Do it with passion...

... or not at all

photography

Krok wstecz. Czasami próbuję zebrać myśli i ustalić jeden punkt, w którym przestałam się rozwijać i schowałam lustro na dno szafy. Z dnia na dzień coś, co wypełniało każdą wolną chwilę i było ogromną dawką motywacji przestało mieć dla mnie znaczenie. Wciąż pamiętam godziny przed monitorem w poszukiwaniu inspiracji czy później - na obróbce i ciągłym doskonaleniu tego, co robiłam. To były piękne czasy, kiedy marzenia o stałkach nie schodziły mi sprzed oczu, a buszowanie w lumpie (bo coś nada się do sesji) zyskało nowe znaczenie. Ba, miałam w pokoju nawet własne mini studio fotograficzne. Wiem, jak wiele brakowało mi do najlepszych i ile drogi było jeszcze przede mną. W tamtej chwili liczył się tylko mój rozwój i każde kolejne ujęcie – kolejny krok w przyszłość.

Pytam się samej siebie, dlaczego to zniknęło? Może bez reszty pochłonęło mnie studenckie, „dorosłe” życie, a może jedno zdanie ważnej osoby „nie wybijesz się w tym świecie” padło na podatny grunt i skutecznie podcięło mi skrzydła. Fakt faktem, moja motywacja, niby bańka mydlana, prysła i nigdzie nie potrafiłam jej odnaleźć. I wiecie, żałuję tego jak niczego w swoim życiu. Bez fotografii stałam się uboższa o duży kawałek siebie.

Życie jest puste bez pasji, które je wypełnia.

Po czterech latach po prostu chwyciłam aparat i umówiłam się „na zdjęcia”. Zapomniałam jak wiele przyjemności może dać niewielki przycisk spustu migawki i ile prywatnej magii ma świat oglądany przez wizjer. Może jest to jednorazowy wyskok, ale wierzę, że w moim życiu znajdzie się jeszcze czas na zdjęcia.






modelka: Anetka
*najlepiej oglądać w powiększeniu

To see, to smell, to taste… to experience

to live life to the fullest

To nie będzie recenzja filmu, choć to on i kilka wydarzeń ostatnich dni natchnęły mnie do wyrzucenia myśli z głowy. Nigdy nie byłam fanką Woody’ego Allena. Nie zrozumiem jego poczucia humoru, tak jak nie zrozumiem fenomenu Co nas kręci, co nas podnieca. Jedno muszę mu jednak przyznać. Nietuzinkowa psychologia postaci i dobór aktorów ratują mu tyłek za każdym razem. Fabuła Nieracjonalnego mężczyzny kręci się wokół postaci Abe’a – profesora filozofii, który utknął w marazmie życia. Widz towarzyszy mu w poszukiwaniach czegoś, co z powrotem wrzuci go na właściwe tory. Czegoś, co nada sens, pozwoli mu odzyskać chęć i radość przeżywania kolejnego dnia. Co sprawi, że jedzenie odzyska smak, a każde najmniejsze doświadczenie wypełni go tysiącem barw. Zasadnicze pytanie jest jedno, co potrafi dać mu tyle szczęścia?

A właściwie – co potrafić dać nam tyle szczęścia? Wydaje mi się, że jest to pytanie bardzo trudne, jeśli nie jedno z tych najtrudniejszych. Pytanie, do którego odnosi się większość wyborów, które podejmujemy. Pytanie, na które sama szukam odpowiedzi od kilku lat. Pewnego razu ktoś zapytał mnie, jakie jest może największe marzenie. Odpowiedź była prosta i zupełnie wymijająca – być szczęśliwa. Banał, prawda? Być może w tamtej chwili nie chciałam otworzyć świata moich snów, może osoba była nieodpowiednia, a może zwyczajnie sama nie wiedziałam, czego chcę. Z marzeniami mam pewien problem – po jednym przychodzi następne, jest ich zbyt dużo. Marzenia małe, marzenia duże, takie, które z ekscytacji nie pozwalają mi zasnąć i takie, nad którymi przechodzę do porządku dziennego. Niektórzy twierdzą, że niespełnione stają się przyczyną mojej frustracji. Że robię sobie krzywdę, tak marząc i wciąż stawiając nowe cele. To prawda, wielu z nich nie dosięgnę, wiele przeleci mi przez palce, ale nigdy się z tym nie zgodzę. Moje marzenia i pasje tworzą to, kim jestem. Mnożą się w nieskończoność, lecz dzisiaj już umiem z nimi żyć. Pozbywając się ich, straciłabym ogromny kawałek siebie – kawałek osoby, którą się stałam.

Spełnianie marzeń nie daje nam szczęścia, lub inaczej – daje nam szczęście ulotne. Obejrzałam film Allena i nie mogę pozbyć się wrażenia, że cały problem, na którym on bazuje, jest źle postawiony. Szczęście, które jest wynikiem naszej akcji, nie sprawi, że zaczniemy przeżywać życie inaczej i głębiej. Moim zdaniem, mamy przed sobą reakcję zupełnie odwrotną, a przy tym dużo prostszą. Dopiero w momencie, w którym odrzucimy wszystkie założenia, odnajdziemy szczęście. To, czego szukamy, nie potrzebuje powodów. Nie ma nic piękniejszego niż uczynienie swoje życia ciągłym doświadczaniem. Nie twierdzę, że jest to proste i że istnieje jeden przepis, jak to zrobić. Czasem wystarczy tylko położyć się na łące i zamknąć oczy. Zjeść kawałek ulubionej czekolady. Przytulić się i poczuć zapach, za którym tęskniłeś tyle dni. Skoczyć ze spadochronem, jeśli tego właśnie potrzebujesz. To mój wypracowany sposób na szczęście. Mamy zmysły, nauczmy się z nich korzystać i każdego dnia doceniać to, co nam dają. Doceniać świat, który skrywa przed nami tysiące możliwości. Reszta przyjdzie sama.

to live life to the fullest



Może jestem głupią i naiwną marzycielką. Nie dążę do stałej pracy, kochającej rodziny i worka pieniędzy. Nie jestem praktyczna, a wiele rzeczy, które robię, podyktowane jest uczuciami. Moje emocje to wielki rollercoaster. Szukam w życiu chwil, momentów, które mnie budzą. Dzięki którym czuję, że po prostu jestem. Chciałabym pokierować życiem bez wątpliwości, że jest ono przede wszystkim moim życiem. I nie wstydzę się tego. Doskonale zdaję sobie sprawę, że większość z was postawi na mnie krzyżyk. Nie bylibyśmy ludzi, zgadzając się z każdym. Czasami wystarczy jedynie przystanąć i wysłuchać.

Graham Candy - She moves (unplugged)

I left my heart in Spain

W początkowym zamyśle ten post miał wyglądać zupełnie inaczej. Chciałam ująć w nim to wszystko, do czego ucieka moje serce na wspomnienie hiszpańskiej przygody. Wiedziałam jedno – muszę napisać o jedzeniu. I w momencie, gdy zaczęłam przyglądać zdjęcia poupychane gdzieś po kątach, zdałam sobie sprawę, że gromadzę materiał zdecydowanie zbyt obszerny, by był zaledwie częścią czegoś większego. Hiszpańskie smaki zdominowały mnie po raz kolejny. A jako, że większość z nas lubi jeść i oglądać jedzenie (nadmiernie wykorzystywany hashtag pornfood nie może kłamać), chciałam zaprosić was na krótką wycieczkę po smakach i miejscach, które wróciły ze mną do Polski w postaci kilku nadprogramowych kilogramów.

Mówią na mieście, że hiszpańska kuchnia nie ma wiele do zaoferowania. Większość tradycyjnych potraw narodziła się w czasach biedy, która panowała na Półwyspie Iberyjskim, dlatego ilość i dobór składników jest bardzo prosty. Klasyczna tortilla de patatas to przecież zwykły omlet z cebulką i ziemniakami, paellę dominuje ryż z mięsem i fasolą, a wszystko zagryza się chlebem. Czym tu się zachwycać? Może właśnie tą prostotą, pasją włożoną w wykonanie dania czy spokojną celebracją, jaką staje się każdy posiłek. Hiszpańskie jedzenie można lubić lub nie. Warto dać mu choć jedną szansę, bo, o dziwo, może nas bardzo pozytywnie zaskoczyć. Tak jak mnie, bo przyznaję bez bicia - w moje łaski wkradła się jego spora część (i nie, nie tylko słodycze).

# churros & chocolate

jedzenie w Hiszpanii

Ręka do góry, kto nie słyszał o słynnych churros z czekoladą! Gdy myślę o churros, widzę zimowy poranek w niewielkiej madryckiej kawiarence. Wypieki, smażone w głębokim tłuszczu, są prawdziwym hiszpańskim przysmakiem i nie wyobrażam sobie wyjechać z kraju bez poznania ich smaku (choć ja zrobiłam to dopiero podczas trzeciej wizyty). Ponoć przypominają pączki, moim zdaniem – nic bardziej mylnego. Przede wszystkim są bardzo chrupkie, a jedyne, co łączy je z pączkami to wysoka kaloryczność. Można je jeść same, posypane cukrem lub w wersji najbardziej hard – maczane w roztopionej czekoladzie (aż ślinka leci). Znajdziemy je w niektórych kawiarniach i specjalnych sklepach, tzw. churreríach. Najlepsze – nigdzie indziej, tylko w czekoladziarni Valor*. Uwaga na tyle słodkości naraz! Zestaw ze zdjęcia, 2 churrosy + filiżanka czekolady, spokojnie zaspokoi brzuchy dwóch łakomczuchów.

* Walencja – Plaza de la Reina 20 (ścisłe centrum)

# seafood

Krewetki | tapas
Gambas al ajillo


langusta
Langosta

dorsz zapiekany w pomidorach
Bacalao

Nigdy nie uważałam się za wielką fankę owoców morza. Jasne, raz na jakiś czas na moim talerzu lądowała zdrowa rybka, byleby bez ości (nawet wigilijnego karpia zamieniam na bardziej bezpieczną wersję). Nie mówiąc już o tuńczyku z puszki, który stał się wiernym towarzyszem mojego studenckiego życia. Na tym lista się zamyka. Nawet przez chwilę nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogłabym przełknąć coś takiego jak macka ośmiornicy czy czarny ryż zabarwiony atramentem z kałamarnicy. Do czasu, aż przyszło mi zamieszkać nad Morzem Śródziemnym. Może to bliskość dużej wody, może świeżość produktów, ale nagle coraz chętniej zaczęłam sięgać po te małe cuda. Prawda, do pulpo wciąż się nie przekonałam. Krewetki, kalmary, małże - trzy razy TAK. Razem z Gerim, choć początkowo nieświadomie, spróbowaliśmy nawet małych langust. Co polecam najbardziej?

* Gambas al ajillo – malutkie krewetki podawane we wrzącej oliwie z pietruszką i czosnkiem. Najlepsze przy alei Blasco Ibañez 115 w El Rincón. Chociaż same stanowią przystawkę, do kompletu otrzymaliśmy chleb (oczywiście) i zielone oliwki. Swoją drogą, po hiszpańskich niedrylowanych oliwkach przestały mi smakować te, które serwują u nas w Polsce.

* Kalmary w cieście z ostrym sosem brava (TUTAJ w wersji kanapkowej)

* Bacalao – dorsz, w mojej ulubionej wersji zapiekany w serze i w sosie pomidorowym. Z dziwnych ryb całkiem niezły okazał się również węgorz (więcej w poście wcześniej: TUTAJ).

* Paella marisco – paella z owocami morza, niekwestionowany hit, do którego wracałam wielokrotnie w poprzednich wpisach

# horchata & fartons


Wbrew pozorom kuchnia hiszpańska nie jest nudna i uboga. Znajdziemy w niej dużo więcej niż paellę i tortillę de patatas. Każdy region ma własne smaczki, tak więc na północy, gdzie króluje pulpo a la gallega, znajdziemy jedzenie zupełnie odmienne niż w kolorowej i pachnącej pomidorami Andaluzji. Jeśli przypadkiem znajdziecie się w Comunidad Valenciana, zatrzymajcie się przy stoliku jednej z tutejszych horchateríi. Horchata, z wyglądu przypominająca mleko o smaku zupełnie niemlecznym, to typowy walencjański napój. Przyrządza się ją z chufas, czyli tzw. Cibory jadalnej, a mówiąc już zupełnie po polsku – migdała ziemnego. Mówi się, że ludzie dzielą się na tych, którzy ją uwielbiają i takich, którzy jej nie znoszą. Prawdą jest, że smakuje bardzo specyficznie. Pijąc ją, cały czas zmagałam się z wrażeniem, że gdzieś spotkałam już ten smak. Niestety do tej pory nie rozwiązałam zagadki „gdzie”. Czy ją polubiłam? O odpowiedzi niech świadczy niedopita szklanka – jedna na dwie osoby. Z drugiej strony, słodkie bułeczki fartons, z którymi się ją podaje – pierwsza klasa.  

# café bonbón


Kolej na mój faworyt jeśli chodzi o hiszpańską kawę -  café bonbón. Odkąd spróbowałam, żadnej innej już nie chciałam, nawet mimo przestróg przed tą małą bombką kalorii. I mimo, że zwykle nie piję aż tak słodkiej kawy. Przepis na sukces jest bardzo prosty – espresso + mleko zagęszczone. Jedyne, przed czym mogę ostrzec to kawiarnie, które podają te dwa składniki osobno „a la samoobsługowo” - mleko w tubce samodzielnie do wyciśnięcia.

# 100 montaditos

ciento montaditos | tapas

Jeśli jesteś w Hiszpanii, jesteś studentem i wychodzisz na wieczorne tapas z kumplami – trafiłeś w dziesiątkę. Już sama kultura tapas jest bardzo ciekawa. W całym kraju istnieją specjalne bary specjalizujące się w wydawaniu drobnych przekąsek, zazwyczaj oliwek, talerzy serów, wędliny, sałatek, małych kanapeczek, ogólnie mówiąc, czegoś, co swobodnie można przegryźć, siedząc nad piwem i oddając się rozmowie. Otwierane są zazwyczaj pod wieczór, kiedy zaczyna się największy ruch. W języku hiszpańskim istnieje nawet specjalne wyrażenie „ir de tapas” oznaczające czynność chodzenia od knajpy do knajpy i próbowania przeróżnych smakołyków. 100 montaditos, niezwykle popularne, jest pod tym względem miejscem szczególnym. W swojej karcie zawiera setkę różnych kanapek rozmiaru niewielkiej dłoni, od miniaturowych hamburgerów po sztuki na słodko w czekoladowym cieście. Moje serce skradł montadito z kalmarami, z dulce de leche oraz z kozim serkiem. 100M oferuje również kilka przepysznych sałatek (ach, Cesar!). Miejsce nie zasłynęło jednak za sprawą swojego jedzenia, a głównie z promocji, które organizuje. W każdą środę i niedzielę ciężko znaleźć tam wolny stolik. Dlaczego? Cała karta przeceniona jest wtedy na 1 euro. Nie mówiąc już o szalonych poniedziałkach, kiedy cena spada jeszcze o pół. Wabi, warto jednak od czasu do czasu skusić się na inną, może mniej ekonomiczną opcję. Świat tapas jest ogromny i nie kończy się wyłącznie na 100 montaditos.

# patatas bravas

tapas | alioli | salsa brava

Patatas bravas stały się zdecydowanie moimi ulubionymi tapas, jedzonymi (bez różnicy) na śniadanie, obiad lub tradycyjną kolację. Są to zwykłe podsmażone ziemniaczki, gdzie największą robotę odgrywa sos, a właściwie dwa sosy. Kolejny raz straciłam głowę, tym razem dla salsa alioli – sosu na bazie oliwy z oliwek i czosnku. Drugi w parze szedł oczywiście sos pomidorowy. Komentarz niepotrzebny. Wspomniany wcześniej El Rincón w tym wypadku również świetnie dawał radę.

Cóż, hiszpańskie przystawki nieraz stanowiły mój standardowy posiłek. Jedna porcja patatas skutecznie potrafiła zaspokoić burczący brzuszek. Dla Hiszpanów tapas, mimo że pochłaniane w wieczornej porze (ok. 19-20), były wyłącznie przekąską. Wciąż zadziwia mnie fakt sytej kolacji zjadanej późną nocą. Jest to zdecydowanie jedna z tych rzeczy, do których nie umiałabym się przystosować, żyjąc za granicą.  

# La más bonita


Słówko o dwóch miejscach w Walencji, gdzie warto dogodzić swoim kubeczkom smakowym.

* La más bonita -  urokliwa restauracja położona przy plaży na północnym krańcu miasta, właściwie już w Alborai przy Passeig Marítim de la Patacona 11. Zjedzone tam przez nas śniadanie było warte każdego grosza.


# Dulce de leche

brunch

brunch


* Dulce de leche – klimatyczna knajpka przy Carrer de Cuba 43 w dzielnicy Russafa. Zaczarowała nas opcją Bruch menu. W cenie 5 euro przysługuje dany zestaw dnia – kanapka lub małe danie, kawa, sok pomarańczowy i mały croissant. Zestaw można powiększyć o muesli z jogurtem za 1 euro. Jest pysznie. 

# sangria



Tym, bez czego nie wyobrażam sobie Hiszpanii jest krwistoczerwona sangria – napój alkoholowy na bazie wina, owoców i szczypty czegoś mocniejszego. Słodka i orzeźwiająca, idealne dopełnienie posiłku, upalnego dnia na plaży czy wieczoru pełnego pogaduch. Don Simon i jego sangria za 1 euro stały się małym symbolem tego kraju. Gdziekolwiek się rozejrzysz – wszędzie sangria. O ile napój ze sklepowej półki jako tako daje radę, w knajpach natkniemy się na prawdziwe perełki, to sangria homemade rzuciła mnie na kolana. Dlaczego? Bo oprócz smaku niesie ze sobą coś jeszcze – dowolnie regulowaną ilość procentów. Takie rzeczy docenia się w kraju, gdzie alkohol nie jest dobry ani tym bardziej mocny ;) Zawsze się śmieję, że jedną z rzeczy, które przywiozłam ze sobą z Hiszpanii to umiejętność robienia sangrii.

Mój sposób na domową sangrię (dla ok. 10 osób):

* 10-litrowy kubeł (tak… sangrię robiłyśmy w specjalnie kupionym wiaderku na śmieci)
* pokrojone w kostkę owoce – pomarańcze, brzoskwinie, jabłka
* 5-7 kartonów taniego wina Don Simon
* 0,7 rumu
* dopełnić fantą i dosłodzić do smaku (można wsypać nawet do połowy opakowania cukru)
* wrzucić kostki lodu do schłodzenia
* wymieszać i pić ze smakiem

               ¡Qué aproveche! Nie wiem jak wy, ale ja porządnie zgłodniałam, przygotowując ten wpis ;)