Tierra roja de Aragón

Grudzień, 2014

Co można robić na Erasmusie w Hiszpanii poza wiecznym imprezowaniem, piciem sangrii i podjadaniem tapas? Odpowiedź jest jedna: podróżować. Opcji jest kilka zależnie od euro w kieszeni i zamysłu, jak zrealizować wyprawę. Fajnym i ostatnio coraz bardziej popularnym sposobem na wydanie stosunkowo niewiele i zobaczenie stosunkowo dużo jest wypożyczenie samochodu (szczególnie opłacalne, gdy wypełnimy go znajomymi po brzegi). Mojej podróży na własną rękę poświęciłam już sporo miejsca (tu, tu i tu). Nie dla wszystkich jednak samotne wojaże i couch’owe przygody, dlatego dzisiaj chciałam poświęcić chwilę czemuś zupełnie odmiennemu – wycieczce zorganizowanej. Przynajmniej w Walencji istnieje kilka nieźle prosperujących organizacji, do których już na wstępie warto dołączyć. ESN żadnemu Erasmusowi nie trzeba przedstawiać, warto natomiast rozejrzeć się również po lokalnych alternatywach. O ile Erasmus Vip porządnie rozczarował, przy Happy Erasmus muszę postawić dużego plusa. Z ich ofert skorzystałam dwa razy, raz – jadąc na czterodniowy wyjazd do Portugalii i dwa – decydując się na krótką, jednodniową wycieczkę wgłąb Hiszpanii. Z obu wróciłam zadowolona i mocno usatysfakcjonowana. Czasami warto po prostu przyjść, zapisać się i powierzyć w czyjeś ręce, zamiast ze wszystkim miotać się samemu. Na wypad do Aragonii namówiła mnie Katja. Koszt? 20 euro – całkiem nieźle jak za pełne 12 godzin uśmiechu na buzi.

Gdy myślę o Aragonii, widzę migającą za szybą czerwoną ziemię, rozciągające się pasma pomarańczowego gruntu. Kolejny dowód na to, że ten kraj, pełen ścierających się kontrastów, nigdy  nie nudzi. Wjeżdżając do Aragón, miałam wrażenie, że znalazłam się w zupełnie innym miejscu – niby meksykańskiej ziemi strzaskanej upalnym słońcem. Podłoże paliło, podczas gdy my wspinaliśmy się coraz bardziej w górę. Uprzedzono nas, żeby zaopatrzyć się w ciepły szalik i rękawiczki. Grudniowe 5 stopni przy walenckich 15 nie zachęcało, a zanim się obejrzeliśmy, byliśmy już wysoko w hiszpańskich górach. Kto by pomyślał, że uciekając od zimy, znajdę się nota bene w najzimniejszym punkcie kraju. Ale warto. Warto, warto, warto i jeszcze raz, warto. Przed nami rozpościerało się malutkie miasteczko Albarracín. Tak malutkie, że można zamknąć je w jednym kadrze aparatu. Swego czasu, nie bez powodu uzyskało tytuł „najpiękniejszego miasta Hiszpanii”. Ciężko jednoznacznie stwierdzić, czy ktoś wciąż tam mieszka – brak samochodów i roje turystów są skuteczną przeszkodą. Cały Albarracín, razem ze swoimi czerwonymi domkami, jest jednym wielkim zabytkiem. Nad miastem wznoszą się pozostałości zamku muzułmańskich władców, tak typowe dla hiszpańskiego krajobrazu. Już dla samych widoków warto się tam wdrapać!

1 dzień w Albarracín | co zobaczyć w Albarracín






Drugą część dnia spędziłam w Teruelu, mieście słynącym z dekoracyjnej sztuki muderaj i szynki serrano. Nie można stąd wyjechać, nie spróbowawszy słynnej kanapki z szynką i pomidorami. Teruel jest miastem niezwykle kolorowym, pełnym tradycji i chwytających za serce historii. Oplata je legenda tragicznej miłości Isabel i Diego. Już od maleńkości połączyło ich ogromne i trwałe uczucie. Kiedy nadeszła odpowiednia chwila, Diego poprosił o rękę pięknej Isabel. Nie spotkał się z aprobatą ojca dziewczyny, który postawił przed nim jeden warunek – jeśli chce pojąć jego córkę, musi zgromadzić fortunę podczas 5-letniej wojny z maurami. Diego odjechał, był gotów zrobić wszystko dla miłości swojego życia. Minęło 5 lat, a mężczyzna wciąż nie powrócił do Teruelu. Isabel nie mogąc dłużej czekać, poślubiła innego. Diego spóźnił się o 1 dzień, jeden jedyny dzień. Przyjął z pokorą przykrą wiadomość o ożenku ukochanej, jednak wcześniej poprosił Isabel o ostatnią łaskę – jeden pocałunek. Ta, wierna nowo poślubionemu mężowi, odmówiła, a Diego zmarł z rozpaczy. W dniu pogrzebu, Isabel składając pożegnalny pocałunek na ustach kochanka, oddała mu swoją duszę. Do dziś można odwiedzić mauzoleum zakochanych - Isabeli i Diego, którzy nawet po śmierci trzymają się za ręce. Legenda głosi, że każda para, która odwiedzi Teruel, zapewni sobie szczerą i dozgonną miłość.

Ciekawa historia wiąże się również z wieżami dumnie górującymi nad miastem. Stały się one wynikiem zaciętej bitwy, konkursu o rękę pięknej Zoraidy między dwoma przyjaciółmi, Omarem i Abdalá. Mieszkańcy nigdy wcześniej nie widzieli tak zagorzałego pojedynku. Wieże, okupione potem i łzami, powstawały zarówno dniem i nocą – w myśl zasady kto pierwszy, ten lepszy. Na prowadzenie wysunął się Omar, lecz w dniu, w którym ogłosił swoje zwycięstwo i odsłonił wieżę, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Wieża przechylała się na jedną stronę. Nie mogąc pogodzić się z własną porażką, wspiął się na górę i rzucił w otchłań. Kilka tygodni później, budowlę ukończył Abdalá i to on stał się szczęśliwym małżonkiem Zoraidy. O dziwo, jego wieża do złudzenia przypomina tę wybudowaną przez Omara. Dziś do zwiedzania udostępniona jest jedynie krzywa Torre de Salvador

W Teruelu chodzi się więc z podniesioną głową. Jest to nie tylko miasto miłosnych historii, lecz przede wszystkim ślad arabskich najazdów, stolica architektury mudejar. Piękne płytki azulejos puszczają nam oczko z każdego zakamarka. Warto zatrzymać się przy kościele San Pedro (to tutaj znajduje się Mauzoleum Kochanków) i schodach La Escalinata, które stanowią prawdziwe dzieło sztuki. Teruel jest ładnym miejscem, jednak prócz kilku punktów, łatwo się nim rozczarować. Jeśli miałabym wybierać, to właśnie Albarracín skradło moje serce i to do niego z chęcią wróciłabym po raz drugi.

Torre de Salvador


Kościół San Pedro

La Escalinata


Suprise, Alicante

Listopad 2014

Obok Alicante już nigdy nie przejdę obojętnie. Wystarczył zaledwie jeden dzień, bym wpisała je na listę moich ulubionych miast w Hiszpanii. Tylko jeden krótki dzień. Jeden, ale za to JAKI dzień. Stało się ono przypadkowym miejscem spotkania dwóch stęsknionych za sobą ludzi. Ludzi, którzy po dwóch długich miesiącach rozłąki, internetowych kłótni i emocjonalnych rollercoasterów mogli w końcu spojrzeć sobie w oczy. Mogli po prostu się do siebie uśmiechnąć. Nikt, kto tego nie doświadczył, nie zrozumie, jakim szczęściem i równoczesnym przekleństwem jest żyć w związku na odległość. I kiedy przy 120 km na pewne sprawy można jeszcze machnąć ręką, przy 3 tys. km każda najmniejsza emocja staje się początkiem i końcem świata.

Nigdy nie wyszła mi tak dobra niespodzianka, jak ta w Alicante. Było tyle rzeczy, które mogły pójść nie tak, na czele z (moim własnym!) przemożnym pragnieniem wygadania wszystkiego przy pierwszej lepszej okazji. Nie od dzisiaj ciężko mi trzymać buzię na kłódkę ;) Ale udało się, a ja cieszyłam się jak dziecko, widząc błysk zaskoczenia w jego oczach. Krótko mówiąc, Geri nie spodziewał się, że zobaczy mnie zaraz po wyjściu z terminalu oddalonego bagatela 200 km od Walencji. Nie spodziewał się, że jego pierwsza przygoda z Hiszpanią zacznie się już tutaj - od talerza smażonych kalmarów w niepozornym Alicante. Nie spodziewał się, że to właśnie to miasto dostarczy mu jednych z najpiękniejszych wspomnień, które zabierze ze sobą z powrotem do domu.

Nie miałam konkretnego planu zwiedzania Alicante. Przyjechałam tam z myślą, że wszystko, co najważniejsze i warte zobaczenia znajduje się skupione w centrum. Po co więc zabierać się za górnolotną organizację, skoro można zaufać własnym nogom i zanurzyć się w magię wąskich uliczek. Rozłożenie miasta nie jest skomplikowane, więc nawet przy klasycznym braku orientacji pozostawałam dobrej myśli. Nasz hostel mieścił się tuż przy głównej drodze, nieopodal Mercado Central – miejskiego targu żywności. Za kilka euro można tam skompletować składniki na prawdziwe hiszpańskie śniadanie: bagietka, żółty ser i szynka serrano. Sklecenie własnej kanapki - wersja zdecydowanie bardziej ekonomiczna i bliższa śródziemnomorskiemu duchowi niż poranek w pierwszej lepszej kawiarni. A z napełnionym i zadowolonym brzuszkiem cały świat wydaje się piękniejszy. Tym bardziej, że już zza chmur nieśmiało wyglądało słońce, zapowiadając przyjemny i pogodny dzień. Wystarczyło nam jedno spojrzenie w górę, by wiedzieć, co będziemy robić przez kilka następnych godzin. Tuż nad centrum Alicante góruje warowny Zamek św. Barbary. Można tam dotrzeć na różne sposoby, dla bardziej leniwych lub oszczędzających na czasie polecam skorzystać z windy, która wywiezie nas prosto na jeden z wewnętrznych dziedzińców. Osobiście uważam, że dużo ciekawszą opcję stanowi wspinaczka po murach zamku, które rozciągają się od samego podnóża skały (obie możliwości gratis). Wizyta w Castillo de Santa Bárbara  jest bezpłatna, zapłacimy tylko za wstęp na poszczególne ekspozycje i towarzystwo przewodnika. Co warto zobaczyć? Większe wrażenie niż średniowieczne komnaty robią tarasy położone na samym szczycie zamku – punkty widokowe, z których wzrokiem obejmuje się Alicante, z jednej strony otoczone górami, a z drugiej ograniczone taflą morza. Na zewnętrznych dziedzińcach podegustujemy drobnych przekąsek i zrobimy zdjęcia przy jednej z licznych figur stalowych rycerzy.



Castillo de Santa Bárbara


Castillo de Santa Bárbara


Przy braku założonych kroków, dobrze jest zaufać swojej intuicji. Punkt widokowy jest świetnym punktem wyjścia – nie tylko dostarcza odpowiednich na dzień dobry wrażeń estetycznych, ale pozwala również doskonale zorientować się w terenie. Patrząc z góry, dostrzegliśmy jedno wyjątkowe miejsce, które kusiło i przyciągało nas do siebie – port. Chodzą słuchy, że dają tam najlepszą paellę w mieście. Chcecie się skusić? Szukajcie miejsca, w którym podają ją dopiero co zdjętą z ognia na przypominającym patelnię ciemnym naczyniu – paellerze. Po półrocznym pobycie w Hiszpanii doszłyśmy z Kingą do wniosku, że nie ufa się paelli na zwykłym talerzu ;)  W swoim życiu widziałam wiele portów, ale to ten w Alicante urzekł mnie najbardziej. Warto odwiedzić go zarówno za dnia, jak i nocą, kiedy zostaje pięknie podświetlony. Białe żaglowce na tle zachodzącego słońca – jestem dumna, że udało mi się uchwycić ten obraz. Równolegle do portu rozciąga się poprzecinana palmami promenada Explanada de España, turystyczny symbol miasta i jeden z najpopularniejszych deptaków Hiszpanii. Tuż przed plażą skręcamy w prawo i po schodkach wchodzimy na kolejny bulwar, tym razem ozdobiony dekoracyjnymi ala parasolami.

Twierdza św. Barbary i port to dwa najważniejsze miejsca, bez których liźnięcia nie opuszcza się Alicante. Drugą połowę dnia spędziliśmy mniej turystycznie, spacerując i gubiąc się wśród budynków starego miasta. Nie ma lepszego sposobu na poznanie hiszpańskiego życia niż wmieszanie się wraz z zapadnięciem zmroku w tłum krzyczących ludzi. Alicante na swoich uliczkach skrywa wiele skarbów. Radzę mieć oczy dookoła głowy i szczególnie bacznie obserwować kolejne ściany domów. Takiej sztuki ulicznej zdecydowanie nie spotka się na każdym kroku. Im wyżej wchodziliśmy, tym robiło się coraz ciszej i spokojniej. Ludzie znikali, a ich miejsce zajmowały gromadki swobodnie przechadzających się kotów. Dzień dopełniliśmy dzbankiem sangrii. Idealne zakończenie idealnego dnia.    

Alicante ma swoją magię – niewielkie portowe miasto położone nad brzegiem Morza Śródziemnego. Nie roi się w nim od zgrai turystów jak w większych miastach Hiszpanii, a łagodny klimat towarzyszy mieszkańcom nawet zimą. Oczywiście moja opinia może być mocno nieobiektywna. Do szczęścia nie potrzebowałam dużo, mając świadomość, że mój prywatny skarb jest bezpiecznie tuż obok mnie.








Explanada de España

       
Hostel: La Lonja (w samym centrum Alicante), 30 euro/ za noc za 2 os.

Transport tam i z powrotem do Walencji: blablacar.es (20 euro/os.)

1, 2, 3… Wenecja!

Wyścig autostopowy jest jedną z tych rzeczy, które koniecznie trzeba odhaczyć z listy to do before I die, a raczej - zanim skończę studia i całe dnie będę spędzać w pracy za biurkiem. Jest to niewątpliwie ogromna przygoda, a przy tym świetny sposób na spędzenie majówki i wypróbowanie swoich sił w tak niecodziennym sposobie podróżowania, jakim jest autostop. Szczególnie wśród stopowiczów opinie na jego temat są mocno podzielone, a bo to jedna wielka popijawa, która z filozofią stopa nie ma nic wspólnego, a bo to wzajemna szarpanina i zacięta walka o każdego kierowcę. Warto jednak, przede wszystkim, podkreślić jego pozytywną stronę, bo co innego potrafi lepiej otworzyć oczy „pierwszakowi” i zmienić jego spojrzenie na otaczający świat? Służę przykładem z pierwszej ręki. Po pozytywnym doświadczeniu z autostop race, zaledwie rok później, K. zdecydował się założyć plecak i ruszyć w 3-miesięczną samotną podróż do Iranu.

W Polsce mamy ogrom możliwości wzięcia udziału w wyścigu. Niemal w każdym większym mieście tuż przed majówką rusza organizacja stopowego eventu. Oczywiście największy i wciąż najbardziej popularny to wrocławski Autostop race, na którego wejściówki rozchodzą się w niecałe 3 minuty. Status studenta, opłata za startowe, dobry refleks i już stajesz się częścią interesującego cię wydarzenia. Autostop race - przedłużony długi weekend, opalanie na greckich plażach i musaka z rana -  kusił, nie powiem. Jego początek zbiegł się niefortunnie z moimi weekendowymi warsztatami, nie było opcji, żeby je przesunąć. Koniec końców, postawiliśmy więc na warszawski Autostop challenge. Z biegiem czasu myślę, że może i dobrze się stało. Wrocławski wyścig jest bez wątpienia sporym wyzwaniem dla osoby, która nigdy wcześniej nie brała udziału w takiej inicjatywie. Długa trasa i tłumy ludzi nie pomagają. Warszawa oszczędziła nam tego wszystkiego i wniosła jeden punkt, który zaważył na mojej decyzji: Wenecję. Miasto, o którym śniłam już od pewnego czasu.

Wyścig rozpoczął się w środę (29.05) rozdaniem pasztetów i parówek w głównej kwaterze SGH. Zgarnęliśmy z Gerim, moją parą, nasze pakiety i po chwili byliśmy już na wylotówce w Jankach. Oprócz nas, w tym samym miejscu, łapały tylko trzy inne dwójki – bardzo pozytywne zaskoczenie jak na pierwszą prostą. Chwilę później zatrzymało się przy nas czarne auto na czeskich rejestracjach. Wow, jedziemy aż do Pragi! Co prawda, trochę zboczyliśmy z zaplanowanej trasy, ale, co jak co, takiego stopa się nie odmawia. Kolejne 7 godzin spędziliśmy więc, cisnąć się na tylnym półtora siedzenia i słuchając orientalnej muzyki. Nasi kierowcy okazali się Wietnamczykami (naszym okiem…) od 20 lat mieszkającymi w Czechach. Ciężko było się dogadać, angielski nie działał, polski ledwo ledwo. Nic więc dziwnego, że pod wieczór, po zapewnieniach „znam świetną drogę do Brna” znaleźliśmy się na moście w samym centrum Pragi. %!@*($# Z jednej strony, jak najszybciej chciałam się stamtąd wydostać. Z drugiej, było tak przykro, że jestem dosłownie na wyciągnięcie ręki od TEJ Pragi, a zaraz muszę ją opuścić. Była już późna noc, kiedy po trudach przedzierania się przez dzikie zarośla, trafiliśmy na stację na autostradzie. Chwilę później byliśmy już na większej i ponoć bardziej uczęszczanej. Spotkaliśmy tu parę chłopaków z Poznania, którzy ścigali się do Budapesztu. Taaaak, trochę zbłądziliśmy z tą Pragą ;) Czekaliśmy tu długo, właściwie mieliśmy się już poddać i odpuścić sobie tę noc, aż tu nagle pojawiła się nasza ostatnia nadzieja – polska rejestracja i duży pusty samochód. Problem był jeden - chłopak nie wysiadał z samochodu, stukając coś w swój telefon, a widząc nasze „Brno” zupełnie nas zignorował. Zareagował dopiero na napis „Polacy”, świetny pomysł G. (<3). Uśmiechnął się, otworzył drzwi i już był nasz. Namioty rozbiliśmy całą czwórką pod Brnem, takie tam rarytasy – noc pod gwiazdami przy 2 stopniach zimna. Ranek przywitaliśmy mocno zmotywowani, ciepła kawa i ciśniemy aż pod samo Grado! W czasie naszej podróży nauczyłam się dwóch podstawowych rzeczy. Po pierwsze, NIGDY nie słuchaj kogoś, kto wie lepiej od Ciebie, gdzie Cię wysadzić. Mimo jego najszczerszych chęci, NIGDY nie wyniknie z tego nic dobrego. Po drugie, jest wiele prawdy w polskim przysłowiu „Po burzy zawsze wychodzi słońce”. Pamięć o początkowym pechu zatarła się z ciężarówką, która wysadziła nas po drugiej stronie Wiednia i bezpośrednim stopie do Lublany, stolicy Słowenii. Kolejne trzy godziny drogi pokonaliśmy na dwa stopy. Ostatni chłopak, Macedończyk, który stwierdził, że jesteśmy bohaterami jego dnia, podwiózł nas, w sumie przez czysty przypadek, prosto do samego Grado. Dwie godziny później odnaleźliśmy camping - taki tam sobie spacerek o północy. Na mecie byliśmy dwudziestą-którąś parą ;)

1489 km, 2 dni, 9 stopów

Pierwszy dzień włoskiej przygody, po krótkich namowach nowych znajomych, postanowiliśmy spędzić większą grupą w Trieście. Autostopem dojechaliśmy pod samą stację w Malfalcone, gdzie zdecydowaliśmy się już na tradycyjny pociąg (koszt: 3 euro w jedną stronę). Triest okazał się niewielkim miastem położonym tuż przy granicy ze Słowenią. Jeden dzień zupełnie wystarczy, by zagłębić się w jego uliczki i liznąć odrobinę włoskiej aury. Tym bardziej szkoda, że jej odbiór zakłóciła nam marudna pogoda. Było szaro i ponuro, a od południa deszcz nie odstępował nas na krok, niosąc z sobą nieprzyjemny chłód. Mimo niesprzyjających warunków, udało nam się dotrzeć do najważniejszych punktów miasta, nie jest ich w końcu tak dużo. Na górującym nad Triestem wzgórzu wznosi się Katedra św. Justyna – centralny punkt miasta. Warto zaglądnąć do jej wnętrza, gdzie mieniąca się na złoto mozaika pokrywa całe sklepienie (piękna!). Trzeba było trafić do Włoch, żeby kościoły znów zaczęły robić na mnie wrażenie. Tuż obok znajduje się warowny zamek i przylegająca do niego Piazza della Catedrale z ruinami rzymskiej bazyliki i forum. Cóż, zostało po niej naprawdę niewiele ;) Wstęp na plac widokowy to koszt zaledwie 1 euro. Zaczynało powoli kropić, więc skierowaliśmy się z powrotem w dół w poszukiwaniu kawałka dachu nad głową i dobrej kawy. Ścieżce prowadzącej przez park towarzyszą rozłożone pod drzewami głazy, które upamiętniają tragedię I wojny światowej. U stóp wzgórza, na głównym placu Piazza Unita d’Italia zaskoczyła nas południowa sjesta. Jedyną otwartą i w przystępnej cenie knajpkę znaleźliśmy dopiero przy Canal Grande. Była więc kawa, a przy okazji do mojego brzuszka wpadł pyszny bakłażan w pomidorach. Udało mi się też przejechać na latte macchiato. Warto zaznaczyć, że we Włoszech pod tym terminem kryje się szklanka mleka z dosłownie „kapką” kawy. Co kto lubi, niemniej pierwsze spotkanie z włoską kawą, a ja byłam zdecydowanie na NIE. Poszwędaliśmy się jeszcze chwilę po mieście w poszukiwaniu ruin starożytnego teatru rzymskiego. Bez skutku L Nie wiem, czy zawinił temu nieubłagany deszcz czy nasza kiepska orientacja w terenie. Swoją drogą, to właśnie dlatego w pewnych kwestiach nie lubię zdawać się na innych. Przed powrotem do Grado zaciągnęłam wszystkich na Molo Audace. Może dla niektórych to nic takiego – dużo ładniejsze molo znajdziemy w Polsce – ale dla mnie nawet w deszczu warto poczuć przestrzeń Adriatyku.      

autostop | włochy | wyścig autostopowy
Canal Grande





Bazylika św. Justyna

Piazza Unita d'Italia

Molo Audace

Co pewien czas pojawia się w mojej głowie małe marzenie – kolejne piękne miejsce, w którym tak bardzo chciałabym się znaleźć. Wenecja od kilku lat była już dobrze zakorzenionym krzaczkiem, łatwo więc wyobrazić sobie, jak bardzo rosła moja radość i podekscytowanie z każdym kilometrem, który nas do niej przybliżał. Z Monfalcone do starej, wyspiarskiej części miasta wjechaliśmy pociągiem (koszt: 10 euro w jedną stronę). Tym razem - w bardziej okrojonym i spokojnym towarzystwie. Wenecja jest niewątpliwie miastem niezwykłym, tak odmiennym od codziennego doświadczenia. W końcu nie bez powodu została wpisana na listę UNESCO. Całe miasteczko przywodzi na myśl jeden ogromny rynek – wąskie uliczki poprzecinane wodnymi kanałami i obstawione zabytkowymi budynkami z czerwono rdzawym dachem. W historycznej, a więc tej szczególnie turystycznej części obowiązuje zakaz poruszania się standardowymi środkami transportu. Bardzo dobrze rozwinięty jest za to system tramwajów wodnych i wszelkiej maści łódek. Klasyczne gondole spotyka się na każdym kroku, taka przyjemność to koszt bagatela ok. 80 euro. Mało kto wie, że ich czarny kolor związany jest z żałobą po pożarze, który w odległej przeszłości trawił miasto. Szkoda opuścić to miejsce bez przemierzenia choć raz weneckiego kanału. Fajną i dużo bardziej ekonomiczną opcją jest wykupienie godzinnego biletu na tramwaj (7 euro) i przepłynięcie Gran Canale na sam koniec wyspy - Plac św. Marka. Cóż, naszą beztroskę w wybieraniu tramwaju przypłaciliśmy rejsem w zupełnie drugą stronę i w taki oto sposób opłynęliśmy Wenecję dookoła. Koniec końców, tak jak zamierzaliśmy, trafiliśmy jednak na słynną Piazza San Marco. Plac, łącznie z Bazyliką, stanowi najbardziej charakterystyczny zabytek miasta. Widać to chociażby po tłumie turystów, który kłębi się tutaj o każdej porze dnia. Polecam gorąco wjechać na dzwonnicę, która pozwala nam cieszyć się pięknym widokiem z każdej strony ponad głowami gromady ludzi. Los się do nas uśmiechnął, bo tuż przed wejściem podłączyliśmy się do polskiej wycieczki i wjechaliśmy na samą górę z biletem grupowym, a więc o połowę tańszym (4 euro). Była to grupa starszych ludzi, bardzo przyjaźnie do nas nastawionych, którzy dopytywali się o szczegóły naszej podróży. Na pożegnanie od jednej z pań otrzymałam święty medalik - „na pamiątkę naszego spotkania”. Buzia sama mi się uśmiecha na to miłe wspomnienie. Cały dzień spędziliśmy, spacerując i poznając uroki Wenecji. Nie ma tu słynnych na cały świat zabytków, ale mało powiedzieć, że same miasto jest jednym wielkim antykiem. Gąszcz ulic tworzy swoisty labirynt, bardzo łatwo jest się w nim zgubić, a bez mapy ani rusz. Oczywiście, szybko można się tutaj w nią zaopatrzyć (3 euro) lub w łatwy sposób zaoszczędzić kilka groszy, drukując sobie wcześniej dobrą wersję z internetu. Moim celem było przemierzenie głównych mostów nad Gran Canale (rozsławiony, obecnie w budowie, Ponte di Rialto) i dotarcie na plac Campo Santa Margherita, by zjeść tutaj najlepsze lody w całej Wenecji (gałka za 1,5 euro). Na pewno dużym minusem miasta jest ilość turystów, która przeszkadza w spokojnym kontemplowaniu miejscowej atmosfery. Być może ze względu na majową porę nie zaznaliśmy najgorszego, ale bez dwóch zdań, stanie w ludzkim korku w ciasnej uliczce nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy. I nie, wcale nie śmierdziało :) Podsumowując, Wenecję oceniam bardzo pozytywnie. Jest to niewątpliwie jedno z tych miejsc, które koniecznie choć raz w życiu trzeba zobaczyć. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak cudownie musi tam być podczas magicznego karnawału, skoro już same wystawione na ulicach maski zrobiły na mnie takie wrażenie. Z pizzą w brzuszku wróciliśmy do Grado, przynajmniej ja - ogromnie usatysfakcjonowana całym dniem.


Piazza San Marco





Lody na Campo Santa Margherita

Kilka ostatnich godzin przed powrotem do Polski spędziliśmy razem z Gerim w Grado – malutkiej miejscowości położonej między Wenecją a Triestem. Nasz camping znajdował się kilka kilometrów wcześniej, więc podróż w obie strony pokonaliśmy bardzo sprawnie autostopem. Muszę przyznać, że po wielu negatywnych komentarzach, jakie można znaleźć w sieci na temat stopa we Włoszech, byłam do niego sceptycznie nastawiona. Na miejscu czekała nas bardzo miła niespodzianka. Stop działał bez zarzutów, dłużej czekaliśmy na wylotówce z Warszawy niż tutaj, wyciągając samego kciuka do góry. Zatrzymywali się wszyscy, od młodego chłopaka po starsze małżeństwo. Żadnego problemu z porozumieniem, podwozili nas pod samo docelowe miejsce, a podczas podróży – zagadywali i polecali, gdzie koniecznie musimy się udać. Dzień w Grado rozpoczęliśmy do małej starówki i najpyszniejszego cappuccino, jakie piłam w życiu (2,5 euro). Z polecenia trafiliśmy też na świetną, prawdziwie włoską pizzę (Margharitta – 6 euro). Geriemu tak posmakowała, że usilnie próbuje ją teraz odtworzyć w domu ;) Kolejny raz utwierdziłam się w przekonaniu, że prawdziwego klimatu danego miejsca nie znajdziemy w dużej i głośnej stolicy. Wszystko, co najlepsze to pomniejsze urocze wioski, gdzie życie toczy się w swoim tempie. Nigdy nie zapomnę widoku  małych domków z niebieskimi okiennicami. Może kiedyś, w dalekiej przyszłości, sama będę takie miała. W Grado w końcu dotarliśmy też na plażę. Szkoda, że tego dnia mieliśmy tak mało czasu, bo właściwie tylko kąpieli w morzu i wygrzewania na słoneczku brakowało mi do pełni szczęścia. Cały wyjazd był kapitalnym strzałem w dziesiątkę, idealnym przerywnikiem i nastrojeniem na miesiące sesji, egzaminów i zaliczeń. Trzy razy TAK!  






Cappuccino