiwaniu raju - miliona obserwatorów i firm z PR-owymi paczkami.

Męczy nas sztuczność, to, że ktoś lubi i czyta nas tylko po to, by podbić swoje statystyki. / M.

Do poduszki polecam też zerknąć do innych. Zreflektować się i ze smutkiem popatrzyć na płonącą blogosferę.


Kalifornia, historie nieopowiedziane


Historie nieopowiedziane to moja ulubiona seria postów (poza)podróżniczych. Bo w końcu, czym byłaby podróż bez tych drobnych historii, opowiastek, które dopełniają skały i widok na kanion warty miliony dolarów?

Bez przedłużania – zerknijcie niżej; na drugi plan i za kurtynę słonecznej Kalifornii.

 
Joshua Tree National Park


Jak zacząć, to z przytupem

Do San Jose poleciałam przygotowana. Miałam zabookowany pokój na Airbnb i notatki z instrukcją, jak dotrzeć na miejsce. Host polecił nam zgarnąć ubera – nic dziwnego, w końcu mało kto podróżuje tu autobusem. Niech będzie, tylko że… nie przewidziałam, że po wylądowaniu nie podłączę się do Internetu. Trochę na oślep zaczęłam szukać busów; miałam wydrukowane mapki, spisane ulice, to przecież nie mogło być takie trudne. Rozmieniłam pieniądze w lotniskowym kiosku, wsiadłam w shuttle bus i nagle zalała mnie fala ciepła.

Zostawiłam na lotnisku plik kartek, w a nim mapki i notatki z dokładnym adresem hosta. Ba, z narysowaną drogą i kodem dostępu do kluczy. Na wypadek gdyby ktoś chciał się włamać – wszystko napisałam w języku angielskim.


Cholla Cactus Garden
Cholla Cactus Garden
Cholla Cactus Garden 2


Koniec końców, wszystko skończyło się (chyba) dobrze. Dotarłam na miejsce, poinformowałam hosta o przypuszczalnej potrzebie wymiany zamka i dostałam wzorowe 5 gwiazdek na Airbnb.

Jak było nas stać na nocleg w Dolinie Krzemowej? Dzięki Airbnb i kredytom, które zgromadziłam na koncie przez okrągły rok. Muszę przyznać, że uwielbiam program lojalnościowy Airbnb. Polecając portal i oferując zniżkę znajomym, dostajesz dodatkowe środki na kolejne podróże. W tym układzie zyskują dwie strony: twoi znajomi i ty. Po wykorzystaniu zniżki na pierwszy nocleg, możesz polecić serwis dalej i zacząć odkładać na kolejną podróż ;)



zniżna na Airbnb


Ballada o telefonach, czyli co tu się podziało

Wymownym milczeniem pominę to, jak załatwiając amerykański numer, skończyliśmy z nowymi telefonami. Darmowymi telefonami, których nie chcieliśmy i za które uśmiechnięta pani podliczyła nam podatek +$20 sztuka.

Ale, fakt faktem, sam pakiet był fajny - $40 / miesiąc i nielimitowane wszystko (sms, rozmowy, Internet). I, nie zapominajmy, dwa telefony.

Na odchodne dostaliśmy uśmiech nr 2 i naklejkę z numerem telefonu, którą pani starannie nakleiła na opakowanie telefonu. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że to powrocie do domu rozpakowałam nowe cacka i stwierdziłam, że czas wypróbować to darmowe wszystko. Wykręciłam nowy numer Geriego i NIC. W słuchawce usłyszałam komendę „Podaj hasło” i zdębiałam. Geri, zadzwoń do mnie! „Podaj hasło”… co jest grane? Po kilku próbach doszliśmy do wniosku, że wszystko działa tak jak powinno. Z jednym wyjątkiem: nie mogliśmy zadzwonić do siebie nawzajem, a głupi telefon wołał o tajemnicze hasło!

Dwie linie zostały kupione w rodzinnym pakiecie, więc hipoteza, że telefony są w jakiś magiczny sposób połączone nie wydawała się taką głupią myślą.

Spędziłam godzinę na infolinii, próbując dociec, w czym może tkwić problem. Bezradni konsultanci nagminnie trzymali mnie na holdzie i rozłączali, gdy zaproponowane rozwiązanie nie przynosiło żadnego skutku. Zresztą… jesteście ciekawi, jak wygląda typowa rozmowa z Obsługą Klienta w USA?

OK: Proszę podać datę urodzenia.
MT: 2 czerwca…
OK: Oh, niedawno obchodziłaś urodziny!
MT: (konsternacja) Tak… jakiś miesiąc temu?
OK: Haaaappy Birthdaaaay!
-.-

Wiszę na słuchawce, ze zrezygnowaniem wpatruję się w telefony i wtedy PSTRYK! olśniło mnie. Ukochana pani z salonu pomyliła naklejki, mój numer nakleiła na pudełko Gerarda i vice versa. Przez godzinę wstukiwałam własny numer, próbowałam dodzwonić się sama do siebie, a tajemnicze hasło okazało się zwyczajną skrzynką głosową.

Ech, czy takie rzeczy dzieją się tylko mnie?


Dziewczyna w Cholla Cactus Garden


Czerwone buty i to, jak Geri (prawie) został gangsterem

Ale cofnijmy się w czasie do pierwszego dnia w Santa Cruz, kiedy byliśmy jeszcze niewinni i nie myśleliśmy o narkotykach pod mostem przy San Lorenzo River.

Już pierwszego dnia, kiedy z bagażami wędrowaliśmy w kierunku plaży zaczepiła nas jedna z tamtejszych bezdomnych. I nie, nie chciała pieniędzy / jedzenia / dolara na zimne piwo. Mamrotała pod nosem i wskazywała na buty Geriego. „Jesteś z gangu?” zapytała i znów zerknęła na czerwone adidasy. „Lepiej nie noś tych butów”.

Sprawa tajemniczych butów rozwiązała się kilka dni później. Otóż - proszę państwa - w okolicach Santa Cruz ścierają się ze sobą dwa gangi, czerwoni i niebiescy. Jak rozpoznać ich członków? Czerwoni noszą minimum dwa czerwone elementy odzieży i analogicznie, Niebiescy – niebieskie. Kreśląc przyjemną atmosferę Santa Cruz, zacytuję za Urban Dictionary definicję gangów: „dumb motherfuckers who can’t seem to get along. They are gangs: bloods wear red and crips wear blue. They are always killing each other.”

Tak więc… zastanówcie się, zanim jeszcze raz włożycie czerwone buty w Santa Cruz.


Kiedy niebo się pali nad Salton Sea

Pamiętacie scenę z Dinozaura (Disney), w której z nieba spada ogromny meteor? Nigdy nie przypuszczałam, że coś podobnego może mnie spotkać tysiące kilometrów stąd.




W drodze do Salvation Mountain rozbiliśmy się przy Salton Sea. Podłoże było suche, a prowizoryczny kamping z trudem osłaniał nas przed mocnym wiatrem. Siłowaliśmy się z śledziami, kiedy na niebie pojawiła się płonąca kula. Ciężko nazwać to spadającą gwiazdą, jeśli jej rozmiary były setki razy większe. Zamarliśmy całą czwórką, w napięciu śledząc lot ogromnej bryły.

To był Dinozaur, a ja przez chwilę stałam się Suri, małym lemurem, który jak zaczarowany wpatruje się w niebo, nieskłonny do żadnej refleksji ani gwałtownego ruchu.

Czar prysnął, a kula zgasła na niebie. Tej nocy, zamiast spać, wsłuchiwałam się w wycie kojotów i googlowałam o meteorze, który spłonął w atmosferze. Był 23 września 2017, a Internet huczał o końcu świata i asteroidzie Nibiru, która tego dnia miała uderzyć w Ziemię. Czy, chcąc nie chcąc, (prawie) staliśmy się świadkami katastrofalnej przepowiedni?

Ale wiecie, co było w tym wszystkim najgorsze? Że tuż przed pojawieniem się meteoru zdjęłam soczewki i widziałam tylko łunę ognia, rozmazany zarys spadającej kuli.


Salvation Mountain
Salvation Mountain


Telefony raz jeszcze, czyli jak oszukałam system

Co zrobić, jeśli pakiet na nielimitowane wszystko kończy ci się dwa dni przed wyjazdem do Polski, a potrzebujesz Internetu chociażby po to, żeby trafić na lotnisko? Masz dwie opcje:

  • Po bożemu przedłużyć pakiet i zapłacić kolejne $40
  • Zadzwonić na infolinię i zastosować pewną sztuczkę

A skoro byłam już za pan brat z obsługą klienta, jak myślicie – który wariant wybrałam?

Sztuczkę nieoficjalnie zdradziła mi pani w lokalnym oddziale linii MetroPCS. Aby za darmo przedłużyć pakiet, należy… zadzwonić na infolinię i grzecznie o to poprosić. Można napomknąć o chwilowym braku dolarów i że bardzo, ale to bardzo, zależy ci na usłudze. Każdy klient ma prawo do jednorazowego bezpłatnego przedłużenia abonamentu na 24h, pod warunkiem, że będzie kontynuował korzystanie z usługi. A że nikt tego później nie sprawdza, to już inna sprawa.

Swoją drogą, swój pakiet przedłużyłam w tej sposób dwa razy, korzystając z automatycznej sekretarki. Czy chcesz skorzystać z jednorazowego przedłużenia abonamentu? Tak, dwa razy.

Droga w Joshua Tree NP
Joshua Tree National Park
Joshua Tree


Historie nieopowiedziane mają to do siebie, że lubią mnożyć się na pęczki. Mam nadzieję, że pięć, które dzisiaj wybrałam będzie dla was trochę przydatne, a trochę nie. Korzystajcie i strzeżcie się moich błędów ;)

To jak, która historia podobała wam się najbardziej?


*     *     *

Na zdjęciach: Joshua Tree NP
Przeczytaj również: Floryda, historie nieopowiedziane


Skamieniały Las Arizony


Mam wrażenie, że Petrified Forest to jeden z najbardziej niedocenianych parków Arizony. Położony daleko w głąb stanu, 3 godziny na wschód od południowej krawędzi Wielkiego Kanionu jawi się jako niedostępne i nieciekawe miejsce. Bo w końcu… czego można się spodziewać po parku, o którym nie trąbią wszystkie przewodniki? Co można znaleźć pośrodku niczego, daleko od najważniejszych punktów zachodniego wybrzeża USA?

Skalny Las Arizony nie ma wybitych gwiazd na słynnej Walk o Fame; nie ma fok, które wygrzewają się na plaży w San Diego; nie ma Boardwalku, palm i zakręconych kolejek, na których krzyczą dzieci. Ale wiecie? Ma znacznie więcej.


Petrified Forest | Arizona | Blue Mesa


Tego dnia nocowaliśmy w Holbrook, kolejnym mieście na trasie Route 66; niewielkim, typowo westernowym miejscu z klasycznym Saloon i najpiękniejszym wschodem/zachodem słońca. Ten wieczór miał wszystko, czego potrzebowałam. Sportowy bar, Buffalo Wings, zimne delikatne piwo, cynamonową whisky on the rocks i partyjkę przy zielonym, bilardowym stole. To przecież takie proste – uderzyć w białą bilę i odnaleźć dom tysiące kilometrów stąd.

Praktyczne. W Holbrook znaleźliśmy najtańszy nocleg w czasie miesięcznego tripa. Za 4-osobowy pokój w Golden Inn zapłaciliśmy ok. $10 na osobę.

Holbrook to nie tylko droga 66 i dziki zachód; to również sieciówki – a zwłaszcza klasyczna żółto-czerwona śniadaniówka Denny’s. Tak, to właśnie to miejsce, gdzie śniadanie serwuje się 24/dobę, kawę rozdaje się na dolewki, a jajka z bekonem dopycha się słodkim naleśnikiem! Mój naleśnik (a właściwie mała wieża z naleśników) miał truskawki i gęsty krem z białej czekolady. Mniam, aż ślinka cieknie!

Śniadanie w Denny’s i można podbijać świat. A przynajmniej wyruszyć w kierunku Petrified Forest. położonego gdzieś w odmętach Arizony.


Petrified Forest, Painted Desert

Petrified Forest, Blue Mesa

Petrified Forest, dziewczyna na tle skał

Petrified Forest, Blue Mesa

Petrified Forest, Blue Mesa        naleśniki z truskawkami w Denny's


Skamieniały Las. Brzmi intrygująco, prawda?


Nazwa parku pochodzi od skamieniałych drzew, których pełno na terenie rezerwatu. Gdziekolwiek nie spojrzysz, dostrzeżesz porzucone pieńki; szczątki, które z biegiem czasu zamieniły się w błyszczący kamień. Ba, możesz podejść i przejechać dłonią po wyszlifowanym drewnie. Zobaczyć, jak szlachetny kwarc mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Pomyśl. To wprost nie do uwierzenia, że ten pieniek był kiedyś zwyczajnym drzewem, tym samym, które rośnie za twoim oknem i które codziennie mijasz w drodze do pracy.

Warto pamiętać, że wywóz kamieni z parku jest karany wysokimi grzywnami i – co ciekawsze – może sprowadzić na ciebie złe fatum. Chodzą słuchy o ludziach, którzy odsyłają skamieniałe drewno z powrotem do parku, aby odwrócić klątwę, która spadła na nich po wizycie w Petrified. Wierzyć, nie wierzyć? Pech, klątwy, zły urok można wsadzić między bajki, a jednak to właśnie w tym roku Geri poważnie naderwał sobie mięsień, więc… ;)


Petrified Forest, Painted Dessert

Petrified Forest, zmineralizowany pień

Petrified Forest, Blue Mesa        Petrified Forest, Blue Mesa

Petrified Forest, ludzie oglądający pień

Petrified Forest, dziewczyna oglądająca pień


Oprócz skamieniałych drzewek, charakterystyczną cechą Petrified Forest są skały, które jak malowane wyrastają z ziemi, mieniąc się barwami tęczy – od żółci przez pomarańcze po chaber i nieziemski fiolet. Wyobraź sobie, że to tutaj - pomiędzy tymi skałami - przechadzały się kiedyś dinozaury, a cały teren porastała gęsta dżungla. Dzisiaj nie ma już po niej śladu, a na pustyni Petrified znajdziesz co najwyżej groźne, czarne kruki.

To nie żart. Ogromne kruczyska towarzyszyły nam przez cały, choć krótki, pobyt w parku. Przelatywały nad autem, przysiadały z boku i spod oka łypały w szyby. Zamierały w powietrzu, smagane porywistym wiatrem. Strach się bać.

A wiało, że hej. Myślałam, że to w Arches wywiało mnie na wszystkie czasy, ale nie doceniłam mocy Arizony. W momencie, w którym na szlaku Blue Mesa traciłam koncentrację, silny wiatr zwiewał mnie na skały. Ba, wiało tak mocno, że dziewczyny prawie zawróciły z trasy.


Petrified Forest

Petrified Forest, Blue Mesa

Petrified Forest, Blue Mesa

Petrified Forest, Blue Mesa

Petrified Forest, Painted Dessert

Petrified Forest, pomarańczowe skały

 O czym warto pamiętać, wybierając się do Petrified Forest?


  • Park jest otwarty codziennie od 8 do 17, więc warto stosownie zaplanować jego zwiedzanie. W sezonie nie załapiecie się tutaj na zachód słońca (a szkoda, bo zachodzące słońce maluje tę okolicę w złocistych, żółto-pomarańczowych barwach).
  • Do Perified warto zaglądnąć, ale tylko na chwilę. Wizyta w parku zajęła nam dosłownie kilka godzin: autem przemierzyliśmy najważniejsze punkty i zrobili krótkie, 1-milowe trasy. Jak w żadnym parku, tutaj polecam zatrzymać się na film w Visitor Center.
  • Jeśli planujecie odwiedzić kilka parków narodowych, zaopatrzcie się w roczny karnet wstępu America the Beatiful.
  • Nasz pomysł na Petrified? Punkty z widokiem na Painted Desert, lornetki skierowane na Newspaper Rock, Jasper Forest i krótki, półgodzinny szlak Blue Mesa.



Fioletowe skały, diamentowe drewno i podwieszone pod sufitem resztki dinozaurów - tak zapamiętam Petrified Forest. Chwilę później byliśmy już w drodze, mknęliśmy szerokimi pasmami przez Sedonę aż do Phoenix.

Jeszcze kilka dni i – tym razem na dobre – znikniemy z Arizony.


*     *     *


A tych, którzy nie tylko podróżują, a z tylu głowy siedzi im radosna mañana, zapraszam do nowej grupy:


Co tam znajdziecie? Codziennie inspiracje, słówka dnia, przypominajki gramatyczne... i masę innych rzeczy, które przeniosą cię do świata pachnących pomarańczy. A1 czy C1? Nieważne, w grupie każdy znajdzie coś dla siebie ;)

To był maj, pachniały tulipany


Mój maj zaczął się już 26 kwietnia, kiedy wsiadłam w samolot i poleciałam do Brukseli. Pamiętam to dokładnie. Przeciskałam się w warszawskim korku, modląc się w duchu o szybkie połączenie do Modlina. Dojechać do stolicy i spóźnić się na samolot? Ee, takie rzeczy się nie dzieją.


różowe tulipany w Brukseli


# majówka


Planując wypad do Belgii, nie spodziewałam się, że ta majówka będzie taka intensywna! 5-dniowy wypad na północ pozwolił mi się wyciszyć i złapać równowagę, której brakowało mi po 8-godzinnych dniówkach w biurze. Mimo początkowych obaw przypomniałam sobie, jaką frajdę sprawiają mi podróże solo*. Spacerowałam ulicami, wymijając robotników, którzy ze śmiechem ustawiali się do zdjęcia i chwytając muzykę, którą tętniły aleje miasta.

Do Belgii poleciałam sama, ale na miejscu zatrzymałam się u znajomych;
u Błażeja, którego ostatni raz widziałam w lutym zeszłego roku!

W ciągu 5 dni odwiedziłam dwa miasta – Brukselę i piękną Brugię – a w sobotni ranek ni stąd ni zowąd wylądowałam nad kanałem w Amsterdamie. Pogoda mnie nie rozpieszczała, ale gdybym mogła, bez wahania powtórzyłabym ten długi weekend. Do Polski wróciłam zapakowana w czekoladę i zestaw trzech belgijskich piwek.

O moim wyjeździe do Belgii przeczytasz tu:


croissanty w pokoju na poddaszu       pomnik w parku w Brukseli       czerwone tulipany w brukseli       kanały i rowery w amsterdamie       słodkie ciastka w amsterdamie


A dalej? Nie zwalniałam tempa. (Za) krótka wizyta w Natolinie, gdzie na balkonie, z kawą w ręku, obserwowałam Warszawę – leniwe słońce migoczące między wieżowcami i korony drzew, które przepychały się, szukając miejsca między budynkami. Lubię tam wracać, na ten balkon i do niej, na pogaduchy, które ciągną się już od 10 lat.


samolot na lotnisku w charleroi       dziewczyny na balkonie, zdjęcie od góry       dwie miseczki risotto       dekoracja ścienna dla miłośników zwierząt       ulice warszawy


Po powrocie do Rzeszowa wciąż majówkowałam – były lody z Myszki, spacery nad Wisłokiem i drinki pod parasolkami. A wracając do lodów… tylko spójrzcie! Dla tej polewy można pokonać nawet tysiące kilometrów! Prawda, Kasia Ś.?


dziewczyny jedzące lody u myszki w rzeszowie           lody u myszki w rzeszowie         pomnik czynu rewolucyjnego w rzeszowie
  

Ostatni wolny weekend spędziłam w Krakowie, w Café Lisboa na pastel de Belém i truskawkowych margaritach, z którymi świętowaliśmy meksykańskie Cinco de Mayo. Rozpusta rozpustą, ale cel mojej wizyty był jeden – Ola i dogranie szczegółów na wrzesień.

Bo we wrześniu… pakuję plecak i ruszam na zachód – tam, gdzie uwielbiam wracać każdego roku.


pielgrzym na camino de santiago

# camino


9 maja kupiłyśmy bilety i nagle nasza podróż do Hiszpanii stała się bardzo realna. Tego dnia z całą mocą uświadomiłam sobie, że nie mam porządnych butów ani sprzętu, niezbędnego do 10-dniowej wędrówki. Tyle rzeczy trzeba jeszcze załatwić, tyle mądrych słów i porad wyszperać z zakamarków internetów!

Bo we wrześniu… ruszamy na Camino.

Pomysł na Camino pojawił się w mojej głowie już zeszłego roku. Później doszło towarzystwo i wrzesień, bo ten miesiąc wydawał się pasować wszystkim. Zrezygnowałyśmy z Camino del Norte (ścieżki wiodącej wzdłuż północnego wybrzeża Hiszpanii), by postawić na drogę Portugues, od Porto wzdłuż oceanu, aż po słynną katedrę Santiago de Compostela.

Jeszcze tyle przede mną, a ja już kręcę się z podekscytowania i zapuszczam Alvaro:



# seriale


Maj, oprócz podróży, obfitował w seriale.

13 powodów #2

Odpaliłam pierwszy odcinek i zniknęłam na całe trzy dni. Drugi sezon 13 reasons why opowiada historię Hannah z innej strony; z perspektywy osób, których imiona gorzko wybrzmiewają na przeklętych taśmach. Losy bohaterów przeplatają się z procesem, który nieźle namiesza w życiu każdego z nich. Oglądaliście? Już dawno nie kotłowało się we mnie tyle sprzecznych uczuć!




Opowieści podręcznej #2

Opowieści podręcznej #2 to druga część historii June, która rozgrywa się w antyutopijnym świecie, gdzie rola kobiety została sprowadzona do podręcznej macicy dla wysoko postawionych, bezpłodnych komendantów. Kobiety w czerwonych szatach, poniżane i surowo karane za każdy objaw nieposłuszeństwa, skrycie walczą o wolność i ucieczkę z biblijnego raju.




O tych i innych serialach przeczytasz tu:

# kiedy maj się kończy


Uwielbiam ten moment, w którym ostatni majowy dzień gaśnie na horyzoncie, szykując miejsce na energiczny czerwiec. Początek czerwca to dwa nierozerwalne dni, które każdego roku witam z uśmiechem na twarzy.

Tak więc, jest i 1 czerwca, w którym pielęgnuję małe dziecko, które siedzi gdzieś tam wewnątrz mnie. Objadam się Kinder Jajkiem i odkrywam radość, stawiając żółty wagonik na planszy Wsiąść do pociągu.

Jest i 2 czerwca, który już o północy wybija mi urodzinowe dzwonki; dzisiaj – dwadzieścia sześć przeciągłych dźwięków. W ten jeden dzień w roku zakładam koronę i jestem księżniczką. W ten jeden dzień czuję się wyjątkowo, jak nigdy w ciągu całego roku.


cafe lisboa w krakowie           wsiąść do pociągu, planszówka na dzień dziecka           tańcząca dziewczyna na imprezie urodzinowej 


*     *     *

Jak wam minęły majowe dni?
Trzymajcie się ciepło, M.