Take me to Miami

co zwiedzić | co zobaczyć | informacje praktyczne | Floryda

Zwykle zapieram się nogami i rękami, że nie lubię dużych miast. Nie lubię drapaczy chmur, które groźnym okiem łypią na mnie spod nieba. Nie lubię życia z zegarkiem w dłoni i ludzi wpadających na siebie na przejściu dla pieszych. Nie lubię kręcących się wkoło turystów, którzy niczym broń wymierzają swoje smartphony w kolejne budynki z renesansową fasadą. Nie lubię być jedną małą, anonimową głową na tle milionowej populacji. Może właśnie dlatego Nowy Jork to zupełnie nie moja bajka. Jasne, nie żałuję żadnej chwili w tym mieście rozpusty, a gdybym miała szansę, już dziś leciałabym tam ponownie. Gdy jednak leżę w łóżku, zamykam oczy i myślę o Stanach, to nie Big Apple utula mnie do snu. Jest takie jedno wyjątkowe, i wcale niemałe, miejsce, dla którego wyrzuciłabym swoje poglądy do kosza.

Mieliście kiedyś wrażenie, że znaleźliście swoje miejsce na Ziemi? Krótkie, ulotne wrażenie, które wrzuca Was w sam środek huraganu uczuć? Przyznaję, jestem bardzo wrażliwa na atmosferę danego miejsca. Czasem wystarczy mi zaledwie chwila, szybkie mrugnięcie okiem i już wiem. W Hiszpanii weszłam do morza i utonęłam w Walencji. W USA zachłysnęłam się florydzkim powietrzem, wpadając prosto w objęcia szalonego Miami.



Brickell

Ciężko powiedzieć, że była to miłość od pierwszego wejrzenia. American Airlines, którymi podróżowałam z Waszyngtonu do Miami, szczęśliwym trafem zgubiły mój bagaż. Myślę, że walizkowy stres potrafią zrozumieć tylko osoby, które choć raz znalazły się w podobnej sytuacji. Być gdzieś na drugim końcu świata i nie mieć przy sobie nawet pary własnych majtek – bezcenne. Okej, zostałam z podręcznym plecakiem, laptopem i lustrem, które, swoją drogą, wyjęłam z walizki tylko na polecenie obsługi lotniska. Nie wiem, co zrobiłabym bez Eddie’go, który zadbał o wszystkie papierkowe sprawy, zaopatrzył mnie w płyn do soczewek, szczoteczkę do zębów i pożyczył kilka ubrań z szafy swojej żony.  Niezależnie od rozmiaru, legginsy i wygodne dresy zawsze będą pasować na każdy tyłek ;)

Dlaczego więc Miami? Na usta cisną mi się trzy powody: palmy, kubańskie rytmy i kokosowe mojito w South Beach. Floryda wywierciła sobie specjalnie miejsce w moim sercu przede wszystkim wyjątkową latynoamerykańską nutą, którą dudnią ulice Miami. Przez tę jedną chwilę znów byłam w Hiszpanii, znów tańczyłam w rytmie reggaeton.

Bayfront Park




Biscayne Bay

Każda dzielnica Miami zamyka w sobie odrębny kawałek świata. Pomalowane mury Wynwood Art District zrzeszają modne i hipsterskie towarzystwo nad filiżanką najlepszej kawy w mieście. Spacer jej ulicami jest prawdziwą ucztą dla zmysłów - barwną, odrobinę schizofreniczną i nad wyraz inspirującą. Pociągnięte pędzlem ściany, chodniki i przejścia dla pieszych nikogo tu nie dziwią. Na ulicy króluje przytłaczający przepych, który ciężko oddać zwykłą fotografią. Nie wiedziałam, w którą stronę kierować lustro, by zabrać to miejsce na zawsze ze sobą.

Miami

Miami

Miami

Miami

Miami

Miami

Kilka przystanków dalej, między nowoczesnością a egzotyką, toczy się życie biznesmanów. Dumny Financial District położony nad zatoką Biscayne Bay przecinają szklane wieżowce i wyskakujące zza rogu palmy. Ulicami pędzą czerwone ferrari, a odpływające co chwila jachty z chęcią wprowadzą nas w życie amerykańskich celebrytów. Wielu turystów decyduje się na rejs, który pozwala im z bliska zobaczyć piękne, warte miliony wille. Chcąc odpocząć od wielkomiejskiego życia, trafiłam do zielonego Bayfront Park, a stamtąd na pobliski Bayside Market. Nigdy wcześniej nie jadłam tak dobrej kubańskiej kanapki, jak właśnie tam. Yumm. Polunchową sjestę spędziłam na tarasie Perez Art Museum, zachwycając się widokiem wyrastających z zatoki autostrad.

Jedna z nich prowadzi na słynną Miami Beach, która każdego dnia wraz zachodem słońca budzi się do życia. Nie ma lepszego, droższego i bardziej fancy miejsca w całym Miami, by dać się ponieść gorączce sobotniej nocy. Ta hałaśliwa i roziskrzona część miasta to jedna wielka impreza. Pyszne jedzenie z różnych stron świata, kubańskie mojito i zabawa do białego rana. Czego chcieć więcej? Może pieniędzy, by za to wszystko zapłacić ;) Obiecałam sobie, że jeśli będę miała szansę się tu znaleźć, bez względu na wszystko wypiję kokosowego drinka. Możecie sobie wyobrazić, jak zrzedła mi mina , gdy zobaczyłam jego cenę – 16 $. Trochę więcej zapłaciłam za powrotny lot do Nowego Jorku, ale cóż, czego się nie robi w Miami.

Port of Miami





Miami Beach
Kokosowe mojito

I w końcu, nie mogłabym zapomnieć o dzielnicy Little Havana – kolebce kubańskich emigrantów. Dzielnicy rodem wyjętej z innego kraju, która zachowała swoją odrębność i odmienną kulturę. Nie bez powodu mówi się, że Miami jest stolicą Ameryki Łacińskiej. Nastawcie dobrze uszu, bo ciężko będzie tu usłyszeć angielskie słowa. Na Calle Ocho mówi i pisze się wyłącznie po hiszpańsku, a stary kowboj skręca przed sklepem kubańskie cygara. Żyje się tu spokojnie, bez typowego pośpiechu Ameryki. Wygrzewa się na słońcu, układając domino i popijając małą czarną. Eddie przyznał mi się, że nienawidzi kubańskiej kawy – okropnie mocnej, ohydnej, a na dodatek zawsze słodzonej. Gdy raz poprosił tutaj o kawę bez cukru, kelnerka wsypała mu jedną łyżeczkę „tak na wszelki wypadek”. Moje ostatnie chwile w Miami, w Little Havana, mają smak kubańskich fritas – ociekającego tłuszczem hamburgera z małymi, cieniutkimi frytkami. Frytki te, z angielskiego „ziemniaczane sznurówki” są tradycyjnym ulicznym jedzeniem na Kubie. Warto było spróbować, ale… nigdy więcej ;)

Calle Ocho

Calle Ocho

Domino Park
Domino Park

Fritas
Fritas

Tak, Miami udało się skraść moje serce i to właśnie je wspominam najlepiej z amerykańskiej podróży. Tym ciężej jest mi uwierzyć, że już za kilkadziesiąt lat może tak po prostu zniknąć z powierzchni ziemi.  Całe miasto już dziś praktycznie stoi na wodzie. Mówi się, że to jeden z głównych powodów tak złego skomunikowania Miami – nie sposób wybudować tu podziemnych stacji metra. Bez zarzutu działa natomiast darmowa, nadziemna kolejka Metromover, która łączy najważniejsze punkty centrum.

Odwiedzajcie Miami, póki możecie. Bo jest tak cholernie warto.


PS. Walizkę odzyskałam na drugi dzień. Muszę być niesamowitą szczęściarą, bo to już nie pierwszy raz, kiedy spotyka mnie taka akcja ;)

Ready to see the capital

Tymczasem wracając do relacji zza oceanu…

Washington | co zobaczyć
Washington Monument
Będąc jeszcze małym brzdącem, na palcach jednej ręki potrafiłam wymienić kilka miast Ameryki. Tu mignęła mi Statua Wolności, tam przeleciał napis Hollywood, a gdzieś na krańcu świata dzielny miś Yogi czuwał nad gejzerami w parku Jellystone. Długi czas żywiłam gorące przekonanie, że to właśnie Nowy Jork jest głową państwa i miastem, gdzie walka o niepodległość odcisnęła bolesne piętno. Nie mogłam się bardziej mylić. Swoją drogą, do dziś trudno mi nazwać stolice największych krajów. Doskonale wiem, że Sydney nie jest stolicą Australii, tak samo jak Toronto – Kanady, a jednak to do nich zawsze wracam, gdy ktoś podsuwa mi to podchwytliwe pytanie.

Dziś, planując swą podróż, nie mogłam zapomnieć o prawdziwej stolicy USA. Miasta, które często jest pomijane, a przecież, jestem skłonna zaryzykować twierdzenie, ma do zaoferowania więcej niż Nowy Jork. No i jest ładniejsze. Waszyngton D.C. jest miejscem niezwykłym – jedynym bezstanowym miastem Stanów Zjednoczonych. Formalnie jest to Dystrykt Kolumbii, teren wydzielony specjalnie do celów zarządzania państwem. Znajduje się na styku Wirginii i Maryland i jak przystało na wszystko, co odrębne, rządzi się własnymi prawami. Moim ulubionym przykładem jest zasada, że żaden budynek na terenie D.C. nie może być wyższy od Kapitolu. Nie znajdziemy tu przytłaczających molochów rodem z Big Apple. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie zwłaszcza, gdy stanęłam na moście łączącym Waszyngton z Wirginią. Po mojej prawej stronie wzbijały się w niebo drapacze chmur, podczas gdy na drugim brzegu rzeki rozpościerał się rząd małych domków. Podrzucę Wam również ciekawostkę, że kiedy w D.C. legalnie zapalimy marihuanę, istnieje jeden obszar miasta, w którym jest to kategorycznie zabronione. Słynny National Mall, centrum Waszyngtonu, i znajdujące się przy nim budynki są objęte specjalną ochroną rządu federalnego. W końcu trzeba dbać o wszystko, co amerykańskie w Ameryce, niet?

World War II Memorial

Kiedy myślę o Waszyngtonie, widzę miasto – monument. Całe serce D.C. jest obsiane rzeźbami i memoriałami upamiętniającymi najważniejsze postaci i wydarzenia historii Stanów. Weźmy pod lupę wspomniany wyżej National Mall. Zieleń i posadzone wkoło drzewka są jedynie miłym dla oka dodatkiem dla pomników i małych architektonicznych cudów wokół. Teren parku rozciąga się od Kapitolu po Lincoln Memorial i postać kamiennego prezydenta. Po drodze nie sposób pominąć Washington Monument, śnieżnobiałego obelisku mierzącego blisko 170 metrów. To mój zdecydowany faworyt w tym mieście pamięci. Po bokach natrafimy na rzeźby przesiąknięte krwią i bólem ofiar II wojny światowej, wojny w Wietnamie i wojny koreańskiej. No tak, ich głównym celem jest sławienie potęgi i amerykańskich zasług na polu bitwy. Kawałek dalej znajdziemy kolejną martwą chwałę – memoriały Luthera Kinga, Roosevelta i Thomasa Jeffersona okalają niewielkie jezioro Tidal Basin. Ścieżka wokół zbiornika obsadzona jest drzewami wiśni. To prezent, którym obdarował Waszyngton burmistrz Tokio na początku XX wieku. W marcu, kiedy drzewka zaczynają kwitnąć, miasto przeżywa coroczne oblężenie turystów. Widok musi być obłędny, ale… Wyobraźcie sobie tysiące osób na tak małej przestrzeni próbujące zrobić jedno idealne ujęcie. Cóż, ja po swoje kadry wybiorę się do Japonii ;)

Thomas Jefferson Memorial




Kapitol

Ciężko byłoby mi wymienić wszystkie memoriały na terenie D.C., jest ich zdecydowanie za dużo. Zostawiam Was z listą, moim zdaniem, najważniejszych i najbardziej widowiskowych. Swoją drogą, łapię się za głowę na myśl, ile to wszystko musiało kosztować i jak znikoma jest tego praktyczność. Nad National Mall dumnie króluje Biały Dom, oficjalna rezydencja prezydenta USA. Jeszcze kilka lat temu zwykły Kowalski mógł zaglądnąć do jego wnętrza i z bliska rzucić okiem na tajne życie głowy kraju. Dziś Biały Dom jest zamknięty dla odwiedzających, co oczywiście nie przeszkadza nikomu wcisnąć aparatów i telefonów w szpary otaczającego go ogrodzenia. Tak, ręka do góry, zrobiłam dokładnie to samo ;) National Mall to nie tylko kamienne posągi, to również zbiór Smithsonian Museum. Miałam okazję zobaczyć kości dinozaurów w Muzeum Historii Naturalnej i najprawdziwszy prom kosmiczy w oddalonym od centrum National Air and Space Museum. Muzea są świetne - dopacowane, ciekawe i co najważniejsze, darmowe. Muszę się przyznać, że było mi trochę smutno. Znów pechowo trafiłam na okres renowacji Kapitolu i rozkopany środek parku. Tak piękne miejsce i nie mogłam podziwiać go w całej okazałości. Hm, zawsze to jakiś pretekst do powrotu, prawda?

Lincoln Memorial




Biały Dom

Spacerując wzdłuż rzeki i zostawiając za sobą National Mall, trafiłam do jednej z najpiękniejszych dzielnic miasta, Georgetown. Udekorowana kwiatami, z pięknym deptakiem, fontanną, świetnym jedzeniem i modnymi markami – bez dwóch zdań spełnia wszystkie kryteria słowa fancy. To tu spędziłam z Adresem cudowny wieczór, między tajskim curry a rozmowami nad brzegiem o marzeniach i planach na przyszłość. Wciąż śmieję się na wspomnienie, że to JA wiedziałam, jak po hiszpańsku brzmi bakłażan a nie ON, chłopak urodzony w Wenezueli.

Georgetown



Thai curry

Mówiąc o przyszłości… Chciałabym wprowadzić tu trochę poważnych zmian, zaczynając od nazwy bloga, zmianie wyglądu i planowanej od dawna podstrony „O mnie”. Powoli i stopniowo chciałabym uczynić to miejsce tak zwyczajnie i po prostu MOIM. Mam nadzieję, że zmiany będą się Wam podobać, a dla mnie staną się małym motorkiem do dalszego rozwoju i kreatywnej pracy.

Miłego weekendu, M.