Najlepsza paella w mieście

Październik 2014

Lubię wracać wspomnieniami do gorącej Hiszpanii i miejsca, w którym odnalazłam kawałek siebie. Walencja jest niewątpliwie wyjątkowym miastem, z którym już zawsze będzie łączyć mnie wulkan niespodziewanych emocji i tęsknot. Jednak, patrząc wstecz, nie sposób zaprzeczyć, że tego co w niej najpiękniejsze, paradoksalnie nie znajdziemy w granicach miasta. Życie w dużym mieście ma swoje plusy i minusy. Pędząc za ciągłym rozwojem i doskonałością, jego rytm niebezpiecznie przyspiesza, gubiąc po drodze to, co najcenniejsze. Dziś Walencja z każdym dniem staje się coraz bardziej międzynarodowa, a to za sprawą turystów chętnie odwiedzających dzieło Calatravy, a to – realizowanych na dużą skalę wymian studenckich. Dobrze? Poniekąd. Czasem warto się po prostu zatrzymać i spróbować odszukać ten prawdziwy hiszpański klimat, który wciąż skrywa się w jej zakamarkach. Ten klimat, dla którego, po pierwsze, się tu znaleźliśmy.

Dobremu poszukiwaczowi nie umknie kilka smakowitych kąsków w samej Walencji. Ja chciałabym pokazać dziś miejsce odrobinę odmienne, bardziej ustronne, lecz przy tym nietracące nic ze swej urokliwości. Albufera, bo o niej mowa, znajduje się ok. 15 kilometrów na południe od centrum miasta. Łatwo dotrzeć do niej podmiejskim żółtym autobusem z przystanku naprzeciwko Pont d’Aragó. Co ciekawe, koszt biletu jest nieco niższy niż jednorazowa przejażdżka zwykłym autobusem (1,40 euro). Albufera to rozległy teren parku krajobrazowego, lśniącej tafli jeziora i, przede wszystkim, rezerwat ptactwa, które w nadwodnych tatarakach znalazło swój dom. Warto wybrać się tutaj w różnych porach dniach. Skoro już w południe, w pełnym słońcu, byłam tak urzeczona, ciężko mi nawet wyobrazić sobie jaki widok maluje się podczas zachodu, kiedy słońce zanurza się, otaczając taflę wody pomarańczową poświatą. Najlepszym sposobem zagłębienia się w ten inny świat jest skorzystanie z oferty Paseo en barca proponowanej przez tutejszych przewoźników. Niedrogo, bo już za 4 euro, można przyglądnąć się wszystkiemu z bliska prosto z pokładu niedużej białej łódki. Rejs trwa ok. pół godziny, a na jego czas dostajesz na głowę słomkowy kapelusik gratis. Ps. Radzę pchać się od razu na sam kadłub ;)

Albufera jest miejscem niezwykłym właśnie poprzez spokój i ciszę, tak odmienną od miejskiego gwaru, które jej towarzyszą. Każdy znajdzie tu coś dla siebie – chwilę wytchnienia, ucieczkę od zmartwień czy zwyczajnie piękno otaczającej natury. Z pełną świadomością podpisuję się pod zdaniem, że jest to mój ulubiony punkt must see w Walencji, nawet mimo to, że leży zdecydowanie poza jej obrębem ;) Kiedy miałam przyjemność gościć u siebie pierwsze couchsurferki, nie pozwoliłam by wyjechały, nie zobaczywszy tej małej namiastki raju.

najlepsza paella w Walencji







El Palmar jest niewielkim miasteczkiem leżącym na skraju Albufery. Istnieje jeden podstawowy powód,  dla którego można, a raczej trzeba tam zaglądnąć przy okazji naszej wycieczki – paella. Nigdzie wcześniej ani później nie jadłam tak dobrego ryżu jak właśnie tam. O paelli na wioskach krążą legendy i muszę przyznać, że kryje się w nich dużo prawdy. W samej Walencji (może z wyjątkiem portu i jego wygórowanych cen) ciężko znaleźć coś, co tak zachwyciło moje podniebienie, a paellę lubię i próbowałam jej w różnych miejscach. Wielkim smakoszem nigdy nie będę, od lat mam swoją ulubioną pulę pokarmów (czekolada, czekolada i… ketchup), tym bardziej doceniam coś, co potrafi wkraść się w moje łaski. W końcu to jej smak stał się jednym z celów naszej wyprawy sprzed dwóch lat (KLIK). Jeśli miałabym wskazać jedno jedyne miejsce, byłby to El Palmar. Znajomi wytykali nam później, że i tak nie spróbowałyśmy najlepszego – paellę je się a la valenciana - z mięsem bądź z marisco - owocami morza, a nie wszystko naraz (paella mixta). Szczerze mówiąc, nie widzę dużej różnicy, ale z Hiszpanami o ich jedzeniu lepiej nie dyskutować ;) Koszt takiej przyjemności zaczyna się od 8 euro za osobę, ale nawet jeśli miałby być to pierwszy i ostatni raz, warto. Tego dnia skusiłyśmy się również na typowo regionalne danie All i pebre, z którego słynie El Palmar. Wiedziałyśmy tylko, że będzie to jakaś długa ryba. Takim sposobem w naszych ustach pierwszy raz znalazło się mięso węgorza. Ciężko mi to przyznać, ale było naprawdę niezłe – zresztą Hiszpania i jej owoce morze to dobry materiał na odrębny wpis.

El Palmar to nie tylko świetna kuchnia. Po sytym obiedzie nie ma nic przyjemniejszego niż spokojny spacer jego zapomnianymi uliczkami. Warto zapuścić się aż nad otaczający go mały kanał wodny i przeczekać tu czas dzielący nas od powrotnego autobusu. Tu niestety kończą się plusy, bo komunikacji z Walencją można dużo zarzucić. Na tyle dużo, że drogę tu i z powrotem zdecydowałyśmy pokonać autostopem ;)     

All i pebre

Paella mixta

Albufera

Corrida de toros

Zwykle nie lubię wypowiadać się na temat, na który mam pewne ogólne, mgliste pojęcie. Tak, nie to słowa, którymi zdecydowanie za łatwo rzucamy. Nie problem powiedzieć jestem za/jestem przeciw i ustosunkować się do danej kwestii. Ile osób, tyle dowolnie formułowanych opinii. Pojawia się pytanie, co właściwie się za tym kryje? Obejrzany dokument, notka prasowa, wysłuchane kazanie w kościele czy bo TAK myśli mój najlepszy przyjaciel? To fascynujące, jak tworzą się nasze poglądy i decyzje, które podejmujemy. Co więcej - jak szybko potrafią się one zmieniać.

Na jednej z lekcji konwersacji rozmawialiśmy o problemie eutanazji. Kiedy przyszła moja kolej, zamilkłam. Mogłam wyciągnąć z kieszeni pierwszy, lepszy banał. Na tym też w sumie polegają konwersacje - nie ważne, co mówisz, ważne, że dużo i poprawnie. Pamiętam jak niegdyś z wielką łatwością przychodziło mi bojkowanie o prawach człowieka, gorący sprzeciw aborcji czy upór w głoszonej tolerancji. Sprawa była prosta, należało tylko znaleźć właściwie argumenty. Dziś staram się być bardziej ostrożna w tym, co mówię. Oczywiście, mogę mieć zdanie na każdy temat, ale dziś zdaję sobie sprawę z czegoś jeszcze, z tego, co jest ponad tym wszystkim, w co wierzymy. Z siły ludzkiego doświadczenia. Co z tego, że wiem, jak dana rzecz może być niemoralna, kiedy życie potrafi wywrócić nas do góry nogami. Nie mam i nie będę mieć prawa wiedzieć, jak zachowam się w sytuacji, gdy obiektywna decyzja stanie się przykrą rzeczywistością. Dopiero ten moment, chwile jak ta stają się fundamentem naszej osobowości, naszych poglądów, które wiem dlaczego i po co głoszę.

O Corridzie de toros, nieodłącznym elemencie hiszpańskiej kultury, słyszałam już od dawna. Temat przewijał się zarówno pod kątem łamania praw zwierząt, jak i filarów śródziemnomorskiej cywilizacji. Zwyczaj zabijania byków wywodzi się jeszcze z czasów starożytnego Rzymu, gdzie stanowił hołd składany bogini odrodzenia, wiosny i budzącej się do życia przyrody. Poświęcenie zwierzęcia było nieodłącznym elementem rytuału, któremu nadawano wymiar godności i boskości. Dziś mało kto już o tym pamięta. Corrida stała się wielkim widowiskiem, wydarzeniem, które przyciąga przede wszystkim tłumy turystów. Stała się rozrywką z całą swoją muzyczno-taneczną oprawą, niemal jak sobotnie wyjście do kina, które silnie napędza budżet państwa. Początkowo miałam do corridy dosyć neutralne nastawienie. Budziła moje zaciekawienie, w końcu było to coś nowego i zupełnie odmiennego od rzeczy, z którymi dotychczas miałam do czynienia. Przebywając w Sewilli, żałowałam, że nie trafiliśmy na sezon i nie mogliśmy obejrzeć przedstawienia. Z biegiem czasu i ilością zgromadzonych informacji, moja opinia zaczęła dość znacznie odbiegać od pierwszego zaciekawienia. Coraz bardziej negatywna, coraz bardziej na NIE. Mimo wszystko, zdecydowałam się skorzystać z okazji, jaką postawił przede mną Erasmus i ustosunkować się do panujących wokół kontrowersji. Kupiłam bilet na Corridę de toros.





Jak to właściwie wygląda? Corrida odbywa się na Plaza de toros, owalnej złotej arenie wzorowanej na starożytnym stadionie. W widowisku bierze udział trzech toreadorów, każdemu z nich przypisane są dwa byki. Łatwo więc obliczyć, że w ciągu jednego przedstawienia ginie sześć zwierząt. Sam początek jest miły dla oka. Przypomina taniec z bykiem, który podąża i kręci się wokół różowych płacht matadorów. Byk jest jeszcze pełen werwy i sił, dlatego młodzi adepci często chowają się za specjalnymi barierkami, by uniknąć grożącego im niebezpieczeństwa. Ich zadaniem jest pierwsze zmęczenie i podrażnienie zwierzęcia. Chwilę później na arenę wjeżdża jeździec na koniu – picador. W ręku trzyma długą włócznię, którą trafia kilka razy w kark byka. Sam koń ma zakryte oczy i obłożony jest materacami, by nie czuć jak rozwścieczone zwierzę próbuje przebić mu bok. Na plac wchodzi kolejno kilku pieszych, banderilleros, którzy rozpędzają się i skacząc, wbijają w kark po dwie krótkie włócznie zakończone kolorowymi wstęgami. Wszyscy opuszczają arenę, a ich miejsce zastępuje gwiazda wieczoru – toreador. Zaczyna się właściwa część widowiska. Na tle dźwięków orkiestry przed naszymi oczami rozgrywa się ostatni pojedynek. Zmęczony i znacznie już osłabiony byk podąża za czerwoną płachtą, której kolor symbolizuje walkę i krew. To utarty mit, że czerwień powoduje wzrost agresji zwierzęcia. Byk reaguje przede wszystkim na ruch i falowanie płachty, którą toreador macha przed jego nosem. Ucichnięcie muzyki jest sygnałem końca zabawy. Toreador wyciąga srebrny miecz i celuje w rdzeń kręgowy zwierzęcia. Nie zawsze udaje mu się to za pierwszym razem. Byk słabnie i wykrwawia się z każdą chwilą, by w końcu upaść na kolana. Nadbiegają matadorzy, którzy przecinając rdzeń, kończą swoje dzieło. Zwierzę w drgawkach oddaje ostatni oddech, po czym zostaje związane i tak ściągnięte przez konie z areny. Publiczność podnosi się, bije brawo i macha białymi chustami na znak dobrze wykonanego zadania. Całość powtarza się kolejno pięć razy.

Szczerze mówiąc, miałam dość już po pierwszej części. Wytrzymałam kolejne dwie, po czym opuściliśmy arenę. Mogę śmiało powiedzieć, że było to jedno z najbardziej przerażających i okrutnych zdarzeń, które na chwilę obecną doświadczyłam w swoim życiu. Każda osoba, która jest choć trochę wrażliwa na krzywdę zwierząt doskonale to zrozumie. Widok ociekającego krwią byka, męczonego i gładzonego ku uciesze tłumu odebrał mi głos. Patrzyłam na ludzi wokół mnie i nie mogłam nadziwić się temu, co widziałam. Ludzie krzyczący z radości, skandujący imię toreadora, całe rodziny z małymi dziećmi zajadające się czipsami jakby były świadkami zwykłej codzienności. Z własnej woli stałam się świadkiem niewyobrażalnego i co gorsze, obojętnego okrucieństwa. O ile szanuję tradycję, o tyle ciężko mi zrozumieć, jak można kultywować takie bestialstwo. Z jednej strony może i było warto, z drugiej żałuję każdego wydanego grosza. Na pewno wiem jedno – moja noga już nigdy więcej nie postanie na Plaza de toros.







Zainteresowanych odsyłam do kampanii społecznych przeciwko maltretowaniu byków (KLIK). Mam cichą nadzieję, że już niedługo cała Hiszpania pójdzie w ślady Katalonii i wprowadzi zakaz rozgrywania Corridy de toros.