Zmiany są dobre

Mam wrażenie, że w ostatnim czasie wszystko się zmienia. Moje małe życie przechodzi rewolucję - jedną, drugą… piątą i dziesiątą. Wybija mnie z rytmu i wrzuca w nie-ważki stan nie-stabilności. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz czułam się tak dziwnie, pozbawiona twardego gruntu pod nogami. Dzieją się rzeczy, staję twarzą w twarz z sytuacją, której nie wyśniłam w najgorszym śnie. Jest dobrze, świetnie, źle, najgorzej. Jakbym jechała na wiecznej mani, by pod wieczór zahamować i cofnąć się trzy kroki. A potem patrzę za siebie, zbieram to wszystko w kupę i ostatecznie stwierdzam, że zmiany są dobre. Akceptuję i głaszczę je grzecznie po główce. Wyciągam wnioski, schodzę na ziemię i uśmiechnięta witam jutro. Bo jutro po zmianach jest lepszym jutrem. Jest dobrym jutrem, które uczy mnie życia, otwiera możliwości i nowe ścieżki. Jest jutrem, w którym jeśli chcę - będę szczęśliwa. A nawet, bardziej szczęśliwa niż wczoraj.

Przyznaję się – nie lubię zmian, do których nie mogę się przygotować. Tak, jestem jednym z tych świrów, które wszystko muszą mieć pod kontrolą. Muszą wszystko przemyśleć, dobrze zaplanować i rozważyć decyzję. Mój świat się rozpada, gdy nie ma kontroli. Lubię zmiany, którymi sama rządzę. Ale życie to również zmiany, które spadają nam z nieba. Dobre i złe. Każdego dnia uczę się stawiać im czoła. Być odważna i je zaakceptować. Odwrócić na swoją korzyć, bo każda zmiana może być dobra. Może być świetna, choć na początku płakałeś po nocach. Może być najlepsza. Każda zmiana dzieje się po coś i tylko od ciebie zależy, co dalej z nią zrobisz.


Ten wstęp jest dzisiaj dokładnie taki jak ja – chaotyczny i nieuporządkowany. Ostatnio dużo się dzieje, buzuje mi głowa i chyba na gwałt potrzebuję chwili spokoju. Sierpień i wrzesień przywitały mnie trochę takim nowym życiem. Powoli szukam i odnajduję w nim swoje miejsce. Dużo zmian, o których wierzę, że wyjdą w końcu na dobre. Zostawiam tu dzisiaj kawałek siebie i piszę o zmianach – prywatnie, blogowo i zawodowo.

We all change colors and lose our leaves… then we bloom again. (M. Lago)

# zawodowo

Zmieniłam pracę. We wrześniu rzuciłam zawód rekruterki i skrzętnie budowaną ścieżkę HR. Całe wakacje biłam się z myślami, aż w końcu dałam za wygraną - to zupełnie nie moje powołanie. To nie jest coś, w czym chciałam rosnąć i stawiać dalsze kroki. To też nie miejsce, gdzie widzę siebie za kilka lat. Odbiłam w drugą stronę i wsiąkłam w marketing. Piszę, wymyślam, tworzę treści. Bawię się canvą, dłubię w wordpressie i każdego dnia uczę się nowych rzeczy. W pakiecie z codzienną, dobrą kawą.

Wiecie, w momencie, w którym zaczęły się wątpliwości, zadałam sobie jedno pytanie. Co lubię robić i co sprawia mi wielką frajdę? Odpowiedź jest prosta: (robić zdjęcia i) pisać. Dlaczego więc nie pójść w tę stronę? Nie słuchać innych i zbyć argument o dobrych warunkach. Dlaczego nie położyć na szali swojego rozwoju? Kiedy myśleć o przebranżowieniu, jak właśnie nie teraz? Kieruję się jedną zasadą – jeśli robisz to, co lubisz/ kochasz/ co powoli staje się twoją pasją, wygrałeś życie. Pieniądze, wiadomo - fajnie, że są, ale nie są tu priorytetem. Czasami zwyczajnie warto zaryzykować.   

Zmiana pracy jest nierozerwalnie związana ze stresem. Bo co, jeśli nie wyjdzie? Bo co, jeśli to nie jest moja bajka? Bo co, jeśli tam mi było lepiej? Nie mam dzieci, własnego mieszkania i kredytu na głowie. Nie wypowiem się w imieniu ludzi, którzy każdego dnia wiążą koniec z końcem. Jestem sobą – młodą osobą, która szuka swojego miejsca w zawodowym świecie. I mówię jedno. Szkoda czasu na pracę (nawet dobrze płatną), która nigdy nie da ci szczęścia.


# prywatnie

Zmiana pracy zabrała ze sobą mój wolny czas. Wychodzę z domu, wracam i siły starcza mi na jeden serial (albo pięć pod rząd, czemu nie). O, i hawajską pizzę w piątkowy wieczór. Lubię pizzę i seriale, ale nie o to chodzi. Znów wpadam w pułapkę złej organizacji i przestaję o siebie dbać. Krótko mówiąc, zmienił się cały mój dzień, gdy ja nie zdążyłam się jeszcze dostosować. Ostatnio mocno walczę i staram się to naprawić. Tak by każdego dnia kłaść się z myślą, że to był dobrze spożytkowany dzień. Szczególnie, że dyplom sam się nie napisze. Sprostam wyzwaniu i dopnę wszystko w ten rok.

Chyba w końcu też do mnie dotarło, że nie mam już pięciu lat. Źle się odżywiam, nie ćwiczę, praca przed komputerem dorzuca swoje dwa grosze. Bardzo dziwne, że przekłada się to na zdrowie i moje samopoczucie. Na tym polu dopiero czekają mnie duże zmiany. Jakaś siłownia, poranne planki, zalegli lekarze i panie doktor. Dzisiaj zrobiłam sobie maseczkę i nałożyłam odżywkę na włosy. Szok! (mówi to osoba, która nigdy nie używa podkładu, really, really).

Prywatnie nie byłam nigdy szczęśliwsza i pewniejsza swoich wyborów. Tu zmiany są tylko dobre i kroczą w piękną stronę.

# blogowo

Na blogu nie zmieniło się dużo. Do końca dopięłam nowy wystrój wraz ze zmianą głównej czcionki. Zauważyliście? Na obecną chwilę znalazłam to, czego szukałam i powiem krótko - jestem zadowolona. Jest biało-szaro, są większe zdjęcia, jest prosto i minimalistycznie. Mam nadzieję, że odbiór jest pozytywny, bo nowy design szybko nie zniknie ;’) Nie piszę już tylko o podróżach. Tematyka bloga się zmienia, bo ja się zmieniam i mam coraz to inne potrzeby. Choćby dzisiaj - potrzebuję się zwyczajnie wygadać. Będzie więcej przemyśleń, lifestyle’u i tego, co siedzi mi w głowie. Zapowiada się sucho-podróżniczy rok, coś trzeba zaradzić.

W międzyczasie zapraszam was na palmowy Fanpage. Od dłuższego czasu nosiłam się z pomysłem stworzenia serii comiesięcznych inspirujących wpisów - dzielenia się tym, co lubię i co wpada w moją estetykę. Osobiście bardzo lubię ten cykl na innych blogach, dlaczego nie wdrożyć go też u siebie? Ciężko mi zbierać wszystko w jednym, miesięcznym wpisie. Zrobię więc inaczej. Od października, w każdy poniedziałek na Fanpage’u pojawi się mała dawka inspiracji. Tekst, który wpadł mi w oko, piosenka, która nie chce wyjść z głowy, słowa, które budzą mnie do działania.

Zapraszam, polubcie, może któregoś dnia znajdziecie tam sami siebie?


Zmiany i zmiany. Do dopiero początek rewolucji, bo w końcu… there is nothing as stable as change.

Co słychać u Was? Jakieś zmiany na horyzoncie?
M.


Budapeszt za 6-stkę

Wiecie, co było najlepsze w naszym wypadzie do Budapesztu? Nie – pozłacany nocą parlament, prywatny zamek z widokiem na Dunaj ani gorący gulasz, który palił gardło. Jasne, tych wspomnień nikomu nie oddam, ale to nie grającą fontanną i węgierskim festynem chwaliłam się wszystkim wkoło. Do Budapesztu (tam i z powrotem) pojechałam za 6 zł, a duma z upolowanej ceny rozpiera mnie aż do dzisiaj. Oczywiście, możecie wystawić kciuka i do stolicy Węgier dotrzeć za grosze (płacąc za kawę na stacji). Dla tych, którzy nie lubią/ nie mają czasu/ wolą bardziej bezpieczną opcję, podrzucam krótkie case study. Kilka punktów, wskazówek i podpowiedzi, jak tanio zobaczyć świat.

Dzisiaj toniemy w możliwościach, które tylko proszą, by wyciągnąć po nie rękę. Linie lotnicze, autobusowe prześcigają się w coraz lepszych ofertach, podcinając sobie nogi i przebijając ceny. Słyszeliście o biletach za 1 zł, 1 euro, darmowych przelotach do Azji, gdzie płaci się jedynie za koszty rezerwacji? Trzeba wiedzieć, gdzie szukać. Zachłysnąć się prawie-darmo światem i nigdy więcej nie chcieć podróżować w tradycyjny sposób.

Jak pojechać do Budapesztu za 6 zł

Jak pojechać do Budapesztu za 6 zł

Aktualnie moim największym źródłem informacji są portale specjalizujące się w wyszukiwaniu tanich lotów i biletów za grosze. Na Facebooku mam polubione trzy strony tego typu: fly4free, mleczne podróże i loter. W ustawieniach każdej strony zaznaczyłam, by najnowsze posty wyświetlały się jako pierwsze. Dzięki temu za każdym razem, gdy odpalę FB, pierwsze co widzę to najnowsze promocje i informacje o świetnych dealach. Moim faworytem jest wciąż zespół fly4free. To dzięki nim dowiedziałam się o ofercie urodzinowej Wizzaira (2 bilety w cenie jednego) i poleciałam do Neapolu, kupiłam bilet na Teneryfę za 3 stówki i odwiedziłam Budapeszt za 6 złotych. Wystarczyło, że znalazłam się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu (czyt. przed komputerem) i jako jedna z pierwszych dowiedziałam się o dopiero co wrzuconej nowej puli na polskiegobusa.

O co chodzi z polskimbusem? Polskibus to linia autobusów, która rozpoczyna sprzedaż swoich biletów od złotówki. Pierwszy bilet na danej trasie możesz kupić za złotówkę, drugi za 5 zł, itd. Linia oferuje połączenia krajowe i zagraniczne, w tym do Pragi, Budapesztu, Wiednia i Berlina. Co jakiś czas wrzuca również ciekawe promocje, np. udostępniając wszystkie bilety w określonym terminie za piątkę. Za granicą, w Europie i Stanach (!) znajdziecie lokalne odpowiedniki polskiegobusa, np. megabus, którego ceny zaczynają się od 1 euro/ 1 dolara. Tak, to naprawdę działa - na Florydzie za 4 bilety zapłaciłam łącznie 4 dolary. Z tego co się orientuję, podobną politykę stosują również inne linie autobusowe, np. Lux express. Nie próbowałam, więc się nie wypowiem.

Takim sposobem zdobyłam bilet tam i z powrotem na trasie Kraków-Budapeszt za 6 zł. Drugi bilet kupiłam już drożej - 20 zł plus 4 zł za rezerwację. W sumie dwa bilety w finalnej cenie 30 zł. Zasada jest prosta – trzeba działać szybko. Długo się nie zastanawiać, zobaczyć i kupić. Warto zaryzykować, nawet jeśli, koniec końców, coś wam wypadnie i przekreśli wypad. Hej, moja podróż do domu kosztuje czasem dwa razy tyle! Z Krakowa wyjechaliśmy w czwartek zaraz przed 23. W Budapeszcie spędziliśmy dwa pełne dni, piątek i sobotę, żeby w nocy z sobotę na niedzielę pokonać powrotną drogę. Komfort podróży jest już sprawą indywidualną. Osobiście nie przeszkadza mi tłuc się całą noc w autobusie, wstać niczym świt i cały dzień spędzić na nogach. Ba, uwielbiam taki styl życia - paść na łóżko ze świadomością, że wycisnęłam każdą minutę do maksimum. Polskibus w obu przypadkach podjechał punktualnie, a planowaną trasę pokonał o godzinę szybciej. Nie mam się czego przyczepić.

Ale, ale. O ile podróż do Budapesztu minęła nam bardzo miło, o tyle coraz bardziej jestem zawiedziona funkcjonowaniem polskiegobusa na trasach krajowych. Co tu dużo mówić, przewoźnik notorycznie się spóźnia i nawet niska cena nie jest w stanie zrekompensować złego wrażenia, które zostawia po sobie godzinne (!) opóźnienie. Zwłaszcza, jeśli komuś zależy na czasie.

Podsumowując naszą wycieczkę, całość zamknęliśmy w budżecie 250 zł/os. Jak rozplanowaliśmy pozostałe koszty?

Jeden nocleg w pokoju dwuosobowym ze wspólną łazienką w hostelu Ciao Budapest wyniósł nas łącznie 20 euro. Plusy – niska cena, dobra lokalizacja, miła obsługa i możliwość zostawienia bagaży na cały kolejny dzień. Największym minusem była średnio czysta łazienka, z wodą wylewającą się spod prysznica. Cóż, jedną noc można przeżyć, dłuższy pobyt już mocno bym przemyślała. Nocleg znalazłam na portalu booking.com.

Jeśli chodzi o komunikację miejską, zdecydowaliśmy się na 10-cio przejazdowy bilet (5 biletów na osobę) w cenie 3000 HUF. Bilety można wykorzystać zarówno w metrze, autobusie, trolejbusie i tramwaju. Magicznym sposobem odbyliśmy więcej niż pięć przejazdów. Wiecie, naprawdę chciałam, ale jak skasować bilet w zabytkowym tramwaju ze starymi kasownikami, które po prostu nie działają? Istnieje też opcja, że to my robiliśmy coś źle. Ale to… ciiii. Jeśli nie straszne wam długie spacery, spokojnie można obyć się bez pomocy komunikacji miejskiej. W gruncie rzeczy, wszystkie najważniejsze punkty znajdują się w centrum, porozrzucane po obu stronach rzeki.

Pozostałe forinty zasiliły nasze kieszonkowe. Wszystkie posiłki, słodkie śniadania z dobrą kawą, węgierski gulasz, langosze, kurczak w sosie paprykowym i (oczywiście) McFlurry jedliśmy na mieście. Drobne przekąski, kubeczek wina na festynie, mojito na zakończenie dnia, tokaj i papryczki przywiezione do domu. Z płatnych, turystycznych rzeczy odwiedziliśmy Muzeum Terroru (1000 HUF/os.) i weszliśmy na kopułę Bazyliki św. Stefana (400 HUF/os.). Cała reszta, wrzucona w poprzednim wpisie, jest dostępna zupełnie za darmo.    

Przyznam szczerze, że jadąc do Budapesztu, nastawiłam się, że węgierskie ceny są znacznie niższe niż w Polsce. Jeśli myślicie podobnie, wyprowadzę was z błędu – nie, nie są. Plasują się na zbliżonym poziomie. Mimo to uważam, że dwudniową wycieczkę na Węgry można zamknąć w jeszcze niższej sumie. Poszukać lepszego miejsca na obiad, odpuścić wieczorne drinki, a przy dobrych wiatrach upolować bilet za 2 złote :’)

Macie inne pomysły, sprawdzone tricki na tanie podróże?

Trzymajcie się ciepło,
M.

Budapeszt - godzina po godzinie

Przed wyjazdem do Budapesztu naczytałam się różnych rzeczy. Przeglądałam blogi, wertowałam nagłówki, a pochwałom i zachwytom nie było końca. Budapeszt to najpiękniejsze miasto w Europie. Nikt nie powiedział Ci, że Budapeszt jest taki piękny. Niesamowity. Uroczy. Chwytający za serce. Miasto, do którego cały czas chcesz wracać. Pyszne jedzenie, ciężki zapach gulaszu i historia, która wylewa się z szarych ulic. Łaźnie, rybackie baszty i hotelarski przepych. A w końcu tokaj, tokaj i… gulasz raz jeszcze. Nie lubię czytać i chłonąć takich rzeczy – ustawiać wysoko poprzeczkę, którą później kopnę i roztrzaskam zła na strzępy. Ile już razy zawiodło mnie tak wspaniałe miejsce? Napisałam, że jadę do Budapesztu, a w komentarzach zrobiło się lepko od cukru. To moje ulubione miasto! Zazdroszczę, chciałabym tam wrócić. Na pewno Ci się spodoba, Budapeszt jest cudownym miejscem. Tam nigdy nie można się nudzić. Przestraszyłam się, bo co jeśli to nie moja bajka? Wrócę i napiszę bez szału? Nie od dzisiaj nie lubię dużych stolic.

Uspokajam. Złapałam bakcyla i chyba już wiem, dlaczego Budapeszt jest taki piękny.

Dlaczego Budapeszt podoba się wszystkim? Odpowiedź jest prosta. To czyste i zadbane miejsce,  o które troszczą się jego mieszkańcy. Koszą równo trawę i sprzątają po psie, który narobi na środek ulicy. To miejsce, w którym każdy znajdzie kawałek siebie – wrocławską fontannę, japoński ogród, madrycki pomnik z białą kolumnadą, angielski parlament pomalowany złotem, brooklyński most i churrosowe ciasto smażone w głębokim tłuszczu. Budapeszt to europejskie, w całym tego słowa znaczeniu, miasto. Okraszone wzgórzami, na których każdego dnia słońce maluje wschodzący ranek. Idealna mieszanka nowoczesności i dziewiętnastowiecznych murów. Dobre jedzenie, ostra papryka i słodkie naleśniki z owocowym dżemem. Jest sielsko, zielono i nikt nie wrzeszczy o czwartej rano. Wieczorny piątek pachnie imprezą i tylko McFlurry jakieś takie średnie. Festyn w parku, węgierskie hity i słodki kołacz skubany z tatą. Jak, no jak tu nie lubić Budapesztu?   

co zobaczyć w Budapeszcie | Węgry

W stolicy Węgier spędziliśmy zaledwie dwa dni. Bardzo intensywnie dni, po których nogi odmawiały mi posłuszeństwa, a ochoty starczało na jednego drinka. To była szalona podróż, naładowana po brzegi wszystkim, co najlepsze w Budapeszcie. Od 5 do 24 w nocy. I zdjęć dużo, i słów już poukładanych w głowie. Zapnijcie pasy, zabiorę was w podróż na piękne Węgry - godzina po godzinie*.

5.00: Do Budapesztu przyjechaliśmy godzinę wcześniej niż planowano. Nie, żebym miała szalone plany na szóstą, ale co można robić o piątej rano? Nieudane poszukiwania mapy, ogarnianie biletów i trasy, byleby tylko wydostać się z dworca. W prawo, lewo, tam i z powrotem, jeszcze raz w lewo, a tak w ogóle to pokręćmy się w kółko. Zero pomocy, obojętne wzruszenie ramion, I don’t know, I don’t know, leave me alone. Tramwaj, metro, tramwaj, autobus, a może machnąć ręką i ruszyć przed siebie? Nie, znajdźmy w końcu ten tramwaj. Mało powiedzieć, że to zdecydowanie nie był mój dzień. Dla potomnych: po wyjściu z dworca skręć w lewo, po schodkach w górę i znajdź 19-stkę, która zawiezie cię do Buda Castle. Tam zgarnij mapę, odetchnij i zacznij cieszyć się miastem.

7.00: Poranek spędziliśmy na Wzgórzu Zamkowym, z którego rozpościera się piękna panorama stolicy Węgier. Słoneczko powoli wspinało się po niebie, malując na dziesięć odcieni różu budzące się miasto. Spacerowaliśmy po murach zamku, otoczeni ciszą i spokojem pochrapującego jeszcze miejsca. Całe Buda Castle mieliśmy wyłącznie dla siebie – prywatny zamek z widokiem na Dunaj. W końcu zrozumiałam, dlaczego warto cierpieć i zrywać się z łóżka te kilka godzin wcześniej.

9.00: Prosto z zamku trafiliśmy na Basztę Rybacką. Osłuchałam się wielu ochów i achów, jeszcze zanim białe wieżyczki zamajaczyły mi przed oczami. Ładne, ładne, widok z tarasu też niezły, ale w tamtej chwili myślałam tylko o jednym: śniadanie! A że głodna M. jest bardzo nieznośna, lepiej szybko zatkać jej buzię. Najlepiej słodkim croissantem i gorącą kawą.




Baszta rybacka

11.00: Nasycona i szczęśliwa mogłam ruszać dalej. Dochodziło południe, słońce wisiało wysoko na niebie, skutecznie psując dobre kadry. Leniwy spacer zaprowadził nas na brzeg rzeki. Po drugiej stronie machał do nas Parlament, który bezsprzecznie jest tutaj królem. Dunaj przekroczyliśmy Mostem Łańcuchowym, którego krańców dzielnie strzegą kamienne lwiska. Całkiem przypadkiem znaleźliśmy Bazylikę św. Stefana. Krótka narada i już liczyliśmy schody węgierskiej świątyni. Gdzie wysoko, tam pierwsza ustawię się w kolejce.

Koszt wejścia na kopułę: 400 HUF (do 26 lat).

Most Łańcuchowy


Bazylika św. Stefana




13.00: Od bazyliki już rzut beretem do parlamentu. Koniec końców, nie zdecydowaliśmy się na wycieczkę z przewodnikiem, ale sam budynek – oglądany z każdej strony – robi ogromne wrażenie. Nie bez powodu jego dach jest obity królewską czerwienią. Jest piękny za dnia, wyobraźcie sobie zatem jaki szał musi budzić nocą, skąpany w złocie. Tuż przy parlamencie, nad brzegiem rzeki, są rozstawione żydowskie buty. To Pomnik Pamięci Ofiar Holokaustu, symbolizuje to, co zostało po rozstrzelanych Żydach. Egzekucji dokonywano najczęściej nad brzegiem rzeki. Żydom rozkazywano ściągać buty i ustawiać się w rzędzie. Ich postrzelone ciała zabierał Dunaj, a buty zostały tam, gdzie porzucili je dawni właściciele.

15.00: Chwilę później siedzieliśmy już wygodnie przy budce z Langoszem. Tradycyjny langosz to drożdżowe ciasto smażone w głębokim tłuszczu (w smaku podobne do hiszpańskich churros!), klasycznie podawane ze śmietaną i żółtym serem. Ekhm, już dawno nie jadłam tak tłustego dania! Zdecydowanie nie moja półka, no i ketchupu nie było. Gdzie znaleźć? Tanio i smacznie (jak lubicie tłusto) na miejskim targu przy Hold utca.  



Parlament


Pomnik Pamięci Ofiar Holokaustu

Węgry
Lángos

16.00: Końcówka dnia minęła nam jeszcze lepiej. Nic nie planując, trafiliśmy na miejscowy festyn w parku za Placem Bohaterów. Czasem po prostu fajnie jest usiąść na trawie, wypić wino z plastikowego kubka i posłuchać węgierskiego disco. Fajnie pooglądać ludzi – uśmiechniętych, tańczących i z tekstem piosenki na wszystkich ustach. Obok wirowała karuzela, a na stoiskach wyczailiśmy ogromny (!) gulasz i różową sangrię.

19.00: Nie ma lepszego miejsca na zachód słońca niż Góra Gellerta. Nogi właziły nam już w tyłek, ale co to dla nas kolejne 235 metrów w górę. Widok na zasypiające miasto wart jest każdego wysiłku. Na szczycie wzgórza znajduje się cytadela i monumentalny Pomnik Wolności. Ponoć czarownice odprawiały tu kiedyś sabat, później wzgórze oblegała biedota i drobne rzezimieszki. Jak jest dzisiaj? Cóż, pokuszę się o stwierdzenie, że to jedno z moich ulubionych miejsc w Budapeszcie.

21.00: Wszyscy wiedzą, że Budapeszt jest najpiękniejszy nocą. Ostatnie chwile w mieście dobrze spędzić znów nad brzegiem rzeki. Złoty Parlament, złote lewki i złoty zamek – jeszcze dużo minie, zanim wyrzucę ten widok z głowy. Mój aparat nie wyrabiał, ale uwierzcie – Budapeszt nocą to kwintesencja węgierskiego piękna.


Plac Bohaterów







Co tu dużo mówić, wszyscy mieli rację. Budapeszt jest po prostu piękny. A jednak mam nieodparte wrażenie, że czegoś w nim brakuje. Przytupnięcia i wystrzału z procy. Mając do wyboru Budapeszt i brudny, głośny Neapol, wybrałabym włoskie miasto. Neapol, który żyje, krzyczy i karmi mnie błogą pizzą. A może… dwa dni to zwyczajnie zbyt krótko, by rzucić mnie na kolana. Znacie miejsce, które warto byłoby odwiedzić następnym razem?

Trzymajcie się ciepło,
M.

*W rzeczywistości post został sklecony z dwóch dni. Zgubiłam wyspę św. Małgorzaty, grające fontanny, Muzeum Terroru i kilka godzin błądzenia po mieście. Oszczędziłam wam kilka faktów. Kogo zainteresuje, że w piątek byliśmy już tak zmęczeni, że jak dzieci posnęliśmy o 21? ;)