2017 - co za rok!

Mój 2017? Dwa lata zamknięte w 12 miesiącach.


posumowanie | plany na 2018 | postanowienia noworoczne
Best nine @ instagram

Rok nr 1

Od stycznia do 14 czerwca wiodłam spokojnie i ustabilizowane życie. Codziennie wsiadałam w tramwaj nr 4, by wysiąść na Karmelickiej i po 3 minutach zniknąć w bramie na Sobieskiego, gdzie mieściło się nasze biuro. Uczyłam się marketingu, stawiając pierwsze kroki w zadziwiającym i dynamicznym świecie IT. Z jednej pracy biegłam do drugiej, zaciskałam zęby i oszczędzałam na przyszłe marzenia. Weekendami w pocie czoła tworzyłam magisterkę – słowo po słowie, zdanie po zdaniu, byle dobić do minimalnej liczby znaków. Chyba nigdy nie byłam tak zniechęcona do uczelnianej pracy!

Wieczorami piłyśmy Fresco i z pizzą w ręku ogłupiałyśmy się kolejnym typowo-babskim filmem. Trochę mi za tym tęskno.


       


 Podróżniczo było słabo. W marcu odwiedziłam Bergamo, jezioro Como i o mały włos nie poleciałam do Australii.

W czerwcu pożegnałam się z pracą i rozpoczęłam maraton kucia do obrony magisterki. To było 7 najgorszych dni tego roku. 14 czerwca z hukiem zamknęłam pewien rozdział – z piątką na dyplomie zostałam psychologiem. Dzień później rzuciłam wszystko i pojechałam nad polskie morze.


Rok nr 2

Od 14 czerwca moje życie wielokrotnie wywracało się do góry nogami. Jak to możliwe, że te wszystkie piękne rzeczy wydarzyły się w ciągu jednego, krótkiego roku?

25 czerwca wsiadłam na pokład samolotu i po 11-godzinnym locie wylądowałam w Kalifornii. Zamieszkałam w Santa Cruz, malutkim surferskim miasteczku nad brzegiem oceanu. Za oknem falowały palmy, a od najbliższej plaży dzielił mnie 3-minutowy spacer. Poważną pracę w Krakowie zamieniłam na brzydki uniform i wesołe miasteczko. Ale wiecie co? Właśnie wtedy byłam najszczęśliwsza.


       


 6 września ruszyliśmy w przygodę życia – miesięczną podróż po zachodzie USA. Każdego dnia od nowa zakochiwałam się w kanionach, pomarańczowych skałach i wysokich falach, które w gniewie rozbijały się o wystające klify. Nie skłamię, mówiąc, że ten wrzesień był najbardziej intensywnym miesiącem mojego życia.

Zresztą, zobaczycie sami. Relacja z Work & Travel będzie królować na blogu przez kolejny rok.

W październiku wróciłam do rodzinnego miasta. Kolejna przeprowadzka i poszukiwania nowej pracy – tak minęła mi tegoroczna jesień. Oto więc jestem, w Rzeszowie i na etacie. Nowa przygoda dopiero się zaczyna.


A 2018?

To był piękny rok! Czy to możliwe, by 2018 był jeszcze lepszy?

2018 to czas przede wszystkim dla mnie. Czas na odnalezienie się w nowej rzeczywistości i podjęcie ważnych decyzji. Czas, by na nowo ułożyć i wymyślić swoje życie.


       


/spojler/ Przemyślenia chciałabym zakończyć na północy Hiszpanii, na drodze św. Jakuba. Plany są bardzo wstępne, dopiero się kreślą, ale nie boję się o nich mówić. Marzenia są po to, by krzyczeć je głośno.

W mojej głowie rysują się małe i duże podróże. W 2018 roku odwiedzę kilka europejskich stolic i coraz śmielej marzę o kolejnym nieosiągalnym celu. Inny kontynent, a może powrót do Stanów?

Wiem jedno, to będzie dobry rok.


Co tam na blogu?

Pisanie bloga było ratunkiem i oderwaniem od monotonii pierwszej połowy roku. Im więcej pisałam, tym większą sprawiało mi to radość. Czasem myślę, że bez tej odskoczni nie wytrzymałabym nawet 2 miesięcy poprzedniego roku. Dodałam nowe kategorie, robiłam więcej zdjęć i zupełnie zmieniłam wizualną stronę bloga. W 2018 chciałabym publikować więcej i dalej, krok po kroku rozwijać palm tree view.

Trochę cyferek.

W 2017 odwiedziło mnie ponad 3,5 tysiąca UU, a każdy wpis był szeroko komentowany przez czytelników (20-50 reakcji na post). Później pojechałam do Stanów i odrobinę zapuściłam bloga.

  • Fanpage: +180 obserwatorów
  • Instagram: +800 obserwatorów


Najpopularniejsze wpisy:


Na uwagę zasługuje również Teneryfa: wąwóz Masca (+1300), który dziwnym trafem doskonale wypozycjonował się w Google.




*   *   *

Robicie podsumowanie ? Jak minął Wasz 2017?

M.

7 seriali na zimowy wieczór

Przeczytaj również: 6 filmów na jesienny wieczór

Oglądanie seriali jest moją małą guilty pleasure. Doskonale wiem, że seriale to pochłaniacze czasu, które w gruncie rzeczy nie dają mi nic dobrego. A jednak - gdy przychodzi zimowy wieczór, a ja zmęczona wracam po pracy - o niczym innym nie marzę, jak o ciepłej herbacie i bezmyślnej godzinie w fikcyjnym świecie.

Znacie to uczucie?


najlepsze seriale | netflix | jakie seriale polecacie


#1 Black Mirror


Numer jeden na mojej liście. Black Mirror nie jest typowym serialem - każdy odcinek tworzy tu pełną, odrębną całość. Poszczególne epizody to mini-filmy, które łączy wspólna tematyka. 

Black Mirror przenosi nas w przyszłość i kreśli obraz świata opanowanego przez nowoczesną technologię. Roboty, wirtualna rzeczywistość i social media, które przejmują kontrolę nad naszym życiem. Porusza wrażliwe struny, problemy społeczne i karykaturalnie wskazuje kierunek, którym podąża nasze otoczenie.

To pierwszy serial, który skłonił mnie do refleksji, a każdy odcinek zostawił z pytaniem na ustach. Ile w tym prawdy? Jak będzie wyglądać nasze życie? Black Mirror (prze-?) poraził mnie wizją przyszłego świata. Tym bardziej, że czarny scenariusz zaczyna rozgrywać się tuż pod naszym nosem.




Do poczytania:



#2 Chirurdzy


Chirurdzy to jeden z tych wyjątkowych seriali, które towarzyszą mi nieprzerwanie od 6 lat. Doskonale pamiętam senne wieczory pierwszego roku studiów, kiedy wtulona w kocyk z każdym odcinkiem wpadałam głębiej w świat szpitalnych korytarzy i sterylnych sal. Od wielu lat kibicuję bohaterom, przeżywam porażki, śmieję się i płaczę razem z nimi.

Chirurdzy to znacznie więcej niż zbiór opowieści o medycznych case’ach. To historia o przyjaźni, miłości, o podejmowaniu trudnych decyzji i bezsilności wobec losu. To również obraz ciężkiej, często niedocenianej pracy i trudnej sztuki stawiania granic między życiem prywatnym a zawodowym.

Nie zgodzę się z opinią, że serial „skończył się” po śmierci jednego z głównych bohaterów. Scenarzyści troją się i czworzą, by dostarczyć widzom dobrych treści. Biję im brawo i z utęsknieniem czekam na nowy sezon.




#3 Trzynaście powodów


Hanna Baker - przeciętna uczennica - odbiera sobie życie, a powody swojej decyzji nagrywa na trzynastu kasetach magnetofonowych. Jej spowiedź na zawsze zmieni życie trzynastu osób, których imiona brutalnie dźwięczą na taśmach.

Trzynaście powodów to mocny serial, który prowokuje do stawiania niewygodnych pytań. Uświadamia, jak wielką moc mają sekrety i niewypowiedziane słowa. Maluje brzydki świat gnębionych nastolatków, których wołanie o pomoc odbija się o ściany bezgłośnym echem.

Ponadczasowy i dla każdego.




#4 Orange Is the New Black


Długo musiałam się przekonywać, żeby odpalić pierwszy odcinek Orange Is the New Black. Potem przepadałam i cały październik spędziłam, z napięciem śledząc więzienne losy Piper. Sezon w dwa dni? Cóż, tak właśnie szukałam pracy.

Piper, miła, słodka blondynka z sąsiedztwa, zostaje skazana na 15 miesięcy odsiadki za przestępstwo, które popełniła 10 lat wcześniej. Z niepewnością wkracza w więzienną rzeczywistość, gdzie przyjdzie jej stawić czoła lękom i duchom z przeszłości. 

Orange Is the New Black przedstawia historie i życie więźniarek, silnych kobiet, dla których pudło stało się przymusowym domem. Tutaj pracują, szukają przyjaźni, tworzą hierarchie i każdego dnia toczą nierówną walkę z systemem. Orange Is the New Black to opowieść, która uświadamia brutalną prawdę. Życie w więzieniu to pestka przy tym, jak wygląda wyjście z pudła i „upragniony” powrót do domu.




#5 Ania, nie Anna


Wciąż pamiętam swoją ekscytację na wieść o tym, że Netflix bierze się za serialową ekranizację Ani z Zielonego Wzgórza. Oglądałam już wiele adaptacji mojej ulubionej książki z dzieciństwa, ale Netflix i Ania? Wybuchowe połączenie - to musiało się udać.

Nie pomyliłam się. Netflix zabrał mnie z powrotem do krainy marzeń i snów, zapomnianej w ciągu ostatnich dorosłych lat. Do krainy, gdzie króluje wyobraźnia i nie ma miejsca na bezbarwną bylejakość. Ania, nie Anna jest dokładnie taka, jak być powinna. Pełną uśmiechu, nieprzewidywalną dziewczynką o marchewkowych włosach. Mała Amybeth odwaliła kupę dobrej roboty.

I ta czołówka < 3




#6 Kochane kłopoty


Kochane kłopoty  to ciepły i wzruszający serial o… życiu, po prostu.

Lorelai samotnie wychowuje 16-letnią córkę. W trosce o edukację Rory odnawia kontakt z rodzicami, których dawno temu wykreśliła ze swojego życia. Tłem dla ich życia i codziennych rozterek jest małe urocze miasteczko Stars Hollow, gdzie wszyscy się znają, a życie płynie powoli, urozmaicone hektolitrami kawy.

Kochane kłopoty - jak żaden serial - kojarzy mi się z domem i przytulnymi wieczorami z mamą, kiedy razem śledziłyśmy losy Gilmore Girls. Rok temu Netflix wypuścił Kochane kłopoty: rok z życia - cztery odcinki i rok z życia bohaterek. I mimo że mam mieszane uczucia, bardzo przyjemnie było znów wrócić do Stars Hollow.




A obecnie na tapecie…


#7 Opowieść podręcznej


Opowieść podręcznej to historia osadzona w niedalekiej przyszłości, w której ludzie borykają się z teokratyczną dyktaturą i dużym problemem bezpłodności. Po nieudanej próbie ucieczki June trafia do obozu, w którym młode kobiety szkoli się na „służebnice Boga”. Kobiety stają się podręczną macicą - ich zadaniem jest zastąpienie bezpłodnych żon i rodzenie dzieci najwyżej postawionym komendantom.

Opowieść podręcznej przedstawia antyutopijną wizję, pełen emocji obraz, który zadziwia swoją aktualnością. Niektórzy dopatrzą się w nim aluzji do ówczesnych ustrojów politycznych i wydarzeń socjokulturowych, które rozgrywają się na naszych oczach.




Do poczytania:



*   *   *

A jakie seriale królują u was?

M.

Chwile grozy w Dolinie Śmierci

Dolina Śmierci prawie jednogłośnie została wybrana numerem jeden naszego amerykańskiego tripa. Co nas tak zachwyciło?

Może to niesamowita zmiana krajobrazu po ośnieżonych szczytach Yosemite, może to kojoty, które jak gdyby nigdy nic spacerowały sobie wzdłuż drogi, może to Badwater Basin – pustynia solna, najniższy punkt w Ameryce Północnej, może to zakończenie dnia i zachód słońca na Dante’s View…

A może to tamta chwila, kiedy całe życie stanęło mi przed oczami?


death valley | road trip | zachodnie wybrzeże USA | co zobaczyć


Powoli wjeżdżaliśmy w głąb Doliny Śmierci, a licznik temperatury niebezpiecznie szybował w górę. Przed nami i wszędzie wokół nas rozciągała się skalna pustynia, raz po raz poprzetykana suchymi, zżółkniętymi kępkami traw. Z Highway to Hell, które tłukło się w głośnikach przemierzaliśmy puste, wyboiste drogi najgorętszego miejsca na świecie.

To właśnie tutaj, 10 lipca 1913 roku, odnotowano światowy rekord temperatury powietrza – 56,7 stopni Celsjusza.

Jezdnia rozpływała się na horyzoncie, a tabliczka, którą właśnie minęliśmy, przestrzegała przed klimatyzacją i przegrzaniem organizmu. Posłusznie wyłączyliśmy AC i otworzyliśmy okna, przyzwalając na gorący podmuch wiatru.

Maria wygrała piwo, szacując temperaturę w sercu parku (tablica w Visitor Center pokazywała dumne 115 F, ~46°C). Było parno, a jednak - Dolina Śmierci okazała się dla nas wyjątkowo łaskawa. Z minuty na minutę stawało się znośniej. Powoli zmierzchało, a niebo raz po raz przecinały groźne błyskawice. Z oddali nadciągała burza.





W drodze do Badwater Basin zahaczyliśmy o przydrożne wydmy Mesquite Flat Sand Dunes. W płomieniach słońca wdrapaliśmy się na pierwszy kopiec piasku, pstryknęłam ze dwa zdjęcia i… zawróciliśmy do samochodu. Gorąco! 1:0 dla Doliny Śmierci.

Swoją drogą, wiecie, że znaki na terenie parku stanowczo odradzają dalszych spacerów już po 10 rano? Ciekawe.





Nie poddaliśmy się i godzinę później wylądowaliśmy w Badwater Basin – w wyschniętym jeziorze, najniżej położonym miejscu w Ameryce Północnej (i drugim jeśli chodzi o zachodnią półkulę – 86 m p.p.m.). Badwater jest pustynią solną i nieodzownie przywodzi na myśl boliwijską Salar de Uyuni. Perspektywa stroni z nas żarty i krótki spacer przeradza się w kilometrową wędrówkę po kopkach soli.

Tak, Paulina polizała drogę i potwierdziła – słona sól jak się patrzy.











Doświadczenie Badwater było imponujące, ale to ostatnie chwile na Dante’s View skradły moje serce. Nigdy w życiu nie widziałam piękniejszego zachodu słońca.

W oddali trzaskały pioruny, zapowiadając nagłą burzę, po lewej na horyzoncie majaczyła tęcza, a po prawej ziemia znikała w promieniach pomarańczowego, pustynnego słońca. Czy mogliśmy sobie wymarzyć lepsze zakończenie tego intensywnego dnia?
















Tylko, że to jeszcze nie był koniec.

Zaczynało zmierzchać, a przed nami malowały się bite 2,5 godziny drogi. Z każdą chwilą robiło się coraz ciemniej. W sumie, nic dziwnego. Parki narodowe powstają w wyjątkowych miejscach, a ich pierwszym i nadrzędnym celem jest ochrona przyrody. Ze świecą szukać tu zasięgu (nasz GPS strajkował na okrągło), elektryczności i oświetlonej drogi. Lepiej zejść ze szlaku przed zachodem słońca.

A z drugiej strony, to właśnie w parkach narodowych zobaczymy najpiękniejsze wschody/zachody słońca i nocne niebo (tysiące roziskrzonych gwiazd i łunę drogi mlecznej).

Jak zatem wyglądała nasza droga do Las Vegas? Nie wyglądała.




Było całkiem wesoło, dopóki nie wjechaliśmy w sam środek burzy, a piorun nie strzelił w słup, jakiś kilometr drogi przed nami. Deszcz chlustał z każdej strony, grad tłukł się o przednią szybę, a nad nami niebo rozdzierały niebieskie błyskawice.

When you come out of the storm, you won't be the same person that walked in.
That's what the storm is all about. / H. Murakami

Tak pożegnała nas Dolina Śmierci.

Listopad i co dalej?

Czerwiec. Jestem świeżo po studiach, nie mam pracy i właśnie wyprowadziłam się z Krakowa. Na każdym kroku słyszę magiczne co dalej? i skrupulatnie chowam je pod poduszkę. Jadę do Stanów, nie chcę się troszczyć o mgliste jutro.

Cóż… trzymiesięczny pobyt w USA przeleciał mi przez palce. 2 października znów siedziałam w samolocie i z każdym oddechem zbliżałam się do Polski, do pytania, które czaiło się w ciepłej kołdrze. Co będziesz robić? Gdzie będziesz mieszkać? Co dalej?

Nikt nie uprzedził mnie, że powroty do domu są takie ciężkie!




Rzeszów, welcome to!


Po 6 latach na emigracji w Krakowie wróciłam do Rzeszowa. Nie, wciąż nie jestem przekonana, że Rzeszów to moje miejsce i wciąż zapieram się, że nie zostanę tu na stałe. Na rok - owszem, ale na całe życie?

Kawa na ławę. Wróciłam, bo obiecałam to G., który tego roku ściera się z magisterką. Wróciłam, bo zamieszkaliśmy razem, a nasz długo-dystansowy związek nabrał zdecydowanych, świeżych kolorów. Listopad mignął mi gdzieś pomiędzy przeprowadzką a wyborem szklanek w krakowskiej Ikei.

I co? Mamy białe talerze, duży fotel i różowe poduszki na sofce. Najlepsza przygoda dopiero przed nami.


Mieszkanie jest, a dalej?


Długo szukałam pomysłu na siebie. Zaczynać coś nowego czy iść starą, utartą ścieżką? Pracować zdalnie czy zamknąć się na etat w firmie? Cały październik przebiedowałam w domu. Oglądałam za dużo seriali i przerabiałam kalifornijskie zdjęcia.

Wiecie, z Rzeszowem jest jeden zasadniczy problem. Nie ma tu pracy po moich studiach (duże uproszczenie, ale… humanista w dolinie lotniczej?!). A i stawki są znacznie gorsze niż w innych rejonach Polski.



Tak więc szwendałam się tu i tam. Łapałam zlecenia i podsyłałam CV, aż w końcu… dostałam pracę i to niejedną. Tak więc pracuję - w (niby) marketingu, za dobrą pensję i z językami. Dalej mam wątpliwości, ale cóż, rachunki same się nie zapłacą (:

Chociaż najchętniej rzuciłabym wszystko i pracowała w kawiarnii na drugim końcu świata.


… albo została web developerem


Przeprowadzka, nowa praca i nagle zabrakło mi czasu. A przecież jeszcze w październiku narzekałam, że mam go aż nadto! Więcej pisałam, śmigałam na kawki i ba… wróciłam do korzeni i sięgnęłam po książkę o JavaScript’ cie.

Cały czas cierpliwie czekam, aż wszystko się unormuje i ja, pomimo pracy, znajdę chwilę dla siebie (;

var name = "Geri";
if (name == "Geri") {
Alert("Daj buziaka");
}

A w międzyczasie…

                
       

#filmy


1) Captain Fantastic rysuje przed nami namiastkę utopijnego państwa - malutką osadę w środku lasu,  w której wychowuje się i dorasta szóstka dzieci. Na pozór niczego im nie brakuje - codzienna musztra doskonale rozwija ich ciało i umysł. Ich spokój zostaje brutalnie przerwany. Nagła śmierć matki rozpędza lawinę zdarzeń i wystawia na konfrontację z realnym światem. Captain Fantastic to ciekawy i intrygujący obraz, który prowokuje do pytań. Jak ocenisz życie, które wybrał dla siebie Ben? Ocena 8/10




2) Już od dłuższego czasu zbierałam się do kolejnej (niebagatelnej, bo z 2003 roku!) propozycji oskarowej. Monster opowiada autentyczną historię Aileen - prostytutki, którą skazano na śmierć za zamordowanie sześciu mężczyzn. To smutny i poruszający obraz, splot wydarzeń, które nieuchronnie prowadzą bohaterów na dno. W rolę Aileen wcieliła się niesamowita Charlize Theron. Swoją drogą, Monster można obejrzeć wyłącznie dla niej, genialna kreacja! Ocena 8/10



# muzyka


Wygrzebane z internetów: Maradona w piosence o Maradonie.

I pomyśleć, że gdyby nie G. do dziś nie wiedziałabym, kim jest Maradona :’p




#blogosfera


Na blogu pojawiły się trzy wpisy:





*   *   *

Trzymajcie się ciepło! 
M.

Oko w oko z niedźwiedziem, czyli dotarliśmy do Yosemite!

Zza zakrętu wystrzeliły drzewa. Wysokie, hen do nieba. Morze drzew, które falowało w rytm podmuchu wiatru. Nad doliną gęstniała szara smuga dymu, która powoli, krok po kroku odsłaniała skarby parku. Wodospady, których widok z miejsca wrył nas w ziemię. Piękne i monumentalne, uśpione w promieniach południowego słońca. A dalej - kryształowe jeziora poukrywane w cieniu oprószonych śniegiem gór. Groźne bloki skalne, szare potwory, które tkliwie otaczały serce Yosemite. I on – El Capitan – skalny wódz, pionowa ściana, spełnienie marzeń każdego amatora wspinaczki.

Bezkresna przestrzeń.

I pomyśleć, że wcale nie mieliśmy zahaczyć o Yosemite

szlaki | niedźwiedzie w Yosemite | co zobaczyć | praktyczny przewodnik

Przygotowując pierwszy plan imprezy, wykreśliłam Yosemite z listy. Wertowałam tysiące relacji i chociaż wszyscy zgodnie chwalili Yosemite, nie mogłam się przekonać. Na zdjęciach wciąż widziałam drzewa, góry, drzewa, nagie skały i drzewa raz jeszcze. Jechać na drugi koniec świata i bawić się w polskie Tatry? Eeee, szkoda mi na to czasu.

Doskonale pamiętam, dlaczego zmieniłam zdanie. Tamtego popołudnia leżałam na plaży i w ciszy obserwowałam fale. Słuchałam historii o podróżniku, który ze wszystkich miejsc na świecie (!) najczulej wspominał Yosemite. Jak to możliwe? Nie mogłam być tak blisko i nie zobaczyć tego na własne oczy.

Dwa tygodnie do wyjazdu, a my zmieniałyśmy misternie szyte plany. Przesuwałam rezerwacje, ogarniałam auto i na gwałt kręciłam namiot. Wszystko, byle tylko zobaczyć Yosemite.





Poniedziałek. Do Yosemite dotarliśmy z samego rana. Mieliśmy sporo szczęścia, ponieważ – mimo braku wcześniejszej rezerwacji – zgarnęliśmy miejsce na campingu wewnątrz parku. A dokładnie, ostatni site na campingu Crane Flat ($26 za miejsce).

Camping w cichym, ciemnym lesie był wybawieniem po ostatniej nocy, którą we czwórkę spędziliśmy w aucie pod siłownią. Mało powiedzieć, że pierwsze huczne zajęcia w rytmach Biebera rozpoczęły się o 5 rano.

Praktycznie. Największym powodzeniem cieszą się campingi w samej Dolinie Yosemite, które należy rezerwować z dużym wyprzedzeniem. Cóż, tylko tam znajdziecie prysznic (;

Myślę, że nigdy nie zapomnę o Crane Flat i mam ku temu bardzo szczególny powód. Gotowi na dreszczyk emocji?

Dużo słyszy się o niedźwiedziach w Yosemite. Już na wjeździe wcisnęli nam ulotki z dokładnymi instrukcjami, gdzie przechowywać jedzenie i wszystkie inne (także szczelnie zakręcone) płynne rzeczy. Niedźwiedzie nie są głupie, a w poszukiwaniu żarcia potrafią się włamać nawet do samochodu. Na terenie całego parku rozstawione są specjalne anty-misiowe kontenery, do których należy wrzucić wszystkie odpadki, jedzenie i kosmetyki. Taki kontener ma w założeniu działać jak szczelna lodówka. Otwierasz – bierzesz – zamykasz. Otwierasz – odkładasz – zamykasz.

Zwykle staram się przestrzegać panujących reguł. Ale wiecie, dopiero co dojechaliśmy na miejsce i jedyne, o czym myślałam to pyszne kanapki z nutellą i bananem. Zresztą, serio? Nikt z naszych znajomych nie widział niedźwiedzia w Yosemite. Po śniadaniu zaczęliśmy sprzątać i sumiennie pakować rzeczy do anty-misiowego pudła. Kontener był otwarty przez kilkanaście minut. Dziewczyny ruszyły na podbój łazienki, a my zajęliśmy się bagażami. Dalej wszystko potoczyło się tak szybko!

Któraś z sąsiadek wskazała nam plamę na horyzoncie. Dużą, ciemną plamę, która stopniowo nabierała wyraźnych kształtów. Na środku campingu, jakieś 30 metrów dalej, jak gdyby nigdy nic przechadzał się niedźwiedź! Zamarłam i z przerażeniem spojrzałam na nasz kontener – pełen jedzenia, otwarty, jakby machał do misia na powitanie. $5000 grzywny stało się nagle bardzo realne.

Chyba już wiecie, kto biegł i patrząc śmierci w oczy, zamykał pudło i zbierał porozrzucane śmieci. Na pewno nie ja.

A gdyby ktoś nie wierzył, tylko w razie X, nagraliśmy filmik.


Samo Yosemite zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Obstawiam – po części dlatego, że był to pierwszy park narodowy, który zobaczyliśmy w zachodnich Stanach Zjednoczonych.

Zupełnie nie jak Tatry (;

Równocześnie wiem, że Yosemite nie pokazało pełnej krasy. Wodospady najlepiej podziwiać wiosną, kiedy rzeki nabierają po-zimowej wody. To dopiero musi być widok! Z powodu pożarów i znacznego zadymienia parku nie zobaczyliśmy także panoramy, który rozciąga się ze słynnego Glacier Point. Czułam delikatne kłucie, za każdym razem, gdy przejeżdżaliśmy obok szlabanów i zakazów wjazdu.


Co więc zrobiliśmy w dolinie Yosemite?


  • Szlak Upper Yosemite Falls do połowy drogi; złapał nas deszcz i o mały włos nie zawróciliśmy tuż przed ścieżką, z której można podziwiać górny, najwyższy wodospad Ameryki Północnej (739 metrów)









  • Szlak do mostu z widokiem na wodospad Vernal Fall (z mojej strony – dość niechętnie, ale foto-złapałam wiewiórkę i summa summarum byłam zadowolona)





        




  • Wtorek. Przejazd na wskroś parku Tioga Road w kierunku Mono Lake (widoczki palce lizać)









  • Przystanek z widokiem na Tunnel View (czy tylko mnie ten krajobraz przywodzi na myśl Nowy Świat Pocahontas?)



Yosemite było pięknym wstępem do naszej wyprawy po zachodzie USA.

Nie żałuję, że zmieniliśmy plany i zahaczyliśmy o perłę Ameryki.

Jest mi tylko szkoda (tak bardzo szkoda!), że spędziliśmy tam tak mało czasu.

M.