Zakochać się w autostopie 1

Wrzesień 2013

Nigdy wcześniej nie przyszłoby mi do głowy, że pewnego dnia po prostu spakuję plecak, wyjdę z domu i przesiadając się z auta do auta postawię stopę w Hiszpanii. Ba, mało powiedziane – przemierzę wzdłuż cały Półwysep Iberyjski, by spojrzeć z gibraltarskiej skały na wyłaniające się z chmur szczyty Afryki. Nigdy nie pomyślałabym, że do pokonania ponad 7 tysięcy kilometrów wystarczy tylko szczery uśmiech i odrobina szczęścia. Zwłaszcza, kiedy rzuca się na głęboką wodę i bez krzty doświadczenia, proponuje  Hiszpanię – bo piękna, kulturowo odrębna i z językiem, który powoli zapuszczał korzenie w mojej głowie. Pełna podekscytowania, do kresów świadomości zepchnęłam widmo ścigającego mnie czasu i fakt, że w Hiszpanii stopowanie wlecze się jak krew z nosa. A wszystko zaczęło się od jednego majowego sms-a od K. z propozycją trasy, jeszcze lepiej, bo do Turcji. Z reguły działam spontanicznie i nie dopuszczam do siebie negatywnych myśli ‘co by było gdyby…’, więc autostop? jasne, tak! przygoda życia itd., ale z odrobiną racjonalnego myślenia, może nie od razu do Azji.

Po drodze pojawiło się kilka komplikacji, ale ostatecznie stanęło na wrześniu. Termin wydawał się idealny - dwa ostatnie tygodnie września, po drugich terminach, ciepłe i słoneczne, ale już nie tak upalne, z ilością turystów zmniejszoną o połowę. Plan był jasny – wykorzystać maksymalnie te 14 dni, zobaczyć dużo, spróbować paelli, spać na plaży i wykąpać się w oceanie. Mieliśmy namiot, kartony z markerami i plecaki naładowane słodkimi bułeczkami. Czego więcej nam było trzeba?

autostop | hiszpania | podróż

W poniedziałek z samego rana byliśmy już na trasie. Zaczęliśmy z przytupem i ogromnym szczęściem. Akurat  tego dnia, z Rzeszowa do Gliwic kursował mąż dawnej nauczycielki z liceum, który zgodził się zostawić nas na stacji przed zjazdem z autostrady. Kolejny stop złapał się sam, zanim zdążyłam wrócić z łazienki. Pan, widząc nasze plecaki wystawione na chodnik, podszedł i zaoferował podwózkę. Szło szybko i sprawnie, nawet pomimo wysadzenia nas w pewnym momencie na środku autostrady. Koło południa byliśmy już na niemieckiej granicy, skąd znów szczęśliwie zabrał nas pan kierujący się bezpośrednio do Drezna. W dźwiękach niemieckiej muzyki, K. uciął sobie drzemkę, a ja zostałam poddana nauce rejestracji samochodowych. Jak stopuje się w Niemczech? Szybko, sprawnie i najczęściej na duże odległości, pod warunkiem, że ktoś, nawet mimo najlepszych chęci, nie zwiezie cię nagle z autostrady, nie rozumiejąc o co chodzi z tym całym petrol station. Z jednej strony, wśród natłoku dróg i miliona oznaczeń bardzo łatwo można się zgubić, zwłaszcza będąc takim specem od orientacji jak ja ;) (tak, tak, za mapę szczęśliwie odpowiadał K.) Natomiast, z drugiej, bliskość naszej ojczyzny sprawia, że co krok nawijaliśmy się na polskie rejestracje, a kto pomoże Polakowi na obczyźnie jak nie drugi Polak? Nawet jeśli śpieszy się na spotkanie biznesowe i sam do końca nie wie, dokąd jedzie (phh, ważne , że GPS wie). Ostatnie niemieckie kilometry pokonaliśmy właśnie w ten sposób i wraz z nastaniem nocy znaleźliśmy się rzut beretem od granicy francuskiej. Całkiem nieźle jak na jeden dzień. Myśląc już o odpoczynku, zrobiliśmy ostatnią rundkę po parkingu w Karlsruhe. Szczęście nas nie opuszczało, bo zaraz znaleźliśmy polskiego tirowca, który właśnie odbijał na Francję. Chciał zrobić jeszcze 300 kilometrów i zatrzymać się na nocleg już na francuskiej ziemi. Sen zmorzył mnie na tyłach kabiny, podczas gdy K. zabawiał kierowcę rozmową i nie pozwalał mu zasnąć za kółkiem. Dopiero kolejnego dnia dowiedziałam się, jak niebezpiecznie to wyglądało. Nasz miły pan na chwilę zamknął oczy i otrzeźwił go dopiero błysk flesza z autoradaru. Zaraz zatrzymał ciężarówkę i wysiadł, by porobić parę przysiadów na świeżym powietrzu. Cali i zdrowi dojechaliśmy jednak na parking w Besancon, gdzie cała trójka, smacznie śpiąc, doczekała nowego dnia.  

Wtorek przywitaliśmy, dzięki gościnności pana tirowca, ciepłym śniadaniem i herbatą z miodem. Po pierwszej nocy spędzonej w kabinie ciężarówki, wciąż nie mogłam nadziwić się życiem kierowcy, toczonym w małym pomieszczeniu, które służyło mu za sypialnię, salon i kuchnię jednocześnie. Powoli zostałam wprowadzona w ten dziwny świat, rządzący się swoimi regułami, które i tak łamie się na każdy możliwy sposób. Dowiedziałam się, jak oszukuje się nałożone ograniczenia i jak dużą rozrywkę podczas monotonnej drogi stanowi wyprzedzanie drugiego tira na trasie (co swoją drogą tak bardzo irytuje kierowców osobówek). Na parkingu w Besancon przesiedliśmy się do drugiej, również polskiej, ciężarówki i razem z nią dojechaliśmy pod Lyon. Od tego momentu droga szła już zdecydowanie trudniej i oporniej. Na stacji pierwszy raz natknęliśmy się na innych stopowiczów, którzy utknęli tam na kilka godzin. K. próbował szczęścia, siedząc na barierce i wymachując polską flagą, za co policja szybko sprawdziła go do pionu. Ok, ok, nic nie rozumiemy, nie będziemy już rozpraszać kierowców. Skończyło się małym upomnieniem. Minęło trochę czasu, aż pojawiło się pewne francuskie małżeństwo. Dogadaliśmy się na migi i z ogromnymi uśmiechami na buzi zapakowaliśmy się na tylne siedzenie, bo oto przed nami rysowało się wspólne 300 km. Porozmawiać, nie porozmawialiśmy, pomimo usilnych wysiłków Francuzki. Cóż, nawet jeśli mówiła do nas bardzo powoli i wyraźnie, wciąż nie rozumieliśmy francuskiego ;) Była kochana, po drodze wczuła się w rolę przewodnika i pokazywała dzieciom z Polski wiatraki i elektrownie atomowe. Z przyjemnością obserwowałam rosnący z każdym kilometrem wskaźnik temperatury. Pożegnaliśmy się na dużej stacji przed Montpellier. Tutaj również nie było tak łatwo. Już, już prawie zgodził się nas zabrać Rosjanin z blond czupryną, który jechał do pracy do Barcelony, kiedy jego żona krótkim ‘nie’ ucięła naszą rozmowę. Szczęście znalazło nas gdzie indziej, pod postacią sympatycznego chłopaka z dużym śliniącym się psem. W rytmach reggae ruszyliśmy dalej. K. tonął w ślinie psa na tylnym siedzeniu, a ja słuchałam opowieści o rzuceniu szkoły przez problemy z marihuaną. Chłopak wysadził nas w Perpignan i zostawił swój numer telefonu, na wypadek gdybyśmy potrzebowali pomocy w drodze powrotnej. Zapadła noc, a stacja była niewielka. K. zorientował się, że podział gdzieś swój śpiwór, co zmusiło go do wydania, w tak głupi sposób, pierwszych euro. Jeden z śpiących tirów zaproponował nam podwózkę do Barcelony z samego rana. Tak więc, mając już jakiś plan, zdecydowaliśmy, że zanim rozbijemy namiot, popytamy pojawiających się od czasu do czasu kierowców. A nóż. Byłam już gotowa na prysznic (2 euro) i spanie, gdy na stację zajechał van z zespołem swingowym. Chłopaki śmiali się, że chętnie nas wezmą i wyrzucą gdzieś w drodze do Madrytu, muszą jednak poczekać na decyzję kierowcy. W czasie tej rozmowy podbiegł do nas zwariowany mężczyzna ze słowami, że wraz z koleżanką ruszają właśnie do Barcelony. Pojawił się mały problem – była nas w sumie czwórka, a siedzenia tylko trzy. Polecił nam zapakować się do przodu, a sam, z naszymi bagażami i piątką psów, wgramolił się na pakę vana. To był zdecydowanie jeden z najbardziej zwariowanych autostopów, który mieliśmy doświadczyć w czasie tej podróży. Dziewczyna opowiadała nam, że właśnie przeprowadza się z Barcelony na południe Francji, gdzie dużo łatwiej przyjdzie jej zarobić na życie. Pracuje na ulicy jako, tak zwana, żywa figura. Ma rocznego syna z Polakiem, który, koniec końców, ich porzucił. Dzieliła się wskazówkami, jak sprytnie przyoszczędzić i oszukać system, czy to jeżdżąc pociągiem, metrem czy tak jak w tej chwili, samochodem na autostradzie. Na hasło „nie bójcie się”, na chama przejechała przez barierki na granicy, podczas gdy szlaban odbił się od dachu vana. Stwierdziła, że jest obywatelką Hiszpanii, a francuska policja ma związane ręce, choćby nawet miała zdjęcie z jej numerami rejestracyjnymi. Tej nocy nie dotarliśmy do Barcelony. Zatrzymaliśmy się gdzieś w drodze, by rozbić namioty i odpocząć. Koło drugiej nad ranem obudziło nas światło latarki i nakaz wylegitymowania się. Z naszymi dokumentami było wszystko w porządku, więc wróciliśmy do namiotu. Rankiem okazało się, że nasz nowy przyjaciel, Carlos, wypuścił nocą na zewnątrz psy, które rozbiegły się we wszystkich kierunkach. Pobliscy mieszkańcy, zaniepokojeni faktem pojawienia się znikąd zgrai zwierząt, zaalarmowali policję. Cisnąc się we trójkę na dwóch siedzeniach z Carlosem, który przygotowywał nam mapę Barcelony, przed południem dotarliśmy w końcu do miasta.

2900 km, 2 + kawałek dnia, 16 stopów

Barcelona, Barcelona. Katalońska stolica Gaudiego. Ulubione miasto autostopowiczów. W tamtej chwili do pełni szczęścia brakowało mi tylko gorącego piasku i szumu morskich fal. Rozbiliśmy się na plaży na uboczu miasta. Słoneczko oplatało nas swoimi promieniami, a ja wciąż nie mogłam uwierzyć, że TU jestem, że to dopiero początek, chociaż tak dużo było już za nami. Klasyczna kąpiel pod plażowym prysznicem i byliśmy gotowi ruszyć w miasto. Jak przystało na fankę Gaudiego, w planie naszej wycieczki musiałam zawrzeć Sagradę Familię i bezapelacyjnie Park Guell. Sagradę, wciąż niedokończoną bazylikę, obejrzeliśmy tylko z zewnątrz. Jej wnętrze, pozostawione naszej wyobraźni, musi zniewalać z nóg. Ktoś powiedział mi kiedyś, że zostałby gorliwym katolikiem, gdyby tylko mógł spędzać każdą mszę św. w murach Sagrady Familii. Do Parku Guell, położonego na wzniesieniu w północno-centralnej części miasta, dotarliśmy autobusem. Po odrzuceniu głupiego pomysłu K., żeby zostawić nasze plecaki w jednym z polskich autokarów (zbierającym ludzi i odjeżdżającym za niecałą godzinę!), wkroczyliśmy w ten magiczny świat. Coś, co kiedyś miało być osiedlem dla bogatej burżuazji, dziś stanowi jeden z najpiękniejszych parków miejskich w Europie. Falujące formy obsypane migoczącymi kamieniami, niby królewskie fortyfikacje, uroczy domek, niegdyś zamieszkiwany przez samego Gaudiego oraz słynny symbol parku – ogromna salamandra przy schodach prowadzących do głównego pawilonu. Na szczycie ogrodu, podziwiając widok na całą Barcelonę, zarządziliśmy krótką sjestę. Było tak bardzo warto wgramolić się tu z całym dobytkiem na plecach. K. próbował namówić mnie na wizytę w Camp Nou. Okej, od czasu do czasu lubię zobaczyć FC Barcelonę, ale w życiu nie wydam 17 euro, żeby zobaczyć zieloną murawę i puste trybuny. Broniłam się argumentem, że wolałabym zapłacić trzy razy więcej, ale chociaż obejrzeć mecz z prawdziwego zdarzenia. Miałam wielkie szczęście wypowiadając te słowa, bo właśnie tego dnia, tego jedynego dnia w Barcelonie!, miało miejsce spotkanie Ligi Mistrzów. FC Barcelona grała przeciwko Ajax Amsterdam. Zdaliśmy sobie sprawę z tego faktu późnym popołudniem na La Rambla, zewsząd otoczeni niebiesko-czerwonymi barwami. I tak oto, niezwykłym zrządzeniem losu, mała M. znalazła się na stadionie (i to gdzie!), by przeżyć swój pierwszy mecz (i to jaki!) na żywo. Miejsc (wysoko, za jedną z bramek) nie mieliśmy rewelacyjnych, ale atmosfera wypełnionego po brzegi Camp Nou jest nie do opisania. Barcelona z Messim na czele rozgromiła przeciwnika 4-0, a wrażeniom tego dnia nie było końca. Po meczu, dotarłszy na dworzec Barcelona Nord, gdzie zostawiliśmy wcześniej plecaki, odbiliśmy się od zamkniętych drzwi. Zostaliśmy sami w obcym mieście z kilkoma podręcznymi rzeczami przy boku – żadnego namiotu, żadnego śpiwora, żadnej cieplejszej odzieży do narzucenia. Nie wyglądało to dobrze, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt dopiero co przebytej ponad 50-godzinnej podróży. No, ale co, głowa do góry – do 4 nad ranem jakoś przeżyjemy. Zaopatrzeni w Pringelsy i nielegalnie kupioną sangrię, spacerowaliśmy po wyludnionej o tej porze La Rambli, docierając aż do portu. Dlaczego nielegalnie? W Hiszpanii panuje dziwny zakaz sprzedaży alkoholu po, bodajże, godzinie 22. Kupione napoje musieliśmy szybko chować i najlepiej jak najszybciej wynieść się ze sklepu. Alternatywną stają się w tym wypadku chińczyki i ciemnoskórzy panowie sprzedający piwo na ulicy.

Sagrada Familia

Park Guell




Sjesta time!



Camp Nou




Barcelona zawsze będzie mnie napełniać miłymi wspomnieniami, mimo że tak naprawdę ledwie zdołaliśmy jej liznąć. Miałam plan wrócić tam z początkiem roku. Znalazłam już nawet couchsurferkę, która chciała zaopiekować się mną podczas tych kilku dni. Niestety zdrowie nie dopisało. Plany pokrzyżowała mi okropna reakcja alergiczna, która skutecznie zniszczyła mi ostatni miesiąc Erasmusa.
Z nastaniem nowego dnia byliśmy już zwarci i gotowi do dalszej drogi. Podróż do Barcelony poszła nam zdecydowanie za gładko, co odbiło się przy kolejnych próbach wydostania się z miasta. Ciężko dokładnie powiedzieć, ile czasu spędziliśmy na wylotówce - wystarczająco długo, by dwa razy zmienić miejsce łapania stopa, by w desperacji myśleć o porzuceniu Hiszpanii i obraniu kierunku na południową Francję. Nie pocieszał fakt, że ktoś zatrzymywał się, kiwał głową, że stoimy w idealnym miejscu i odjeżdżał, a gdy w końcu zdecydował się nad nami ulitować, nie zapomniał dorzucić od siebie kilku groszy, że przecież autostop jest nielegalny (?) i bardzo niebezpieczny. Notorycznie zjeżdżaliśmy z autostrady lub byliśmy wysadzani w środku miasta, w którym wcale nie chcieliśmy się znaleźć. Dodatkowym problemem, który w ogóle nie przyszło nam wziąć pod uwagę, okazały się hiszpańskie drogi ekspresowe biegnące równolegle do autostrady. W końcu po co płacić za autostradę, jeżeli tuż obok leży droga, którą równie szybko, a przy tym bezpłatnie, dojedziesz do swojego celu? Ich niewątpliwych plusem jest mnogość rozgałęzień… W Tarragonie uratował nas mężczyzna w średnim wieku. Specjalnie po to, by wywieźć nas na stację na autostradzie, nadrobił 40 km w drugą stronę. Ok, już było dobrze, znów byliśmy we właściwym miejscu. Dalej, z możliwością bezpośredniego kontaktu z kierowcą, poszło już jak z płatka. Podejdziesz z mapą w ręce, uśmiechniesz się, powiesz kilka słów, i nawet osoby, które nigdy wcześniej tego nie robiły, pozwolą Ci zapakować się z bagażami na tylne siedzenie. Tu znów francuskie małżeństwo, tam biznesmen w porządnym aucie. Do Walencji wjechaliśmy w środku nocy; kamień z serca.

350 km, ok. 14 godz., 5 stopów 

Pobyt w Walencji stał się dla mnie kluczowym momentem podróży, bo właśnie tutaj, dokładnie rok później, zdecydowałam się spędzić mojego Erasmusa. I pomyśleć, że wystarczył jeden dzień, a właściwie jedna chwila, bym wiedziała, że chcę znów poczuć magię tego miejsca. Zawsze mówię, że nie jest to miasto turystyczne. Nie ma tutaj, oprócz przypadków, które mogę zliczyć na palcach jednej ręki, miejsc, który zbijają Cię z nóg. A jednak coś sprawia, że co roku zjeżdża tu tak wiele osób, że wiele ludzi porzuca swoje rodzinne strony i wynajmuje mieszkanie przy Blasco Ibañez. Walencja niewątpliwie czaruje. Może to ten klimat miasta, może śródziemnomorska pogoda, szeroka plaża, a może urok Ciudad de las artes y las ciencias. Ja, swoją magiczną chwilę, przeżyłam otoczona morskimi falami. Promienie słońca padały mi na twarz, a ja wirowałam w ciepłym morzu, tak ciepłym, że już więcej nie chcesz wracać na stały ląd. I właśnie wtedy, tak zwyczajnie, poczułam, że to jest MOJE miejsce na Ziemi.

W Walencji odhaczyłam jeden punkt z listy to do before I die – spanie na plaży. Tak mało, a cieszy. Znalezienie miejsca na rozbicie namiotu nie należało do najłatwiejszych rzeczy. Walencka plaża jest, co prawda, bardzo szeroka, ale zaraz przy niej znajduje się dobrze oświetlona promenada. Nocą, szczególnie w sezonie letnim, przewalają się tam duże grupki ludzi. Malva Rosa – idealne miejsce na spotkania towarzyskie i botellón przed zniknięciem w bramie pobliskiej dyskoteki. Pojawia się też kwestia wątpliwego bezpieczeństwa, bo, jak dowiedziałam się później, rejony portu i plaży plasują się wysoko pod względem złodziejstwa. Namiot rozstawiliśmy w cieniu, niejako schowani za budynkiem z czerwonym krzyżem. Byliśmy tak dobrze ukryci, że punktualnie o 9 obudzili nas panowie w mundurach. Pomarudzili, polecili złożyć namiot i zostawili nas w spokoju. Tak właśnie działa hiszpańska policja ;) Obowiązkowa kąpiel w morzu, plażowy prysznic i przy drobnej pomocy mieszkańców trafiliśmy do Ciudad de las artes y las ciencias – sztandarowego punktu miasta. Ciudad, zaprojektowane przez genialnego Calatravę, stanowi modernistyczny kompleks położony na terenie Ogrodów Turii okalających Stare Miasto. Nowoczesne budynki, porozdzielane płytkimi basenami z lazurową wodą, zachwycą niejednego. Znajdziemy tam interaktywne Muzeum Nauki i Techniki, planetarium – kino IMAX, największe oceanarium w Europie i Umbracle, za dnia stanowiące tropikalny ogród, a nocą przeobrażające się w tandem i jedną z największych dyskotek Walencji. Erasmusowe nocne Umbracle – migoczące na różowo architektoniczne cudo – zakorzeniło się głęboko w moim sercu. Tego dnia ograniczyliśmy się do spaceru i namiętnego fotografowania wysokich budynków. Zbliżała się pora obiadu, a nam zaczynało burczeć w brzuszkach. Pierwsze skojarzenie – oczywiście paella valenciana, w poszukiwaniu której dotarliśmy do centrum miasta. Paella jest typową potrawą hiszpańską: obsypany szafranem ryż, mięso z królika (bądź kurczaka), zielone szparagi i fasola jaś. Istnieje również w wersji z owocami morza (marisco) i mieszana (mixta). Palce lizać. Z hiszpańskiego doświadczenia wiem, że najlepszą paellę je się, nie w samej Walencji, a na obrzeżach miasta – w małych wioskach. Jej cena waha się w granicach 8-10 euro, ale TAKI ryż choć raz w życiu trzeba spróbować. Fajną i ekonomiczną opcją jest zamówienie serwowanego w porze lunchu Menu del día. Zapłacimy wtedy 10 euro za dwa główne dania, deser, kawę i napój +  chleb gratis, który Hiszpanie jedzą praktycznie ze wszystkim. Dogodziliśmy swoim podniebieniom i ruszyliśmy na obchód starej części Walencji. Udało nam się zgubić wśród wąskich uliczek, aż w końcu wyszliśmy na główny plac, Plaza de la Virgen, zwieńczony fontanną i piękną katedrą Seu. 

Valencia

Ciudad de las artes y las ciencias






Plaza de la Reina


Plaza de la Virgen

Paella valenciana

Popołudniem łapaliśmy już stopa na wylotówce. Mieliśmy odważny plan znalezienia się jeszcze przed zapadnięciem nocy w Córdobie bądź Murcii. Plany, o dziwo!, patrząc na tempo wydostawania się z miasta, musiały ulec zmianie. Po dobrej chwili na stację zajechał samochód z przyczepką, a w nim drobny staruszek. Starsi ludzie zwykle traktują z autostopowiczów z wyraźnym dystansem, a tu czekała na nas tak miła niespodzianka. Wciąż zaliczam tę podróż do kategorii zdecydowanie  najprzyjemniejszych stopów. Całą drogę usilnie konwersowaliśmy, co właściwie wyglądało tak, że pan dużo mówił, a ja w odpowiednie miejsce wrzucałam jedno zdanie, kiedy wreszcie udało mi się coś zrozumieć. Mojemu językowi, po zaledwie roku nauki, dużo brakowało do perfekcji. Dość, że po kilku dniach na blaszkę miałam obkute kwestie „Dokąd Pan/Pani jedzie?” i „Czy nie zabrałby Pan/Pani może dwójki autostopowiczów?” ;) Ale co jak co, było zabawnie. Nasz kierowca okazał się nauczycielem i połowę drogi uczył mnie poprawnej wymowy w różnych akcentach. Smutno mu było, że już nas żegna i gdyby się nie śpieszył, chętnie zostałby na jedną kawę. Na do widzenia podarował nam mały krzaczek mięty, który wiózł na swojej przyczepie. Dwa stopy więcej i byliśmy już pod Alicante. Zdążyło się porządnie ściemnić, a daleko nie zajechaliśmy. I wtedy zdarzył się mały cud. Dopadła nas szalona kobieta, która, zanim zdążyliśmy otworzyć buzię, rzuciła krótkie „Dokąd was zawieść?” – ulubiony samołapiący się autostop. Nasza wybawicielka jechała prosto do stolicy Andaluzji – Sewilli. Krótka chwila zastanowienia i już wiedzieliśmy, że nie zostawimy jej aż do samego rana.
           
760 km, 12 godz., 4 stopy                               

*



Dotykam twoich ust, palcem dotykam brzegu twoich ust, rysuję je tak, jakby wychodziły spod mojej ręki, jakby po raz pierwszy twoje usta miały się otworzyć, i wystarczy, bym zamknął oczy, aby zmazać to wszystko i zacząć od nowa; za każdym razem tworzę usta, których pragnę, usta wybrane pośród wszystkich, w absolutnej wolności przeze mnie wybrane, aby moja ręka narysowała je na twojej twarzy, a które przez niezrozumiały dla mnie przypadek dokładnie odpowiadają twoim ustom, uśmiechającym się pod moimi palcami.

Patrzysz na mnie, patrzysz na mnie z bliska, jeszcze bardziej z bliska, oczy powiększają się, zbliżają do siebie, nakładają jedno na drugie, cyklopi patrzą sobie w oczy łącząc oddechy, usta odnajdują się i łagodnie walczą gryząc się w wargi, leciutko opierając języki o zęby, igrają wśród tego terenu, gdzie przelewa się tam i z powrotem powietrze, pachnące starymi perfumami i ciszą. Wtedy moje ręce zanurzają się w twoich włosach, pieszczą powoli głąb twych włosów, podczas gdy całujemy się, jakbyśmy mieli usta pełne kwiatów czy też ryb o szybkich ruchach, o świeżym zapachu.

I jeżeli całujemy się aż do bólu - jest to słodycz, a jeżeli dusimy się w krótkim, gwałtownym, wspólnie schwyconym oddechu - ta sekundowa śmierć jest piękna.

Jedna tylko jest ślina, jeden zapach dojrzałego owocu, kiedy czuję, jak drżysz koło mnie niby księżyc odbijający się w wodzie.

J. Cortazar "Rayuela"





One time in Madrid

Październik 2014

Słońce powoli wspinało się po widnokręgu, a my już czekałyśmy przy Plaza de toros na chłopaka z blabla, który miał podrzucić nas do stolicy. Skoro spędzałyśmy tutaj, w Walencji, pięć miesięcy naszego życia, nie mogłyśmy przegapić takiej okazji i nie odwiedzić jednego z najważniejszych miast Hiszpanii. Zwłaszcza teraz, gdy Adán, z którym Kinga zaprzyjaźniła się jeszcze w Polsce, oferował nam dach nad głową, dwie miękkie kanapy i siebie w roli przewodnika. W Madrycie po raz pierwszy udało mi się postawić swoją stopę 5 lat temu podczas wycieczki z liceum organizowanej przez L. Przywiozłam z niego pakunek dobrych wspomnień. Co prawda, samo miasto nie wzbudziło we mnie wówczas wielkiego zachwytu, ale jego okolice – Toledo (!!!), Eskorial i Segowia, już tak. Być może ma to dużo do czynienia z faktem, że generalnie nie lubię dużych stolic. Nie lubię miejsc, gdzie życie zbyt szybko ucieka nam przez palce, a ludzie przepychają się miedzy sobą na ulicach. Nie lubię miejsc, które przytłaczają i w dobitny sposób uświadamiają Ci, że jesteś tylko nic nieznaczącym małym człowieczkiem, małą anonimową mrówką. Tak więc, ani Madryt,  Lizbona,  Paryż, ani polska Warszawa nigdy nie znalazły dla siebie miejsca w moim sercu. Niemniej jednak, trochę już bardziej dojrzała i świadoma swoich ocen, dałam Madrytowi kolejną szansę, białą kartę, by znów spróbował otoczyć mnie swoim czarem.

Do Madrytu dotarłyśmy koło południa za pośrednictwem blablacar.es. Jest to jeden z tańszych i zdecydowanie najbardziej przyjemnych sposobów podróżowania w Hiszpanii. Wypróbowałam tu, do wyboru, do koloru, autobus/pociąg/rower/samolot/autostop, więc wiem o czym mówię. Z tego co się orientuję, choć w Polsce również istnieją usługi tego typu, carpooling zdecydowanie nie jest tak popularny jak na Półwyspie Iberyjskim. Przynajmniej dopóki ktoś mądry nie postanowi go opodatkować ;)

Adán zgarnął nas ze stacji. Po miłym przywitaniu, zabrał nasz bagaż i skierowaliśmy się w stronę centrum. Opisywał nam najważniejsze budynki, które mijaliśmy po drodze. Wczuł się w rolę prawdziwego przewodnika – tu trochę historii, tu jakaś anegdotka. Fascynował się Madrytem, mimo że sercem wciąż był przy swoim rodzinnym mieście, Saragossie. Przed moimi oczami przesuwały się znajome obrazy i zanim się obejrzałam stałam znów na Puerta del Sol – głównym madryckim placu. Właściwie nie znajduje się tam nic specjalnego, klasyczna figura niedźwiedzia sięgającego po owoce na drzewie poziomkowym, którą znajdziemy również na herbie miasta, oraz słynny „punkt zero”, od którego mierzy się wszystkie odległości w Madrycie. Duże wrażenie robią modernistycznie zabudowane wejścia do metro. To tutaj, na tym placu, w jedną z najgłośniejszych nocy sylwestrowych gromadzi się tłok ludzi, by połknąć 12 winogron, po jednym na każde uderzenie zegara. Wchodząc w głąb miasta, znaleźliśmy knajpkę o przyjaznych cenach, gdzie jak gorąco polecał nam Adán, koniecznie musiałyśmy spróbować kanapek z kalmarami (bocadillos con calamares) z ostrym pomarańczowym sosem (salsa brava) . Zaraz obok znajdowała się Plaza Mayor, tego dnia nieco rozkopana, otoczona przeróżnego typu kawiarniami i słynny posąg Filipa III. Co dziwne, w jednej z tamtejszych restauracji kelner nie zgodził się podać nam samej kawy. Pora obiadowa, to przecież można tylko jeść! Wróciliśmy na Sol, w samą porę, by złapać metro i odjechać do mieszkania Adana.     


Madrid
Puerta del Sol




Tapas | Kalmary| Kanapki z kalmarami
Bocadillos con calamares

Plaza Mayor



Chwila na złapanie oddechu, odświeżenie się i już byliśmy z powrotem na mieście. Co jak co, ale w ciągu tych trzech dni chciałyśmy maksymalnie docisnąć każdą minutę. Do ogrodów Parque de Retiro dotarłyśmy wraz z zachodem słońca. Raz, dwa, i zrobiło się zupełnie ciemno. Jest to jedna z niewielu rzeczy, które tak dobrze zapadły mi w pamięć po pierwszej wizycie w Madrycie – że niebo gaśnie tu i rozjaśnia się w mgnieniu oka. Rozświetlone Retiro to, moim zdaniem, jedno z najpiękniejszych miejsc na wieczorne spotkanie w stolicy. Przebywaliśmy głównie w okolicy prostokątnego stawu i półkolistej kolumnady. Po drugiej stronie parku leży Kryształowy Pałac, bardzo ciekawy zabytek, którego niestety plan zwiedzania Adana nie obejmował L W powrotnej drodze na Sol, przystanęliśmy przy la, la, la, Puerta de Alcalá na „foto tiempo”. Madryt nocą to zupełnie inny Madryt, roziskrzony, błyszczący i głośny.  Szczególnie piątkową nocą, kiedy nie idzie przecisnąć się wśród ludzi zgromadzonych na Puerta del Sol. Skręciliśmy w boczne uliczki, by znaleźć coś do jedzenia. Oczywiście co? Słodyyycze! I z dos cervezas con lemón, por favor zakończyliśmy pierwszy madrycki dzień.

Kolejny dzień zapowiadał się bardzo intensywnie. Naładowani energią z porannej kawy , już o 10 byliśmy gotowi, by zdobywać świat. Tuż niedaleko mieszkania Adana wznoszą się dwie chylące się ku sobie bliźniacze wieże (114 m!), Puerta de Europa. Znajdujące się obecnie na nich banery skorumpowanych banków odbierają im wiele uroku i tego „wow”. Popatrzyliśmy, podumali i znów skierowaliśmy się do metro. Następny przystanek – Plaza de España nie zachwyciła. Być może patrzyłam na nią przez pryzmat tego, co już widziałam, ale jedyna Plaza de España istnieje dla mnie w Sewilli. Nad naszymi głowami wznosił się Edificio de España, potężny wieżowiec o 26 piętrach. W chwili budowy w 1948 r. piastował miano najwyższego budynku w Madrycie. Po przeciwnej stronie znaleźliśmy fontanny i mały stawik uwieńczony pomnikiem Cervantesa i wykreowanej przez niego słynnej postaci Don Kichota. Jakimi byłybyśmy filolożkami, jeśli nie wygrzebałybyśmy się na piedestał i nie pstryknęły tu zdjęcia? Z Don Kichotem próbowałam zmierzyć się kilka razy, w końcu klasyka to klasyka. Zawsze jednak kończyło się na tym samym. Nie wiem, czy bardziej przerażał mnie rozmiar opasłego tomiska, czy raczej odrzucały dziwnie „komiczne” przygody bohaterów, którzy przykładowo w jednym rozdziale wymiotują na siebie nawzajem. Cóż… Kilka kroków dalej położona jest Świątynia Debod, element tak wyróżniający się na tle pozostałych zabytków miasta. Dopiero niecały miesiąc temu z usta Niemca Timo poznałam jej historię. Tempo de Debod została ofiarowana Hiszpanii w XX wieku przez rząd Egipski jako prezent za pomoc europejskiego państwa przy ocaleniu świątyń nad Nilem. Odbudowaną ją  na skarpie w Parque de la Montaña, skąd rozciąga się widok na dużą część miasta. W środku świątyni można odnaleźć różne sale poświęcone kultowi egipskich bogów, Izydzie i Amonowi. Warto zajrzeć tam nie tylko za dnia, ale również i nocą, kiedy zostaje pięknie podświetlona. Niewiele brakowało, a wrócilibyśmy tam tego wieczoru w zupełnie innym celu ;) 

Puerta de Alcalá

Madrid



Edificio de España


Tempo de Debod


W końcu stanęliśmy przed barokowym gmachem Pałacu Królewskiego, który niewątpliwie stanowił ważny punkt, must see, naszej wycieczki. Pałac, wybudowany w XVIII w. przez Filipa V, jest oficjalną rezydencją króla Hiszpanii, choć dużo łatwiej spotkać tam rzesze turystów niż samego władcę. Za wejście na wewnętrzny dziedziniec otoczony loggia zapłaciliśmy 5 euro. W cenę wliczony był również wstęp do pałacu i do poszczególnych komnat zamienionych na kształt niby muzeum. Choć oczywiście wszędzie obowiązywał zakaz używania aparatów, nie przeszkodziło nam to zrobić kilku nielegalnych zdjęć w sali tronowej. Mnie, jak zwykle w takich miejscach, najbardziej oczarowały kryształowe żyrandole wiszące tuż nad naszymi głowami. Kiedy byłam tu po raz pierwszy, w odbiorze miejsca przeszkadzały przemieszczające się tu i tam dźwigi. Tego dnia wszystko było tak, jak powinno. Po wizycie w pałacu postanowiliśmy wrócić jeszcze raz do Retiro, by tym razem popodziwiać park w pełnej okazałości. Zresztą, jaka pora jest lepsza do zrobienia dobrych zdjęć, niż środek dnia z wysoko górującym słońcem? Po stawie przesuwały się niebieskie łódki, a my cieszyliśmy się piękną pogodą, spacerując dookoła. Ostatnio, podczas Tygodnia Kina Hiszpańskiego, uśmiechnęłam się sama do siebie, widząc bohaterów w owej typowej łódce na jednej ze scen „10 000 nocy”. Nawiasem mówiąc, chyba nigdy nie polubię hiszpańskiej kinematografii.

Tego popołudnia w Madrycie miały miejsce Gran Derbi, mecz między FC Barceloną a Realem Madrid. Gdziekolwiek spojrzeć, migotały piłkarskie koszulki i czarno-pomarańczowe szaliki. Każdy pub zapełniony był po brzegi fanami wpatrzonymi z uwagą w telewizor i ściskającymi kufel piwa w wolnej ręce. Nawet Adán zostawił nas same, by na spokojnie obejrzeć mecz w swoim mieszkaniu. W międzyczasie spotkałyśmy się ze znajomym Kingi, który przebywał tam na Erasmusie i Meksykankami, Amalią i Fernandą, które zbiegiem okoliczności również spędzały ten weekend w stolicy. Trafiłyśmy do bardzo studenckiego baru z kubełkiem pięciu 0,3 za 5 euro, gdzie już po meczu odnalazł nas Adán. W tak przyjemnej atmosferze, rozmawiając i przekrzykując się, minął nam wieczór. Dziewczyny proponowały, żebyśmy razem z nimi przenieśli się na botellón do Tempo de Debod. Z myślą, że dołączymy do nich później, w pobliskim sklepie kupiliśmy sangrię i w poszukiwaniu ustronnego miejsca, oddaliliśmy się nieco od centrum. Wybrane przez nas miejsce okazało się niestety mało ustronne i naszą wesołą zabawę przypłaciliśmy mandatem. Mandatem, a raczej jak stwierdził pan policjant, pamiątkowym świstkiem … na dobrą kwotę ok. 300 euro od osoby. Nasze dane spisywał z kart ESN, sam przyznając, że szansa, aby ktokolwiek się nami zainteresował jest równa zeru. Komu się przecież będzie chciało ruszyć tyłek i szukać osób z zagranicy? Tym oto sposobem zostałyśmy polskimi chuliganami J Sangrię dokończyłyśmy w drodze powrotnej i z McFlurrami w brzuszkach uznałyśmy, że jak na jeden dzień wrażeń wystarczy nam aż nadto. No te duermas, Adán!

Niedziela uciekła nam, zanim się obejrzałyśmy. Rano zahaczyliśmy o rasto, największy uliczny pchli targ w Madrycie. Czego tam nie było, na czele oczywiście z masą ludzi. Nasze zakupy ograniczyłyśmy do używanych i przede wszystkim bardzo tanich książek. W moim posiadaniu znalazła się biografia Corteza, hiszpańskiego konkwistadora – zdobywcy Meksyku. Zdążyłam przeczytać z niej zaledwie kilka pierwszych stron, bo, koniec końców, na odjezdne podarowałam ją Benoit  ze względu na limit nadawanego bagażu, który i tak, jak okazało się później na lotnisku,  przekroczyłam. Kinga z Adanem zdążyli skoczyć jeszcze do Prado (dla studentów gratis), podczas gdy ja wygrzewałam się na murku przed wejściem do muzeum. Zarówno Prado, jak i Muzeum Królowej Zofii odwiedziłam już przed pięcioma laty. Wciąż doskonale pamiętam ogromną Guernicę Picasso i zwłaszcza dla niej, z wielką chęcią zaglądnęłabym do Królowej Zofii drugi raz. Przed odjazdem do Walencji wróciliśmy do naleśnikarni, by w tak przepyszny sposób pożegnać się z Madrytem.

Madryt jest niewątpliwie pięknym miastem, przyznaję bez bicia. Jednak wciąż uparcie stoję przy swoim i stwierdzam, że TAK, można spędzić w nim kilka cudownych chwil, ale zdecydowanie NIE, nigdy nie zdecydowałabym się w nim mieszkać i żyć.

Palacio Real




Parque de Retiro