... and happy new year!


Ostatnie dni grudnia to nieodłączny czas przemyśleń i podsumowań kończącego się roku. To krótki czas oddechu między świątecznymi przygotowaniami a hucznym przywitaniem sylwestrowej nocy. To w końcu przede wszystkim czas dla mnie - czas, który pozwala mi się zatrzymać, zebrać do kupy najdrobniejsze chwile, wyciągnąć wnioski i z cichą nadzieją spojrzeć w przyszłość. Bo tego roku, jak żadnego innego, wiem, że będzie dobrze. Tak po prostu dobrze.

Rok 2015 był z wielu względów wyjątkowy, przeplatając dni pełne łez i promiennego uśmiechu. Jego początek nie wróżył niczego dobrego. Ostatnie dni walencko – Erasmusowego pobytu stały się dla mnie walką z (do tej pory niewyjaśnioną) reakcją alergiczną. Ni stąd, ni zowąd zostałam czerwoną pandą, a skóra mojej twarzy nigdy wcześniej nie przeżyła podobnego koszmaru. Wstydziłam się zwyczajnie wyjść z domu, co dopiero przejść w takim stanie przez lotniskową kontrolę bagażu. Jak mówił poeta - nie potrafimy docenić zdrowia, dopóki go nie utracimy. Dopiero styczeń pozwolił mi to w pełni zrozumieć. Choć sytuację opanowałam zaraz po powrocie do Polski, do dziś zmagam się z jej przykrymi konsekwencjami.

W lutym przyszedł czas na pożegnanie Calle Yecla i powrót do rzeczywistości. Nigdy nie pomyślałabym, że zaledwie pół roku spędzone za granicą naszego kraju, w Hiszpanii, tak znacząco przyczyni się do zmiany moich poglądów, priorytetów, do ukształtowania mojej osoby i podjęcia decyzji, na które w końcu znalazłam odwagę. Nigdy nie pomyślałabym, że odnajdę swój dom tyle kilometrów stąd, że zachłysnę się światem i już nigdy nie przestanę marzyć i wyciągać rąk po więcej. Pół roku w Hiszpanii sprawiło, że stałam się pewniejsza siebie, pewniejsza swoich umiejętności i tego, czego pragnę w życiu. Przestałam się bać, a zaczęłam wierzyć, że cokolwiek dalej się stanie i gdziekolwiek wyląduję – poradzę sobie ze wszystkim. W końcu uwierzyłam, że jestem dorosła. I mimo, że momentami było cholernie trudno, nie żałuję.

Kolejne miesiące standardowo upłynęły mi na nauce, wkraczaniu w świat real magico literatury latynoamerykańskiej i pisaniu pracy licencjackiej. Oficjalnie zdobyłam wyższe wykształcenie i zostałam dyplomowanym filologiem języka hiszpańskiego. Stałam się na tyle pewna swoich kompetencji, że zaczęłam udzielać korepetycji i odkładać na powrót do Hiszpanii. Już dawno mnie tam przecież nie było ;)

Razem z początkiem października, po rocznej przerwie, wróciłam na UJ i podjęłam odłożoną na bok psychologię. Nie było i nadal nie jest to łatwe – wylądowałam rok niżej, z różnicami programowymi do nadrobienia i samymi nowymi twarzami wkoło. Dawno nie czułam się tak sama i wrzucona w środek czegoś, czego przestałam chcieć być częścią. W końcu chyba i mnie dopadła ta depresja poerasmusowa, którą straszyli mnie znajomi. Potrzebowałam czasu, by dopasować się i wrócić na dawne tory z powoli szlifującym się tematem pracy magisterskiej. Coraz częściej dopada mnie wrażenie, że przestałam czerpać radość ze studiowania. To prawda, odliczam dni do końca tego etapu i niecierpliwie wyglądam w przyszłość.

Rok 2015 pozwolił mi spojrzeć na moje życie z innej perspektywy. Pozwolił mi od nowa je pokochać i wygonić część demonów z mojej duszy. Pokochałam świat, miejsca, które kryją się na każdym rogu, ludzi i ich fascynujące historie. Pokochałam magię i wolność, która nadała sens moim doświadczeniom. Zaczęłam odkrywać i budzić w sobie ciekawość życia. Pragnę czerpać z niego pełnymi garściami i nie wstydzę się tego. Swoją fascynacją światem zaczęłam dzielić się na blogu. Pisałam dużo, po części dla samej siebie, a Was odsyłam do wpisów, które sprawiły, że ten rok był tak wyjątkowy:

* Wenecja [1]
* Stany Zjednoczone i Nowy York [1, 2, 3, 4]
* Neapol [1, 2, 3]

A 2016? Skrycie marzę, by stał się rokiem zmian. Witam go z nadzieją i oczekiwaniem tych pięknych dni, które z sobą niesie. Wiem, że będzie dobrze, bo nauczyłam się jednej najważniejszej rzeczy – wszystko, czego pragniemy jest na wyciągnięcie ręki. Tylko i wyłącznie od nas zależy, czy po to sięgniemy. A postanowień nie ma i nie będzie, bo nigdy nie potrafię ich dotrzymać ;)

Trzymajcie się ciepło i do zobaczenia w nowym roku! M.

Autostopem w chmury

co zobaczyć | informacje praktyczne | Wezuwiusz


Region Kampanii to nie tylko Neapol, mafia i uliczne śmieci. To przede wszystkim historia, tragiczna historia ludzi pogrzebanych w wulkanicznym pyle i śmiercionośnej mocy Wezuwiusza. Jestem pewna, że każdy z Was choć raz słyszał nazwę Pompeje. Może na lekcji historii, omawiając dzieje starożytnego Rzymu czy historii sztuki, zgłębiając tajniki budowy doryckich kolumn. Pompeje to małe miasteczko położone w południowych Włoszech u stóp potężnego Wezuwiusza. Miasteczko, którego mieszkańcom pewnego dnia raz na zawsze odebrano radość oglądania słońca. Nic nie zapowiadało zbliżającej się tragedii. Był 79 rok, kiedy spokojne popołudnie przerwał gwałtowny wybuch wulkanu. W górę wzbiły się wysokie słupy ognia, a niebo zasnuły czarne chmury. Zabójcza mieszanka trujących gazów, rozżarzonych odłamków skalnych i popiołu wulkanicznego zniszczyła miasto i spowodowała śmierć ok. dwóch tysięcy ludzi. Warstwa pyłu, która pokryła Pompeje sięgnęła 5-6 m grubości, nie było mowy o ratunku.

Pojawiło się też tyle pyłu, że jego część dotarła aż do Afryki, Syrii i Egiptu; dotarł też do Rzymu, wypełnił nad nim niebo i zakrył słońce. (Dion)

Paradoksalnie, zastygająca lawa uczyniła wiele dobrego z archeologicznego punktu widzenia. Wiele budynków i elementów infrastruktury Pompei do dziś zachowało się w doskonałym stanie, pozwalając nam na spacer prawdziwymi uliczkami antycznego miasta. W kilku miejscach odnajdziemy autentyczne ludzkie szczątki unieruchomione w czasie, które pozostały w niezmienionej pozie przez tysiące lat. Są one i na zawsze pozostaną przerażającym świadectwem kampańskiej tragedii. 






Na Pompeje spokojnie można poświęcić cały dzień. W końcu to tutaj czas magicznie stanął w miejscu. Ze swojej strony zachęcam do zrezygnowania z mapy i zgubienia się między ruinami, nie wiedząc co odkryje kolejny zakręt. Zabawa w odkrywców sprawiła nam ogromną przyjemność. A można znaleźć tam prawdziwe perełki – teatr rzymski, amfiteatr, gdzie niegdyś walczyli gladiatorzy, forum z Bazyliką czy dobrze zachowane termy. Radzę nigdzie się nie spieszyć i zaglądać, gdzie tylko się da – w ten sposób całkiem przypadkiem odkryliśmy kilka prywatnych domów z przepięknymi wewnętrznymi ogrodami. Jedna z ścieżek wyprowadziła nas poza miasto na małe wzniesienie z królującym rozłożystym drzewem. Trzy kroki i piękne Pompeje leżały pod naszymi stopami. Brakowało mi jedynie widoku śpiącego Wezuwiusza. Cóż, pogody i smogu się nie wybiera ;)

Jak dojechać? Z Neapolu kolejką Circumvesuviana (ok. 30-40 min).

Wstęp do Pompei: 7-10 euro (z Artecard za free








Nasz kolejny ruch łatwo było przewidzieć. Po dniu spędzonym w Pompei nie było mowy o opuszczeniu Kampanii bez wdrapania się i zajrzenia w krater Wezuwiusza. Byłam bardzo podekscytowana całą sprawą, w końcu nigdy wcześniej nie widziałam prawdziwego wulkanu. Tym bardziej drzemiącego pod moimi nogami i w każdej chwili gotowego, by ponownie przypomnieć światu o swoim istnieniu.

Na szczyt Wezuwiusza prowadzi kilka dróg. Dość regularnie (mniej więcej co godzinę) kursują tam prywatni przewoźnicy. Można ich znaleźć zarówno przed wejściem do Pompei, jak i u progu drugich słynnych scavi – Herculanum. Koszt takiej przyjemności to bagatela 10 euro. Szybko kalkując nasze wydatki i dodając kolejne 10 euro za wstęp do samego „parku”, zrzedła nam mina. Co jak co, ale 20 euro trochę nadszarpuje studencki budżet ;) Przeczytaliśmy kilka blogów, sprawdzili trasę w googlemaps i przy wieczornym winie podjęliśmy decyzję, że zdobędziemy Wezuwiusza na nogach. Dwie godziny marszu ze stacji w Torre del Greco nie zapowiadały się tak źle. Bojowo nastawieni pięliśmy się pod górę, pięliśmy się i pięli, czas płynął nieubłaganie, a końca nie było widać. Swoją drogą, nie istnieje żaden specjalnie wytyczony szlak, a przy braku nawet głupich strzałek szybko zwątpiliśmy, czy idziemy we właściwą stronę. Raz na jakiś czas mijały nas kolejne auta, a sama okolica wydawała się nieco wyludniona. Potrzebowaliśmy tylko jednej informacji: daleko jeszcze? Gdy więc zobaczyliśmy zaparkowany po drugiej stronie jezdni samochód, to tam od razu skierowaliśmy swoje kroki. Rozmowa z Neapolitańczykiem przy znajomości włoskiego na poziomie A1 okazała się prawdziwym wyzwaniem. Dość, że zrozumiałam, że w ch** daleko. Pan trochę się miotał, a ja wyłapywałam kolejne słówka. Bardzo daleko, nie mogę was podwieźć, policja, pieniądze, taksówka, drogo, co wy tu w ogóle robicie. Po czym stwierdził, że jest dobrym człowiekiem i wskazał nam na swój samochód. Takim sposobem, uśmiechając się i kiwając głową, zupełnie się o to nie prosząc, złapaliśmy stopa ;) I NIE, zapewniam Was - 2 godziny marszu w górę to czysta bzdura. Droga minęła nam już szybko: pięknie, bieda, kawa, pizza mojego ojca, zapraszam, jakie widoki, Wezuwiusz, nie boję się, dobry człowiek. Uwielbiam przez duże „U” styl jazdy Włochów – szarżowanie i wyprzedzanie na wąskich, krętych górskich zakrętach skutecznie podnosi ciśnienie.

Pobyt na szczycie Wezuwiusza zajął nam może godzinę, półtorej czasu. I wiecie co? Okropnie warto i cóż, zapłaciłabym nawet 20 euro za jeden rzut okiem we wnętrze dumnego krateru. Przez chwilę byliśmy świadkami historii, świadkami mocy i siły zniszczenia. Tego dnia pogoda nie dopisała, nie zobaczyliśmy z góry ani Neapolu ani szczątek Pompei. Ciężko mi jednak tego żałować. Gęste chmury spowiły cały krater, dostarczając nam wrażeń niedoopisania. Dosłownie, byliśmy w niebie. Do miasta wróciliśmy również na stopa, jak szaleć to szaleć. Jadąc w dół, dziwiłam się, że tylu ludzi buduje swoje rezydencje, stawia hotele na zboczu wulkanu. Był 13 listopada i wydarzenia piątkowej nocy pozwoliły mi to zrozumieć. Po co bać się natury, skoro najgorsze potwory to sami ludzie? 





***

Moi drodzy, z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia chciałabym życzyć Wam tylko jednego. Odnalezienia w sobie dziecka, które wierzy w magię i z napięciem przyciska nos do szyby w poszukiwaniu pierwszej gwiazdki. Życzę Wam, by ten czas znaczył coś więcej niż tylko uszka w barszczu i prezenty pod choinką. By pochłonąć atmosferę i oddać jej całe serce.

Trzymajcie się ciepło, M.

Let's make a social ad

W ramach jednego z kursów na studiach podjęłam się ambitnego zadania nakręcenia reklamy społecznej. Tym bardziej ambitnego, że moje zdolności profesjonalnego filmakera pozostawiają wiele do życzenia. Koniec końców, skończyłam z lustrem, rozstawionym statywem na środku zatłoczonej Floriańskiej, ze źle ustawioną ostrością i przeciążoną kartą pamięci. I choć sam film jest efektem 15-minutowej zabawy i kilku kliknięć w najprostszym programie edytorskim, moje kreatywne potrzeby zostały zaspokojone ;)

Już jakiś czas temu wpadł mi do głowy pomysł sklecenia kilku kadrów. Zadanie z Applied Social Psychology stało się świetną okazją, by go zrealizować i nagiąć pewne teoretyczne ramy. O co właściwie chodzi? Moja koncepcja miała być przede wszystkim prosta i symboliczna. Poruszony problem dotyka aspektu, który stanowi nieodłączny element większości zaburzeń psychicznych. Często ludzie, którzy doświadczają wewnętrznego rozłamu, wycofują się ze swoim życiem. Nie rozumieją, co się z nimi dzieje i w którym miejscu coś poszło nie tak. Czują się odosobnionymi w swoim bólu dziwakami, wyrzutkami natury, do których nikt nie będzie w stanie dotrzeć. Zapominają o podstawowej rzeczy. Zapominają, że oprócz nich, coś podobnego dzieje się z ok. ¼ całej populacji i że istnieją ludzie - specjaliści, którzy mogą im  pomóc. Dużą zasługę można przypisać tutaj mediom, które stygmatyzują i żywią się przypadkami szaleńców. Kreują i zarabiają grube miliony na negatywnym wizerunku osoby chorej psychicznie. Wytykają ich palcami, nakręcając błędną spiralę niezrozumienia i zawiści.

Kampania, którą przygotowałam ma dwa podstawowe cele. Po pierwsze i najważniejsze, ma za zadanie uświadomić chorym, jak duży procent ludzi dotyka to samo co ich. Uświadomić im, że ich doświadczenie nie jest jednostkowe, a więc dokładnie w tym samym momencie, choćby gdzieś na drugim końcu świata, wciąż odtwarza się ten sam koszmar. Idąc dalej, reklama stara się zasygnalizować problem stygmatu chorego psychicznie. Remember that, you are not a frek. Swoją drogą, jak pisała dziewczynazjednymokiem - w pewnym sensie wszyscy jesteśmy nienormalni. Ale dziś nie o tym.

Zdaję sobie sprawę, że kampania ma wiele słabości. Ciężko nazwać ją prawdziwą reklamą, a pół roboty odwala dobra muzyka. Mimo wszystko stworzyłam coś, a na swoich błędach jeszcze wiele się nauczę. Dziś zostawiam Was z cichym niedopowiedzeniem, a tuż przed świętami wrócę z ostatnią porcją kampańskich zdjęć. 


See Naples and die

Już po jednym dniu w Neapolu wiedzieliśmy, że jest to dziwne miasto. Głośne, wielokolorowe i pełne kontrastów. Można je kochać lub nienawidzić. Mnie z pewnością zaintrygowało i rozpaliło iskrę ciekawości. Spędziłam cztery aktywne i wyczerpujące dni pod śpiącym Wezuwiuszem, a jednak nie czuję się nasycona. Mam nieodparte wrażenie, że zaledwie liznęłam tajemnicy Neapolu, a tak wiele wciąż pozostało do odkrycia. G., kiedy wracamy?

Przygotowując się do wyjazdu, lubię wcześniej zrobić mały research. Nie chodzi tylko o wypunktowanie miejsc, które trzeba zobaczyć. Czytam blogi, relacje, wsłuchuję się w słowa autorów, ich obawy i zachwyty. Zwracam uwagę na drobne niuanse, które pomogą mi odnaleźć się w nowym, nieznanym dotąd miejscu. Atmosfera, która unosiła się wokół Neapolu, od samego początku była niezwykła. To miasto – narkotyk, uzależnia i ciągnie ku sobie, mimo całej swojej brzydoty i przeciętności. Jak mawia Shrek – jest jak cebula, każdy zakręt ulicy odkrywa nową warstwę. Cuchnąca biedota rozkłada się pod ścianą dworca, gdy kilka przecznic dalej sprzedają najlepszą pizzę w mieście, a gwar centro storico nie cichnie do samego rana. Mówi się, że tylko tu – na południu – poznasz prawdziwe Włochy. Biedne, zaniedbane, z wybuchowym temperamentem i zadziornym pazurem. Zwiedziłeś Rzym, Wenecję, Mediolan…? Nic nie widziałeś. Nie bałeś się za każdym razem przebiec przez ulicę, a migoczące gwiazdy umilały ci nocny spacer? Nic nie przeżyłeś. Rozdźwięk między bogatą północą, a ubogim południem rzuca się w oczy na każdym kroku. Dosłownie - spójrz w dół na ilość śmieci leżącą pod twoimi nogami. Okej, jeszcze kilka lat temu ulice porastały kilkumetrowe wysypiska śmieci. Dziś byłam mile zaskoczona, nie widząc tych gór plastikowych worków, choć wciąż ciężko użyć tu słowa „schludny”. W Neapolu rządzi bezprawie, ludzie żyją i jeżdżą jak chcą, trąbiąc i wymijając pieszych na przejściu. Gdy poobijane maski to standard, kto zawracałby sobie głowę czymś tak prymitywnym jak kask na skuter? Musisz być (genialnym?) idiotą, siadając za kierownicą i porywając się na szaleństwo, jakim jest przejechanie tutaj dwustu metrów. Miasto w szachu trzyma Kamorra, neapolitańska mafia. Kręci nielegalny biznes, a słowo sprzeciwu przypłaca się życiem. Bez obaw. Mafia lubi turystów, w końcu to z turystyki czerpie największe zyski. Po zmroku zostałabym jednak w domu ;)

Napoli | co zobaczyć | co zwiedzić


Ciężko ukryć, że każdy medal ma dwie strony. Neapol nie jest usłany kwiatami, a jednak ma w sobie energię, która codziennie budzi go do życia. To miasto zapisane historią, która ściąga fanatyków ze wszystkich stron świata. Sercem metropolii jest historyczne centrum, centro storico, sieć ciasno splątanych ulic z bielizną wywieszoną w oknach. Co kilka kroków wznosi się potężny kościół czy gruboskóre monasterium. Przyznam się szczerze - nie przyjechaliśmy zwiedzać kościołów, ale wizyty w jednym z nich nie mogłam sobie odmówić. Doumo pod patronatem św. Januarego, miejsce najwyższego kultu i corocznego cudu przemiany krwi świętego z stanu stałego w stan ciekły. Relikwia jest wróżbą pomyślności lub nieszczęść, które spadną na miasto. Legenda głosi, że ostatni raz krew nie rozpuściła się w 1944 roku, kiedy doszło do wybuchu Wezuwiusza. Zaledwie krótki spacer dzieli nas od najsłynniejszej ulicy centrum, Via San Gregorio Armeno. To tutaj znajdziemy większość turystów stłoczonych w mieście. Na całej długości alejki rozpościerają się drobne kramy i sklepiki z tzw. pamiątkowym badziewiem. Warto udać się tam szczególnie w okresie Bożego Narodzenia (licząc od listopada) i podziwiać niezwykły majstersztyk miejscowych artystów - ręcznie robione szopki. To, co zaintrygowało nas najbardziej to małe, czerwone ala’ papryczki chili przewieszki. O co chodzi? To nic innego, jak „czarodziejskie” amulety w kształcie rogu, których zadaniem jest odpędzić Złe Oko i przynieść szczęście. Mało brakowało, a sama wróciłabym z jedną małą chili do Polski.

Napoli

Szopki neapolitańskie

Chili | Neapol
Chili?

Napoli

Tuż obok bazyliki di San Paolo Maggiore znajduje się tajemnicza brama do podziemi Neapolu. Nie można wejść tam na własną rękę, a godziny zwiedzania są ściśle określone. W oczekiwaniu na przewodnika, zaglądnęliśmy do sklepu z słynnym limoncello. Sprzedawca był tak miły, że pokazał nam całą produkcję żółtego trunku i poczęstował małym kieliszkiem. Jesteście z Polski? Wódka! Co to dla was limoncello! Wybiła godzina 18, a my zeszliśmy w dół pod powierzchnię ziemi. Mówi się, że Napoli i jego podziemia to dwa odrębne miasta. Pod deptakiem centro storico ciągnie się imponujący system tuneli i cystern, które w przeszłości pełniły funkcję akweduktów. W czasie II wojny światowej to tutaj skrywali się mieszkańcy miasta, całe tygodnie nie wychylając nosa na światło dzienne. Mieli własną winnicę, małe ogródki, a nawet prowizoryczny szpital. To niesamowite uczucie – z świecą w ręku przeciskać się przez wąskie, ciemne korytarze. Cóż, zdecydowanie odradzam osobom z klaustrofobią. Wycieczka kończy się na terenie starożytnego teatru, dziś zabudowanego mieszkaniami. Jeśli spojrzycie na mapę, wciąż dostrzeżecie charakterystyczne półkole w układzie domów – to tu niegdyś odbywały się widowiska (koszt: 8-10 euro).


Dzielnicę tak zupełnie odmienną, nowoczesną i fancy znajdziemy tuż za rogiem. Spróbujcie gelato na Piazza Dante. Nie od dziś wiadomo, że najlepszy spacer to taki z lodami w ręku ;) Cała via Toledo to kolorowe i świecące skupisko najmodniejszych sklepów. Ludzie, których tu mijamy, są młodzi, eleganccy i zadbani – ogromny kontrast w porównaniu z tym, co widzieliśmy kilometr wcześniej. Nawet nie mając w planach przejażdżki metrem, TRZEBA zaglądnąć na stację Toledo. Nie bez przyczyny uważa się ją za jedną z najpiękniejszych stacji metro na świecie. Trochę kosmiczna, gwieździsta – istne dzieło sztuki. Po drodze na Piazza del Plebiscito wejdziemy do uwieńczonej kopułą Galerii Umberta I, młodszej siostry mediolańskiej Galerii Wiktora Emanuela. Kto był i widział, od razu zauważy łączące je pokrewieństwo. Sam plac zamyka znany na całym świecie Teatr San Carlo, Pałac Królewski i Bazylika Reale San Francesco di Paola z drugiej strony. Zasady słynnej gry miejskiej nakazują przejść z zamkniętymi oczami między dwiema figurami koni. Próbowaliśmy obydwoje i uwierzcie, wcale nie jest to takie proste ;) Wieczorny spacer zakończyliśmy na promenadzie przy Castel dell’ Ovo, całkiem przypadkiem stając się świadkami ognistego zachodu słońca.

Neapol
Via Toledo

Neapol
Toledo (metro)

Neapol
Piazza del Plebiscito

Neapol | Napoli
Galeria Umberto I

Najlepszy widok na miasto rozciąga się ze wzgórza Montesano, z Castel Sant’ Elmo. Przejazdy kolejką i wstęp na mury zamku pokryła nasza czarodziejska Artecard. Uwielbiam ten moment, gdy patrzę w dół, a z mroku wyłania się morze migoczących punktów. Ten moment, w którym uświadamiasz sobie, jak wielkie jest miasto leżące tuż pod tobą. Nic dziwnego, że taras widokowy odwiedzam zazwyczaj w późno-wieczornej porze. Następnym razem zjawię się tam wczesnym rankiem – widok budzącego się Wezuwiusza jest wart każdego poświęcenia.



Na koniec zostawiłam najsmaczniejszy kąsek. Nie jest tajemnicą, że to właśnie w Neapolu narodziła się włoska pizza. Cieniutka, delikatna, hojnie oblana pomidorowym sosem i zapieczona mozzarellą. Pachnąca ziołami i skropiona oliwą z oliwek. Ponoć istnieją tylko dwa rodzaje prawdziwej pizzy – klasyczna Margharita i Marinara (sos, czosnek, oregano). Przy 3 euro za sztukę, pozwoliliśmy sobie każdego dnia próbować ją w innym miejscu. Odwiedziliśmy chwalone w internetach Di Matteo i Sorbillo, gdzie jeszcze przed otwarciem ustawia się kolejka ludzi. Dopiero jednak za radą właściciela hotelu trafiliśmy w najlepsze, choć mniej popularne, miejsce – Mama’s. Jednego wieczoru, jak przystało na prawdziwą wielbicielkę makaronu, zamieniłam pizzę na talerz spaghetti z pomidorami. Już na samą myśl leci mi ślinka. A dla pizzy najlepszym komplementem pozostaje fakt, że jedząc ją, nawet nie pomyślałam o ketchupie ;)

Neapol | Napoli

Przedłużony weekend w Napoli minął zdecydowanie za szybko. Wciąż mam w głowie zapach aromatycznej kawy i smak czekoladowego croissanta. I choć wiem, że prędko tam nie wrócę, szykuję listę miejsc do nadrobienia przy kolejnej okazji. Cóż, jej końca nie widać. Chyba się uzależniłam.