Pueblos de España – Júzcar

Każda podróż nauczyła mnie czegoś nowego. Pakuję się w 10 kilo na miesięczny wyjazd, a mały bagaż w różowym samolocie kwituję szerokim uśmiechem. Nie polegam na książkowych poradnikach, wolę szukać inspiracji w sieci i zapytać przechodnia o najlepszą pizzę w mieście. Wiem, że najprostsze rozwiązanie rzadko jest tym najlepszym, a nic tak nie cieszy jak ciepły śpiwór po trzygodzinnym nocnym marszu. Szerokim łukiem omijam lipcowe tłumy, a w tylnej kieszeni zawsze mam wciśnięty plan B. Nauczyłam się wiele o samej sobie. O tym, że jednak jestem trochę odważna i nie boję się zmian. O tym, że wiele zniosę i tupnę nogą, gdy coś mi nie leży. W końcu o tym, że maniakalnie muszę mieć wszystko pod kontrolą. Nauczyłam się, co lubię i co sprawia mi dużo przyjemności. Jedną z tych rzeczy, ku miłemu zaskoczeniu, okazały się małe, hiszpańskie miasteczka.

Nie zliczę postów, w których narzekałam na wielkomiejski hałas. Płakałam, że Paryż to zupełnie nie mój Paryż, Madryt taki jakiś szary, nawet Nowy Jork był za duży, by zmieścić się w moim sercu. Z drugiej strony z zachwytem tonęłam w Albuferze i baskijskiej wiosce, z którą przywitałam tamten grudniowy ranek. Andaluzja i jej małe wioski nie pozostały dłużne. Białe domki porozrzucane w wysokich górach, kręte drogi, gdzie chwila nieuwagi grozi śmiercią, kot drzemiący na okiennicy i garść kolorowych kwiatów – czego chcieć więcej? Malutka Nerja schroniła nas przed huczną procesją w czasie Semana Santa. Wizyta w Rondzie otuliła białym puchem i z przytupem postawiła kropkę nad i. Nie wszystkie wioski pomalowano jednak śniegiem…





Hej dzieci jeśli chcecie, zobaczyć Smerfów las…

Z naszej czwórki chyba tylko ja cieszyłam się, że po drodze zaglądniemy do wioski smerfów. Mało mówić – już na pierwszy sygnał zareagowałam dużym entuzjazmem. Wiedziałam, że coś takiego gdzieś istnieje, widziałam zdjęcia, przeczytałam artykuł o niebieskich domkach, a jednak wioska Júzcar nigdy nie była dla mnie celem samym w sobie. A że włączono ją w plan wycieczki… dlaczego nie? Moje wewnętrzne dziecko radośnie skakało i kręciło fikołki. Hej, a ty ile razy widziałeś smerfa?

Júzcar jest malutkim górskim miasteczkiem oddalonym 25 km od Rondy, którego liczba mieszkańców nie przekracza 221. Prowadząca do niego dróżka wije się między przepaścią a stromym, kamiennym zboczem z drugiej strony. Jest kręta i wąziutka – idealna dla dużych turystycznych busów. Sławę przyniosła mu w 2001 roku sprytna akcja marketingowa. Producent filmu „Smerfy” wpadł na genialny pomysł – znajdzie „zapomnianą przez Pana Boga” wioskę i pociągnie ją błękitną farbą. Wybór padł na odległy, położony w środku niczego Júzcar. Z dnia na dzień kolor niebieski zdominował całe miasto. Niebieskie fasady, niebieski kościół, nawet cmentarz stał się niebieski. Ściany domów ozdobiło kilka smerfów i podstępny Gargamel. Jak po deszczu wyrosły czerwone kapelusze muchomorów. Mała wioska z niewyróżniającej się kupki domków stała się prawdziwym Pueblo Pitufo. Od tego czasu Júzcar corocznie zalewa fala turystów, małych i dużych dzieci, dziesięciokrotnie zwiększając obroty miasta.






Godzinka w Júzcar minęła mi całkiem nieźle, popstrykałam lustrem i wsunęłam pół paczki białych ciastek. To prawda – nie jest to Maroko, ciężko szukać tam czegoś więcej. Są niebieskie domki i koniec. Punkty widokowe malują piękną panoramę, a w sezonie nawet ty otrzymasz błękitną buzię. Być może dla małych podróżników już sama wizyta w smerfnym raju jest szaloną atrakcją, dla trochę większych polecam połączyć ją z cudowną Rondą. Ale nie, na pewno nie skreślę Pueblo Pitufo. Czasami dobrze jest sobie przypomnieć, że kiedyś ja też byłam dzieckiem i z niecierpliwością czekałam na niedzielną wieczorynkę.

Jestem ciekawa, który bajkowy świat znalazłby się na Waszej liście?

Las Fallas

… czyli kiedy nie jechać do Walencji.


Jeszcze kilka lat temu nie pomyślałabym, że hiszpańskie rytmy tak skutecznie rozgoszczą się w moim życiu. Nie wiem, co przechyliło szalę, że postawiłam na sobie krzyżyk i zapisałam się na drugie studia. Skusiła mnie melodia, potok słów niby nie do rozróżnienia, a może tylko perspektywa półrocznej kąpieli w słońcu. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale dziś, trzymając dyplom w dłoni, bez wahania zrobiłabym to jeszcze raz. Filologia to nie tylko najlepszy kurs językowy, który przyszło mi zrealizować (od raczkującego <A1 do C1 w trzy lata), to również literatura, która krok po kroku kradła mi kawałek serca, geografia, która siała ziarna marzeń, kultura, którą chłonęłam każdego dnia, czekając niecierpliwie na zderzenie z rzeczywistością. Chciałam już, teraz, natychmiast zobaczyć i odczuć TO wszystko. Chciałam na każdy temat mieć swoje zdanie. I nie – oparte na teoretycznych bzdurach, a pociągnięte pędzlem żywego doświadczenia. Część ciekawiła, droczyła, część przyprawiała o zimne dreszcze. I mimo całej swej sympatii dla hiszpańskiego świata, część przekreśliłam grubą kreską. Pisałam o corridzie, wspomniałam o pamplońskim San Fermin, dzisiaj spuszczam z tonu i zabieram Was w ogień trawiący marcową Walencję.

Pierwsze informacje o Fallas dotarły do mnie już na pierwszym roku studiów. Zafascynowały. Korzystając z autostopowej okazji, podpytywałam kierowców, jak w ich oczach malują się te dziwne chwile. Nie rozumiałam, dlaczego wzdychali, machali ręką i podsuwali pomysł ucieczki z miasta. Mało powiedzieć, że wyjazd z Erasmusa tuż przed marcowym szaleństwem pozostawił gorycz niedosytu. Z zazdrością śledziłam tonące w czerwieni posty znajomych, które zalały każdy kanał social media. Musiał minąć cały rok, bym znów (trzeci to już raz) trafiła do Walencji. Tym razem w samą porę.


Carrer Cuba

Carrer Cuba

Carrer Cuba

Mascleta
Mascleta


Trochę faktów.

Korzenie Las Fallas sięgają XVI wieku. Ich początków należy szukać w niezwykłej tradycji wigilii Dnia św. Józefa, hiszpańskiego święta ojca. To właśnie w tym dniu, chcąc uczcić patrona, miejscowi cieśla, tuż przed drzwiami swoich pracowni, wznosili i pali drewniane konstrukcje. Z czasem szczątki zyskiwały coraz bardziej ludzkie kształty, powoli stając się karykaturami ważnych postaci politycznych. Każdy kolejny rok dokładał małą cegiełkę, przeistaczając Fallas w jeden z największych i najgłośniejszych festiwali współczesnej Hiszpanii. Choć wiele się zmieniło, la crema, najważniejszy moment świąt, wciąż przypada 19 marca - w Dzień Ojca.

Jak dzisiaj wygląda Święto Ognia? Już na tydzień przed główną celebracją, w najróżniejszych zakątkach miasta pojawiają się słynne falle – duże, małe, różnokształtne i wielokolorowe figury. Najważniejsze zostają wyniesione w ścisłym centrum, na Plaza del Ayuntamiento i w okolicach Plaza de la Virgen. Ulice, na czele z Carrer Cuba, rozbłyskają światłem magicznych instalacji. Cała Walencja na tą krótką chwilę staje się żywym dziełem sztuki, otwierając swe wrota dla turystów napływających z każdej strony świata. Niezwykły tydzień jest wyjęty z ram wszystkiego co znane. W Walencji nikt nie pracuje, nikt się nie uczy, każdy dzień to niekończąca się zabawa. Króluje tu chaos, ryk petard i dym, który szczypie w oczy. Wyobraź sobie sylwestrową noc i fajerwerki, które barwią niebo nad twoją głową. Pomnóż to razy 24 godziny, razy 7 dni. I razy tysiące osób więcej wkoło. Tak wygląda piekło w samym środku Walencji. Nawet małe dzieci ściskają w rączkach petardy, radośnie rzucają je pod mostem, do kanalizacji, pod twoje nogi. Byle tylko zrobić jak najwięcej huku. Otwierasz oczy z wrzaskiem pierwszej porannej racy, zasypiasz pod niebem roziskrzonym sztucznymi ogniami. Codziennie w południe zbierasz się w tłumie, by jeszcze raz stać się świadkiem Masclety – widowiska z petard i dymu. Gdy zgaśnie słońce, wraz z tłumem toczysz się do Ruzafy, by stanąć twarzą w twarz z największą luminacją, jaką widziałeś w życiu. Co pół godziny na nowo rozpoczyna się teatr świateł. Jeśli cierpliwie zaczekasz, być może znajdziesz się wystarczająco blisko, by wchłonąć cudo rozgrywające się przed twoimi oczami. By choć na kilka chwil zapomnieć, że moment wcześniej nadziałeś się na czyjś wystający łokieć, a tamten chłopak stanął ci na stopę. By przypomnieć sobie, że po TO właśnie tu przyjechałeś.

Carrer Cuba

Carrer Cuba

Carrer Cuba

Carrer Cuba

Fallas to również nutka historii, to ludzie przywdziani w tradycyjne stroje, spacerujący w rytm bębnów w ciasnych uliczkach miasta. Ich główna rola przypada 18 marca, w dzień Ofrendy, kiedy na Plaza de la Virgen składają w ofierze kwiaty i ubierają w nie ogromną statuę Matki Bożej (którą nota bene później palą…). Każdego roku wśród kobiet zostaje wybrana najpiękniejsza fallera – największy zaszczyt i marzenie małych walencjanek.

Najważniejszy dzień, 19 marca, kończy celebrację Fallas. Późno w nocy, między 22 a północą, ma miejsce La Crema, najbardziej wyczekiwany moment święta. Falle gasną, nad ich głowami rozbłyskają fajerwerki, a cała postać ginie w językach ognia, gdy w tle rozbrzmiewa dumne We are the champions. Poszczególne falle upadają w podobnym czasie. Masz szczęście, jeśli mimo nieodłącznego tłumu, zobaczysz koniec kilku w nich.

Carrer Cuba

Cieszyłam się jak małe dziecko, że mogłam tam być. Chłonęłam każdy obraz, każdą chwilę. Ale… więcej nie chcę. Nie czuję się dobrze w tłumie. Nienawidzę przeciskać się, rozpychać i podskakiwać. Nie cierpię być gdzieś na szarym końcu. Marcowa Walencja jest tłoczna, brudna i mokra. Ponoć Fallas bez deszczu to nie Fallas! Marcowa Walencja jest droga i okropnie hałaśliwa. Rządzi się własnymi prawami. Jakoś tak zupełnie innymi, od tego co zapamiętałam. No i Umbracle wciąż zamknięte.

Do Walencji na pewno jeszcze wrócę, ale może już nie w Fallas ;)


Playa de Patacona




Cross the bridge of Ronda

casas colgadas | puente nuevo | andaluzja | co zobaczyć

… i skończyło się. Wciąż od nowa zadziwia mnie magia znikającego czasu. Mrugnęłam okiem, a 10 dni rozpłynęło się w mgle wielkanocnego ranka. Jestem tutaj – dokładnie tam, gdzie byłam i z uśmiechem twarzy żegnałam polską ziemię. Znów tonę w morzu znajomych kropel, a kawiarnie na Krupniczej nieodmiennie kuszą zapachem białej mokki. Czas się zatrzymał. I gdyby nie ta jedna muszelka, która puszcza mi zalotne oczko, i gdyby nie te białe, pocztówkowe domki, które raz po raz obracam w dłoniach, odcięłabym sobie rękę, wierząc, że wczoraj było znów tym smutnym, przeciętnym wczoraj.

Lubię raz na jakiś czas zapomnieć o Bożym Świecie. Wystawić twarz do słońca, poczuć pod stopami małe ziarnka złotego piasku, wsłuchać się w rytm fal uderzających o przybrzeżne skały. To mnie napędza, sprawia, że chce się żyć. Hiszpanię opuściłam ponad rok temu, a już tyle wzruszeń potrafił obudzić widok zwykłych, brudnych ulic. Znów byłam w domu i czułam to każdym milimetrem mojego ciała.



Puente nuevo

Tym razem było trochę inaczej, trochę bardziej gwarnie i tłocznie. Wpadłyśmy w sam środek szalonych obchodów Fallas i andaluzyjskiej Semana Santa. Trochę inaczej, a jednak wciąż tam samo dobrze. Cieszyłam się jak małe dziecko, pchając do buzi kolejnego tosta z pomidorami i zalewając go filiżanką gorącej café con leche. Odwiedziłyśmy ulubione miejsce (ach, te brunche w Dulce de leche!), zobaczyłyśmy ulubione twarze i jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki odżyły stare wspomnienia pochowane głęboko za spisem bibliografii do pracy magisterskiej. Napłynęły zapomniane chwile, a wraz z nimi sztorm pozytywnych uczuć. To tu po raz pierwszy jadłam paellę, tam w cieniu Alahambry zasypiałam wtulona w miękki śpiwór. Na tych schodkach do serca wkradli się uliczni grajkowie, w tej knajpie K. zalał pół łazienki, a trochę dalej próbowałam najlepsze gazpacho andaluz. To była dokładnie ta moja zaplanowana podróż – kręcąca łzę w oku i przegrzebująca zakamarki pamięci. Podróż, gdzie zwiedzanie stało się tylko mało istotnym tłem dla nocnych plotek przy drugiej cañi i talerzu tapas. Dokładnie taka, jak miała być.



Casas colgadas


Pomysł wypadu do Rondy, małego miasteczka w prowincji Málaga, wyszedł zupełnie niespodziewanie. Jeszcze w pierwszych dniach mojego pobytu nie wiedziałam, że zaledwie kilka dni później nie będę mogła odkleić lustra od twarzy. O Rondzie pierwszy raz usłyszałam na jednej z lekcji geografii i od tej chwili nie byłam w stanie wywalić jej z głowy. Kombinowałam, by zajrzeć tam już w trakcie autostopowego tripa, ale zerkając na mapę i mając przed oczami trud wydostania się z miasta, odpuściliśmy. Erasmus również nie był ku temu dobrą okazją. Po części z powodu kwestii finansowych, po części - bo tam już przecież byłam, nie planowałam zapuszczać się w rejony Andaluzji. Dlaczego więc nie teraz? Dwa razy nie trzeba było mi powtarzać. Dołączyłam do Kasiowo-rodzicowej wycieczki i cóż… mało powiedzieć, że były to lepiej zainwestowane pieniążki tego wyjazdu ;)

1-dniowa wycieczka do Rondy i Juzcár – 16 euro (z Emycet w Granadzie)




Moje pierwsze spotkanie z Rondą było małym rozczarowaniem. Wylądowaliśmy w nowej, powstałej już po rekonwiście części miasta – Mercadillo. Rozglądałam się dookoła i nie mogłam uwierzyć, jak bardzo ta Ronda z mojej głowy różni się od tego, co mam przed oczami. Bo nie było to zupełnie nic wartego uwagi – domki, place, blokowiska rodem z pierwszej, lepszej polskiej dzielni. Czy na pewno jesteśmy w dobrym miejscu? Miało być biało, drewniano, zabytkowo, a rozciągające widoki miały sprawić, że przestałabym oddychać. Gdzie jest to wszystko? Chwila cierpliwości i było, pojawiło się tuż za zakrętem głównej drogi.

Ronda, która skradła mi serce to starsza, arabska część miasta, Ciudad. Jej położenie na skraju wzgórza w przeszłości spełniało doskonałe funkcje obronne, dziś stanowi jeden z najważniejszych powodów, dla których warto zapuścić się w te bardziej dzikie, rustykalne tereny Hiszpanii. Rzut oka za barierkę, widok rozległego urwiska i piękno dumnych gór rozpościerających się na horyzoncie – jest dokładnie tym, czego szukam w każdym miejscu. Przestrzeni. Całość dopełniają białe domki, casas colgadas, nieśmiało przycupnięte na krawędzi wąwozu El Tajo. Warto obejść cały skraj wzgórza, chętnie korzystając z każdego balkonu wysuniętego w przepaść. Kawałek dalej króluje potężny około 100-metrowy most, Puente Nuevo, który łączy dwie części miasta. Jest prawdziwym dziełem sztuki, którego oglądanie z każdej strony na nowo wzbudza jęk podziwu. Spacer drobnymi alejkami otoczonymi białą zabudową zawsze sprawia mi dużo przyjemności. Przy okazji zajrzeliśmy do Casa del Rey Moro (3 euro) – pałacu władcy Taify, który skrywa tajemne przejście do rzeki, (ponoć) 365 schodków wydrążonych w podziemnej kopalni. Widok, który otwiera się po zeskoczeniu z ostatniego stopnia zupełnie rekompensuje wysiłek ponownego wdrapania się na górę ;) Drogę w dół raz po raz przecinają gładkie komnaty. Szczególnie jedna z nich, Sala de secretos, aż błaga o dłuższy przystanek. Swoją nazwę zawdzięcza niezwykłemu zjawisku akustycznego, które zachodzi w jej obrębie. Dwie osoby stojące przy przeciwległych ścianach usłyszą tam każde wypowiedziane słowo, podczas gdy ktoś znajdujący się pośrodku nie wychwyci ani jednego z nich. Dzień standardowo zakończyły czekoladowe lody i hiszpańskie disco-polo w autokarze.

Zahaczylibyście o Rondę? Mam nadzieję, że zdjęcia odrobinę przechylą szalę wpisania jej na listę miejsc do niedługiego odwiedzenia. Mój obiektywizm trochę kuleje (wspominałam już jak lubię małe, kameralne miasteczka?), ale bez zbędnych słów powiem, że warto.

Trzymajcie się ciepło, M.