The best things in life are free

W Nowym Jorku spędziłam niecały tydzień, zaledwie sześć dni, które otoczyły mnie wachlarzem możliwości. To zdumiewające – w jednym miejscu 12 godzin dłuży się w nieskończoność, gdy już kilkaset kilometrów dalej dni migają niby slajdy w projektorze. Pobyt w Nowym Jorku przeleciał mi przez palce i mimo że nie nazwę się jego wielką fanką, nawet małe wspomnienie dokleja mi uśmiech na buzi. Widziałam dużo, a jeszcze więcej zostało do zobaczenia. Mówi się, że to miasto pełne niespodzianek. Możesz spędzić tu kilka dni, tydzień, miesiąc, a każdy kolejny dzień odkryje nową kartę. Nowy Jork nęci, kręci – nie nasyca. Daje pretekst, by wrócić tu jeszcze raz… i kolejny. Widziałam dużo, a jednak wciąż nie opuszcza mnie wrażenie, że w gruncie rzeczy nie odkryłam tajemnicy Big Apple.

„Nowy Jork jest przerażający, fantastycznie bezwyrazowy i misternie tragiczny” H. James

New York | co zobaczyć | co zwiedzić

Nie oszukujmy się, pierwszy raz w Nowym Jorku to trochę takie odhaczanie punktów i zaliczanie kolejnych miejsc, które TRZEBA zobaczyć. Które TRZEBA poczuć na swój własny sposób. Do miasta przyleciałam z przygotowaną listą must see i choć na bieżąco wprowadzałam drobne poprawki, wciąż nie znikała mi sprzed nosa. Dziś trochę o tym i o łamaniu stereotypu, że kieszenie wypchane dolarami to za mało, by zwiedzić Nowy Jork. Moim zdaniem jest wręcz przeciwnie – to zdecydowanie za dużo :) Okej, zapłaciłam 30$ za najpiękniejszy widok w moim życiu, a drugie 30 zjadła mi tygodniowa karta metro. Ale reszta? Cóż, nie od dziś chodzi plotka, że najlepsze rzeczy są za darmo.

# Ground Zero


Co robiłeś 11 września 2001 roku? Co robiłeś, gdy świat zamarł z niedowierzania? Gdzie byłeś, gdy gdzieś po drugiej stronie świata tyle żyć łamało się na pół? Sama pamiętam ten dzień jak przez mgłę. Miałam 10 lat, jechałam do szkoły, a w radiu wciąż jak mantra chodziła ta sama piosenka. Tragedia 11-stego września odcisnęła nieodwracalne piętno i na nowo ukształtowała świat. Stała się symbolem potęgi i zjednoczenia narodu amerykańskiego. Coś, co miało go zniszczyć – umocniło jak nigdy wcześniej. Choć minęło tyle lat, nigdy nie zakopano dwóch dziur - miejsc, gdzie pięły się ku chmurom dwie pamiętne wieże. Dziś wpada do nich woda, niby potok łez przelanych za kochającym mężem, ojcem, synem. Dwie fontanny, dwa ogromne monumenty otoczone nazwiskami ofiar zamachu. Tuż obok nich wzbija się nowiutka Freedom Tower, najwyższy budynek Stanów Zjednoczonych. To właśnie na jej szczycie znajdziemy niedawno otworzony taras widokowy. Co ciekawe, nowojorczycy nigdy nie zaakceptowali nowej nazwy, już na zawsze będzie to po prostu World Trade Center

Ground Zero Memorial był pierwszym miejscem, które odwiedziłam w Ameryce. Znalazłam się tam zaraz z samego rana, więc obie fontanny miałam wyłącznie dla siebie. Chwila prywatności, zadumy przed tak potężną siłą destrukcji. Brak mi słów, by opisać emocje, które ściskały i wywracały mi brzuch na wszystkie strony. Nie ma innego wyjścia - trzeba doświadczyć to samemu.

Koszt: 0 $

Nowy Jork




Nowy Jork


# Statue of Liberty

Kiedy myślę o Nowym Jorku, pierwszym skojarzeniem są dwie rzeczy – wiecznie kolorowy Times Square i korona otaczająca głowę Statuy Wolności. Być w Nowym Jorku i nie zobaczyć Statuy Wolności to jak nie tknąć kruszonki z babcinego ciasta. Dumnie wyprostowana, z piersią do przodu i pochodnią w dłoni, zielona dama zerka na nas z każdej pocztówki w mieście. Nie ciągnęło mnie na jej szczyt. Po pierwsze – cena ($$), po drugie – uważam, że są lepsze punkty widokowe, które rysują niezapomnianą panoramę Big Apple. Swoją drogą, plotki głoszą, że pół roku (!) to bezpieczne minimum, z którym należy rezerwować bilet na słynną crown. Cóż, pół roku temu nawet przez myśl mi nie przeszło, że właśnie tak spędzę ostatni miesiąc swoich wakacji :)

Jeśli nie korona, to może rejs na Liberty Island, by strzelić selfie z najpopularniejszym pomnikiem świata? Cena śrubuje blisko 20$. Dla mniej wymagających polecam opcję numer trzy. Opcję, z której sama skorzystałam, zostawiając dolary w małej kieszonce mojej portmonetki. Co kilkanaście minut z portu obok Battery Park wypływa prom Staten Island Ferry. Jest to główny środek transportu mieszkańców małej wysepki Staten Island na Manhattan (i z powrotem). Przepływa tuż obok Statuy, co daje nam świetną okazję do a) zobaczenia i b) sfotografowania Statue of Liberty. Po wejściu na pokład od razu skierujcie się do okna i trzymajcie aparat w gotowości. 1, 2, 3… Gotowi? Odpływamy! Moje zdjęcia wrzuciłam już wcześniej.

Koszt: 0 $

# Wall Street

Nowy Jork

Downtown Nowego Jorku to nie tylko obraz krwawej jatki 2001 roku, to również Dystrykt Finansowy, gdzie zapadają najważniejsze decyzje wprawiające w ruch amerykańską gospodarkę. Nie ukrywam, to dla mnie czarna magia. Być może już nigdy nie zrozumiem zasad funkcjonowania tej giełdy. Nie pomógł ani seans „Wilka z Wall Street”, ani „W pogoni za szczęściem”! W pamięć wbił mi się za to widok biegnącego mężczyzny w dopasowanym garniturze i z teczką pod pachę. Krzyk, ekskluzywne dziwki i rzucanie telefonem. Swoją przygodę z Wall Street zaczęłam odrobinę wcześniej – od nowojorskiego byka, maskotki tutejszych maklerów. Legenda głosi, że dotknięcie jego jąder zapewnia szczęście i spory zastrzyk gotówki. Cóż, byka nie poklepałam – nie zostanę milionerką. Widząc zgraję wijących się wokół turystów, skapitulowałam i wycofałam się na bezpieczną odległość. Samo Wall Street nie zachwyciło. Wszędzie ludzie, wszędzie powiewające flagi i ogromne banery reklamowe. Centralny punkt stanowi Federal Hall z brązowym pomnikiem Jerzego Waszyngtona. To właśnie tutaj, w ówczesnym ratuszu, przyjęto Konstytucję i wybrano pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Koniecznie podreptajcie pod gmach Giełdy Nowojorskiej, a później odbijcie na prawo. Nie ma nic piękniejszego niż zgubić się między szklanymi wieżowcami, by na końcu drogi znaleźć ostatni zakątek, w którym zatrzymał się czas. Dystrykt Historyczny na Stone Street, otoczony XIX-wieczną zabudową kupiecką, codziennie wita zgłodniałych biznesmanów. A propos, nigdy wcześniej zwyczajna obserwacja lunch’u nie dostarczyła mi tyle rozrywki jak właśnie tego dnia.

Koszt: 0 $

Nowy Jork | Wall Street
Trinity church

Nowy Jork | Wall Street
Federall Hall

Nowy Jork
Stone Street

Nowy Jork

„Prawdziwy nowojorczyk skrycie wierzy, że ludzie żyjący gdziekolwiek indziej, muszą w pewnym sensie żartować.”
J. Updike

# just a smile

Mówiąc o Nowym Jorku, nie sposób pominąć zdarzeń, które raz na zawsze wpisały się w historię i mentalność mieszkańców Big Apple. Chciałabym więc zakończyć ten wpis pozytywną nutą, która (mam nadzieję) przykryje melancholijny nastrój. O nowojorczykach osłuchałam się wiele złego  – że egoistyczni, zapatrzeni w czubek własnego nosa, że ambitni, gotowi iść po trupach do zamierzonego celu, że obojętni i nieczuli na ludzką krzywdę. Tym bardziej wielką niespodzianką była sytuacja, która spotkała mnie ostatniego dnia w Stanach Zjednoczonych. Po powrotnym lądowaniu na LaGuardii, stanęłam przed trudnym zadaniem – powrotem do centrum NYC. Okej, w gruncie rzeczy nie było to takie trudne. Lotnisko jest świetnie oznaczone, więc zaraz po odebraniu bagaży stałam już na przystanku autobusu. Problem był jeden – nie miałam ani naładowanej karty metro, ani wyliczonych drobnych, by zakupić bilet w automacie. I gdy tak uparcie starałam się uzbierać 2 $ z brzęczących miedziaków, usłyszałam za sobą głos. Propozycję pomocy od dużej postury murzyna z dredami i wełnianą czapką na głowie. Zaoferował mi swój bilet i krok po kroku wytłumaczył, na którym przystanku powinnam wysiąść. Niby nic, po prostu czysta ludzka dobroć, a ja do końca dnia nie przestałam się uśmiechać.

Koszt: 0 $

Nowy Jork

Love & hate New York


Jeśli ktoś poprosiłby Was o ułożenie swojej podróżniczej bucket list, jestem pewna, że Nowy Jork i jego rozświetlony Times Square nie schodziłyby ze szczytów top10. To miasto – marzenie. Miasto, które co noc śni się mniejszym i większym podróżnikom. Miasto, gdzie rozwiane loki Carrie Bradshaw znikają w drzwiach żółtej taksówki, a Serena van der Woodsen opuszcza salon z nową parą butów od Manolo Blahnika.
Women come to New York for the two L’s: labes and love, a ja powiedziałabym więcej – by poczuć smaki i zapachy, usłyszeć muzykę ulic, by utonąć w atmosferze, której nie odtworzy żadne inne miejsce na świecie.

Nowy Jork


Nowy Jork trzymał mnie w napięciu od pierwszego kroku, który postawiłam za granicą kraju. Byłam przygotowana – ciekawość rosła z każdą kolejną informacją, którą czytałam na jego temat. Spojrzałam przed siebie i… przepadłam w objęciach rozczarowania. Dziś, kilka tygodni po powrocie, myślę, że stałam się ofiarą pułapki, która sama na siebie zastawiłam. W końcu dokładnie to samo już kiedyś się zdarzyło. O Paryżu marzyłam na długo przed tym, zanim postawiłam stopę na francuskiej alejce. Czytałam, oglądałam i po cichu odliczałam dni, godziny, sekundy aż zatopię ząbki w kolorowych makaronikach. W myślach wciąż wspinałam się po stopniach wieży Eiffla, a widok, który się z niej roztaczał, za każdym razem zapierał mi dech w piersiach. Do Paryża pojechałam w lipcu 3 lata temu i wróciłam z grymasem na twarzy. To przecież w ogóle, ale w ogóle, nie był Paryż z moich snów. Nowy Jork skonfrontował moje mydlane wyobrażenia z rzeczywistością. Znów znalazłam się w wielkim mieście, gdzie gubiłam się wśród tłumu pędzących gdzieś ludzi. W mieście konsumpcji, nastawionym za wszelką cenę na zysk. Znów było brudno i parnie, a metro witało gorącą parą z ust zgrzanych ludzi. Za dużo wszystkiego. Fotografia stała się rosyjską ruletką – ilu przypadkowych turystów będzie dziś pozować w tle mojego kadru? I niebo, to brudne, tłuste, szare niebo wiszące nad moją głową. Nowy Jork wywarł na mnie fatalne pierwsze wrażenie.

Sto razy myślałem: Nowy Jork to katastrofa, a pięćdziesiąt: To piękna katastrofa. (Le Corbusier)

Wielkie Jabłko dostało drugą szansę i wykorzystało ją najlepiej, jak potrafiło. Może Nowy Jork nie uwiódł mnie tak, jak powinien i wciąż będę mieć do niego mieszane uczucia, ale z ręką na sercu powiem, że warto. Warto, bo istnieją przynajmniej 3 powody, dla których nie zastanawiałabym się dwa razy i jeszcze dziś siedziała znów na pokładzie samolotu.


# Brooklyn Bridge


Kilka dni temu, siedząc w kinowej sali i uśmiechając się od ucha do ucha podczas projekcji The Intern (swoją drogą, jedna z lepszych komedii ostatnich lat!), zobaczyłam zdjęcie Mostu Brooklińskiego. Poczułam falę znajomego ciepła, a serduszko tęsknie zatłukło dwa razy szybciej. Przez ten moment znów wędrowałam tam i z powrotem, ściskając aparat i dzielnie wymijając kolejne let me take a selfie grupy turystów. Brooklyn Brigde stał się okropnie ważnym punktem mojej podróży - przełamał pierwsze lody i dostarczył zupełnie nowy kąt spojrzenia na Manhattan. Pogłaskał mnie po główce i utwierdził w przekonaniu, że nie warto spisywać na straty burzliwego związku Madź-NY. Może to tylko kilka starych cegieł i rząd samochodów sunących pod twoimi nogami. Może to tylko ten stary pan sprzedający zimną wodę za 1$. A może to magia unosząca się w powietrzu za każdym razem, gdy odwracasz głowę i patrzysz w tył.

Przygoda nie kończy się wraz z zejściem z mostu. Tuż pod jego nogami, na wschodnim wybrzeżu East River rozciąga się zielony teren Brooklyn Bridge Park. Okej, nie są to Pola Marsowe pod Wieżą Eiffla, ale za krótki spacer platformą widokową oddałabym trzy dni na Downtown Manhattan.





# Central Park

Gdybym miała wybrać tylko jedno miejsce, do którego wróciłabym jeszcze raz, wskazałabym Central Park. Serce Manhattanu, 340 hektarów zieleni otoczonych drapaczami chmur. Jestem pewna, że mieszkając w Nowym Jorku, to właśnie tam spędzałabym większość swojego czasu - w cieniu rozłożystego wiązu z dobrą książką na kolanach. Duży podziw budzi nie tylko jego projekt i historia (wybudowany na istnym odludziu, terenie mokrym i bagnistym), ale przede wszystkim to, ile wysiłku (i pieniędzy) wkładają Amerykanie w jego utrzymanie. Central Park stał się symbolem miasta, gdzie życie toczy się w zawrotnym tempie; swoistą przypominajką, że czasem trzeba się zatrzymać, zamknąć oczy i posłuchać śpiewających ptaków. A mówiąc krótko i na temat – jest P-R-Z-E-Ś-L-I-C-Z-N-Y. Na jego eksplorację poświeciłam 2 dni i nie żałuję ani jednej sekundy, którą tam spędziłam. Park jest ogromny, skrywa w sobie wiele zakamarków, które tylko czekają na swoje odkrycie. Jest tu zoo, z którego uciekły zwierzęta z Madagaskaru, most, na którym kręcono Spidermana, Lennonowskie Strawberry Field, gdzie wciąż rozbrzmiewa Imagine all the people… Znajdziemy nawet pomnik polskiego króla. I The Mall, aleję wiązów, która skradła moje serce. Central Parku nie można zwiedzać z mapą w ręku. Trzeba, po prostu trzeba, się w nim zgubić i zwątpić, że wciąż jesteśmy w Nowym Jorku.


Zakochałam się w Central Parku, tak jak zakochał się w nim mój Nikon. Efekty naszej pracy znajdziecie dwa posty niżej

# Night and the city

Empire State Building


Mówi się, że Nowy Jork to miasto, które nigdy nie zasypia. Na roziskrzonym Times Square od rana do nocy kłębią się tłumy ludzi, a blask neonów nad 7th Avenue jest dobrze widoczny nawet z drugiego końca wyspy. Wystarczyło mi tutaj zaledwie kilka godzin, by dojść do wniosku, że Big Apple powinno się zwiedzać TYLKO nocą. Podczas gdy dzień tonie w szarych smugach smogu, zachód słońca otwiera wrota do zupełnie innej rzeczywistości. W jednej chwili rozbłyskają wszystkie światła, to czas i miejsce na prawdziwy spektakl. See the city by night and feel the difference. W tamtej chwili chodziłam z zadartą głową. Tak, byłam w Matrixie.

Nie ma lepszego miejsca na doświadczenie nowojorskiej nocy niż jedna z platform widokowych najwyższych drapaczy chmur. Na chwilę obecną Nowy Jok oferuje nam trzy takie punkty: Rockefeller Center, Empire State Building i nowo otworzona Freedom Tower (World Trade Center). Długo wahałam się między jednym a drugim wyborem. Postawiłam na taras widokowy na Rockefeller Center – choć jest najniższy wśród trzech gigantów, z jego szczytu rozpościera się niesamowity widok na a) Central Park i b) Empire State z drugiej strony. Widoki, których się nie zapomina, rekompensują dość wysoką cenę całego przedsięwzięcia (ok. 30$). Chcąc wycisnąć z Rockefeller jak najwięcej, wjechałam na szczyt tuż przed zachodem słońca. Niestety nisko wiszące, gęste chmury skutecznie utrudniły obserwację wieczornego nieba. Bilet na jeden z drapaczy warto kupić wcześniej przez Internet, omijając tym samym stanie w długich kolejkach.







Dla porównania Times Square nocą i wczesnym porankiem. Tu cały czas coś się dzieje. Ludzie, światła, sklepy, światła, czerwone schodki, światła, Broadway i oczywiście kawa ze Starbucks’a.

Swoją drogą, mnie też przydałaby się gorąca filiżanka kawy. Miłego dnia, people

To the point

W Ameryce miałam znaleźć się już 3 lata temu. Propozycja wyszła od wujka, który właśnie wrócił zza drugiej strony oceanu. To właśnie wtedy pierwszy raz usłyszałam o rodzinie, która wyemigrowała do Stanów. Dlaczego więc nie skorzystać z tak niesamowitej okazji – poznać ją bliżej, a przy okazji zobaczyć na własne oczy tą wielką i tajemniczą Amerykę, którą do tej pory znałam tylko z filmów? Sama myśl napawała mnie ekscytacją. Zero stresu, w końcu nie byłam sama - miałyśmy jechać we dwie. Przygotowania poszły w ruch i kiedy już szczęśliwa ściskałam swoją wizę, jedno małe zaproszenie przekreśliło naszą wyprawę. Zaproszenie na ślub w Belgii, które otrzymała moja kuzynka postawiło ją w dylemacie – albo jedno, albo drugie. I mimo jej zapewnień ‘ możesz jechać sama’, odpuściłam. Wizę przyznano mi na 10 lat. Wiedziałam, że jeszcze nadejdzie ten odpowiedni MÓJ czas, w którym ją wykorzystam.

Pytanie, dlaczego właśnie teraz? Trzy lata to kupa czasu, która nieźle nawojowała w moim życiu. Przeżyłam rzeczy, o których wcześniej nawet nie śniłam – hiszpański autostop, Erasmus w Walencji czy pierwszą samotną podróż. Przede wszystkim dojrzałam, stałam się bardziej pewna siebie i pewna ideałów, którymi kieruję się każdego dnia. Dojrzałam do podjęcia TEJ decyzji - jeśli nie teraz, to nigdy. Z zapałem czytałam kolejne wpisy dziennik_międzymiastowy, słuchałam o wyprawie za ocean, którą planował Maciek i ściskało mnie w dołku. Ja też tak chcę, ja też chcę to przeżyć. I wiecie co? Nagle przestałam się bać.

Stany Zjednoczone | USA | informacje praktyczne
Madison Square



Trochę konkretniej.

Mam cichą nadzieję, że to prawo już za kilka lat będzie tylko słodkim wspomnieniem, ale póki co, chcąc wkroczyć na terytorium Stanów Zjednoczonym, podstawą jest posiadanie ważnej wizy amerykańskiej. Wszystkich potrzebnych informacji udzieli wujek google, z mojej strony dodam tylko, że warto się za to zabrać dużo wcześniej niż później. Cała procedura musi swoje potrwać, a konsulat nie jest pierwszym lepszym urzędem, do którego wchodzisz i wychodzisz z podbitym papierkiem. Koszt wizy to przyjemność warta 160$ i co ważniejsze – nawet płacąc, nie masz gwarancji ani że ją otrzymasz, ani że spodobasz się celnikowi tuż przed oficjalną granicą państwa. Status studenta działa tu zdecydowanie na naszą korzyść. Warto zawczasu przygotować sobie dokładny adres osoby lub miejsca, w którym się zatrzymamy. Pytają o to praktycznie na każdym kroku. To samo tyczy się planowanego terminu pobytu i miliona innych niezwykle istotnych kwestii. Przykładowo, na JFK dostałam podejrzliwe pytanie, czy aby na pewno nie powinnam właśnie zaczynać zajęć na studiach i czy przypadkiem nie zamierzam przemycać dużych hajsów ;)

Brooklyn Bridge Park




Bilety do Stanów to, żadna nowina, kosztowna sprawa. Warto polować na okazje i rezerwować je z dużym wyprzedzeniem, omijając najbardziej chodliwe daty. Najtaniej z Polski dolecimy do JFK (Nowy Jork) z przynajmniej jedną przesiadką. Sama nie miałam dużego pola do popisu, zabierając się za wszystko zaledwie miesiąc wcześniej. Poratował mnie skyscanner, dzięki któremu wpadł mi w łapki całkiem niezły bilet i to dokładnie w wybranym przeze mnie terminie. Z skyscanner korzystałam później wielokrotnie. Uwielbiam ich opcję najtańszego miesiąca i alertu cenowego. Takim sposobem znalazłam bilet z Florydy do Nowego Jorku za niecałe 20$ - taniej niż 26-godzinne tłuczenie się napakowanym busem.

Po doświadczeniach z tanimi liniami, 7-godzinny lot do Stanów był dla mnie przeżyciem na skalę przejścia mostem Brooklyńskim (o tym następnym razem). Nigdy wcześniej nie leciałam tak dużym, bo aż dwupiętrowym, samolotem. Każdy pasażer miał przed sobą mały ekranik – in-flight entertainment system, na którym można było obejrzeć wybrany film, odcinek serialu, posłuchać muzyki czy zagrać w snake’a. Tak więc, lot małej Madzi minął pod znakiem Disney’owskich kreskówek. W drodze powrotnej porwałam się na ambitniejsze Still Alice i wciąż rozpiera mnie duma, że gubiłam się tylko przy bełkocie Kristen Stewart. Zostałam porządnie nakarmiona, otulona kocykiem i wszystko to, oczywiście, w klasie ekonomicznej. Tylko klasycznego zdjęcia z okna brak, a widok zabudowy Manhattanu ala klocki lego czy roziskrzonego nocą Miami to coś, co w tamtej chwili tak bardzo chciałam zatrzymać.


Statue of Liberty

Planując swoją podróż, od początku wiedziałam, że nie będę tkwić w jednym miejscu i smażyć  tyłka na plaży. Musiałam być w ciągłym ruchu i wycisnąć z niej możliwe maksimum. Pytanie, jak przemieszczać się w Stanach? Najtaniej – autobusem. W Ameryce funkcjonuje odpowiednik naszego PolskiegoBusa, Megabus, gdzie ceny biletów zaczynają się już od 1$. Ogromnie znaczenie ma czas, im szybciej, tym większa szansa, że załapiesz się na najlepszą ofertę. Takim sposobem kupiłam trzy bilety w łącznej cenie 4$. Tam, gdzie nie zdążyłam, z pomocą przyszła mi linia Greyhound. Ceny nie były już tak zachęcające, ale z pewnością dużo niższe niż transfer pociągiem. O ile pierwszy odcinek Nowy Jork – Filadelfia (18$) pokonałam bez przeszkód, podczas drugiego Filadelfia – Waszyngton (33$) czekała mnie niemiła niespodzianka. Mój bus został odwołany, o czym dowiedziałam się dopiero po dwóch godzinach oczekiwań. Zero wiadomości, być może tak trudno wysłać głupiego maila. Co prawda, sytuacja została szybko opanowana – zmieniono mi bilet (ten sam dzień, kilka godzin później). A że ktoś gdzieś tam na mnie czekał…

Dwa razy zdecydowałam się na samolot. Po pierwsze, odległość była zbyt duża. Po drugie, jak wspomniałam wyżej, cena biletu była zbliżona a nawet niższa niż koszt pokonania tej samej trasy autobusem. Hołd przed skyscanner. O czym trzeba pamiętać? Większość amerykańskich linii działa podobnie jak Ryanair – w cenę wliczony jest bagaż podręczny, za większy check-in bagaż trzeba płacić dodatkowo ok. 25$. Każda linia ma inne restrykcje dotyczące wagi bagażu, tu 18 tam 22 kg to spora różnica. Wszystkie cenne sprzęty – laptopy, aparaty – zabieramy ze sobą na pokład. Może to tylko moje szczęście, ale American Airlines udało się zgubić moją walizkę. Na bezpośredniej trasie! Miami witałam więc w pożyczonych ciuchach, a swoje rzeczy odzyskałam dopiero następnego dnia.


Całą drogę śmiałam się, że to ze mną musi być coś nie tak. Gdziekolwiek byłam, mały złośliwy chochlik czaił się za moimi plecami. Odwołał autobus, zgubił walizkę, przegonił aligatory z miejsca, gdzie ZAWSZE się wylegują czy pochmurzył niebo, gdy szykowałam się na najpiękniejszy zachód słońca. Dwa razy! Natura upomniała się o równowagę za to szczęście, że w każdym z tych miast nie musiałam martwić się o bratnią duszę i kąt do zmrużenia oka.

Kończąc dzisiejszą część organizacyjną, nie można zapomnieć o trzech rzeczach: ubezpieczenie (!), przejściówki z amerykańską wtyczką i telefon. Nie każda komórka będzie poprawnie działać w Stanach. Warto sprawdzić ją przed wyjazdem - powinna być czteropasmowa i odbierać amerykańskie częstotliwości GSM. Istnieje również alternatywa zakupu jednorazowego telefonu, poużywam i do kosza. Będąc w Stanach 3,5 tygodnia i namiętnie komunikując się z rodziną, zdecydowałam się na zakup amerykańskiej karty sim. Najpopularniejszą siecią jest tam AT&T, koszt ich miesięcznej karty na nieograniczone rozmowy i wiadomości to 30$, taka sama karta z pakietem Internetu 1,5 GB to wydatek 45$.

Zostawiam kilka zdjęć na smaka, a ja powoli zacieram rączki na relację z NYC.

About being alone

Nowy Jork | samotna podróż | samotne podróżowanie

Nigdy wcześniej nie przeżyłam TAK dużo w TAK krótkim czasie, jak w ciągu ubiegłego miesiąca. Wrzesień dostarczył mi wrażeń, niesamowitych wrażeń, które odcięły grubą kreską pewną część mojego życia. Fundamenty, po których jeszcze wczoraj stąpałam pewną nogą, dziś chwieją się na wszystkie strony. Patrząc wstecz, sama łapię się za głowę. Aż ciężko w to uwierzyć, jak wiele może zmienić coś tak ulotnego jak czas – czas dany samej sobie, czas 24/7 z samą sobą i moment, w którym liczysz się tylko ty i myśli buzujące w twojej głowie.





Tak, moja podróż była spełnieniem moich marzeń. W jednej chwili znalazłam się po drugiej stronie oceanu, tak daleko od domu, otoczona wzbijającymi się pod niebo drapaczami i ludźmi, którzy raz na zawsze wpisali się w moją historię. Było wiele ochów i achów, otwartej ze zdumienia buzi i podziękowań ze łzami w oczach. Tak, moja podróż była darem od losu. Nie zmienia to jednak faktu, że była również okropnie ciężkim doświadczeniem. Przeżyciem, które nieraz chciałam czym prędzej zakończyć i znaleźć się z powrotem w swoim łóżku. Wiele osób mówiło mi, że jestem odważna. Sama określiłabym siebie zupełnie inaczej – naiwna i przede wszystkim nieświadoma. Samotne podróże nigdy nie są łatwe, jak łatwe nie jest zmaganie się każdego dnia z wybuchową mieszaniną tęsknoty, samotności i szczypty lęku. To prawda, poznałam cudownych ludzi, którzy otoczyli mnie swoją opieką i sprawili, że tam, w tej dzikiej Ameryce poczułam się jak w domu. Poznałam ludzi, których nazywam swoją rodziną, choć tak naprawdę jeszcze dwa lata wcześniej nie wiedziałam, że ktoś taki w ogóle istnieje. ‘Dziękuję’ tak mało znaczy, a ja tak wiele chciałabym im powiedzieć. A jednak nie kryję tego, że było trudno – tak, jak trudne może być spotkanie z zupełnie obcą osobą.

G. napisał mi kiedyś, że podróż w samotności jest jak pobicie rekordu na pustym stadionie. Może i wzbudza wiele emocji, ale kiedy nie możesz się nimi podzielić, traci ze swego uroku.




I wiecie co? Bez wahania odbyłabym ją jeszcze raz. Tak, samotna podróż niesie z sobą cały wór trudności. Pot, łzy i zgrzytanie zębów. Będziesz płakać, będziesz tęsknić, będziesz gdzieś zupełnie sam. A jednak z jakiegoś powodu warto, z jakiegoś powodu coraz więcej ludzi przestaje się bać. Podróż sam ze sobą niesie również wiele mądrości – szacunek do drugiego człowieka i przede wszystkim do samego siebie. Cele ulegają przewartościowaniu, a coś – najzwyklejsza błahostka – urasta do rangi dużego wydarzenia. Nigdy tyle radości nie sprawił mi uśmiech przypadkowej osoby czy łabędź, który jadł prosto z mojej ręki. Nauczyłam się ciszy i spokoju, który często towarzyszył mi w mojej wędrówce. Nauczyłam się pokory i jednej prostej zasady – wszystko zależy ode mnie.

It’s all in your head, Alice.

A na pytanie – ‘nie bałaś się?’ zawsze odpowiem, że mogę zginąć choćby jutro, siedząc w domu przed ekranem laptopa czy przechodząc przez przejście dla pieszych. Chcę więcej od życia, a każda krzywda, której doświadczę, robiąc to, co kocham, jest warta swojej ceny. Nawet jeśli byłaby to cena jednej łzy nad bezkresem oceanu.



   
W USA spędziłam 3,5 tygodnia. Przemierzyłam pięć stanów, zobaczyłam więcej niż zakładałam w najpiękniejszych snach. Floryda chwyciła mnie za serce, kiedy wspomnienie Nowego Jorku wciąż przeplata ambiwalentne uczucia. Znów jadłam za dużo, spałam za mało, a łydki spuchły mi już pewnie na zawsze od ilości przechodzonych kilometrów.

Tak, to była podróż mojego życia.


Zostawiam Was dzisiaj z miejscem, które pokochałam od pierwszego wejrzenia. Panie i Panowie – green heart of New York City, Central Park. Ten wpis miał mieć zupełnie inny charakter, na tym blogu robi się coraz bardziej ZA prywatnie ;) Obiecuję, kolejne będą już bardziej konkretne i podróżnicze. Jeśli są rzeczy, które chcielibyście się dowiedzieć o USA, jestem otwarta na sugestie i służę pomocą z pierwszej ręki.

Dobranoc!