Floryda - historie nieopowiedziane


Nie ma zimy, podczas której nie tęsknię za słońcem, delikatną bryzą oceanu, złotym piaskiem parzącym w stopy…

… i za ludźmi, którzy stali się częścią mojej amerykańskiej podróży.

Usiądźcie wygodnie. Kawy? Herbaty? Zabieram was na Florydę, przez miejsca, historie, które nigdy nie miały być opowiedziane i garstkę zdjęć, które nigdy nie miały być opublikowane.

co zobaczyć na Florydzie | Orlando | Tampa | Fort Lauderdale
Clearwater

Długo zastanawiałam się, o czym powinnam wam opowiedzieć. O zapaśniku, który został zakonnikiem? O polsko-wenezuelskiej miłości, która przetrzymała pięć lat dziewięciotysięczno-kilometrowej odległości? O road tripie po zachodnim wybrzeżu, Muzeum Dali i miejscu, w którym huragan roztrzaskał kawałek wyspy?

Nie. Wybrałam pięć historii, pięć doświadczeń, które stworzyły najpiękniejsze wakacje mojego życia.

Catalina Magdalena

Musiały minąć dwadzieścia dwa lata, żebym poznała Catalinę. Przepiękną mieszankę polsko-wenezuelskich genów. Czy to możliwe, że dwie osoby, oddzielone murem oceanu, może w gruncie rzeczy tak wiele łączyć? Na zmianę prześcigałyśmy się w faktach, przerzucały rzeczami, które były takie same. Nie wspominając o tym, że tuż przed moim przyjazdem Catalina usłyszała okropną piosenkę o dziecięcym potworze Catalina Magdalena (!).

Wszystko wskazywało na to, że musiałyśmy się spotkać. A co to było za spotkanie!

Z Cataliną i Seanem spędziłam kilka dni w gorącym Orlando. Zwiedzaliśmy miasto, łapaliśmy słońce na plaży St. Augustine, karmiłyśmy łabędzie nad jeziorem Eola, a jedzenie nigdy nie smakowało lepiej niż to dopełnione historiami o słynnym sorority house i własnej firmie Seana. Z Cataliną buszowałyśmy po outletach w poszukiwaniu idealnej torebki, a Sean pozwolił mi potrzymać prawdziwą, ponad metrową spluwę.

Lake Eola Park, Orlando
Lake Eola Park


Lake Eola Park, Orlando

Lake Eola Park, Orlando

Kolacja w amerykańskim domu

Szczególnie miło zapamiętałam kolację, na którą zaprosili nas rodzice Seana. Nigdy wcześniej dwójka zupełnie obcych, dorosłych ludzi nie przyjęła mnie z tak szeroko otwartymi rękoma. Przygotowali paellę, bo lubię paellę, a tata Seana specjalnie dla mnie nauczył się robić miętowe mojito. Achhh, okropnie mocne cholerstwo! ;)

Myślę, że to jedna z tych rzeczy, które najbardziej zszokowały mnie z Stanach. Skrócony dystans pomiędzy pokoleniami. Bo skoro się przytulamy i mówimy sobie po imieniu, po co narzucać sztywne konwenanse? To zadziwiające jak wiele może zmienić zwykła forma grzecznościowa.

Po kolacji rozmowa zeszła na polskie korzenie taty Seana (a jakby!). Zupełnie przez przypadek, googlując panieńskie nazwisko babci, znaleźliśmy wzmiankę o ślubie w lokalnej gazecie. Nigdy nie zapomnę łez wzruszenia, które w tamtej chwili opanowały oczy taty Seana. To najpiękniejsze wspomnienie, które przywiozłam ze sobą z Ameryki. Pomyśleć, że wszystko zaczęło się od małej Polki, dla której odkurzono przepis na hiszpańską paellę… 

St. Augustine
St. Augustine


The Briarpatch
The Briarpatch

A skoro jesteśmy w temacie Orlando…

Kremowe piwo w wiosce Hogsmeade

Z czego słynie Orlando? Z ogromnych parków rozrywki, które królują na przedmieściach miasta. Znajdziemy tu wodne aquaparki, oceanaria, słynny Disneyland i Universal Studio. Będąc tak blisko, nie mogłam sobie odmówić wizyty w wiosce Harry’ego Pottera i kremowego piwa w Hogsmeade.

The Wizarding World of Harry Potter jest magicznym miejscem, pierwszym punktem na liście must see każdego fana przygód młodego czarodzieja. Twórcy parku odwalili kawał dobrej roboty. Czego tu nie ma! Są mroczne skrytki Banku Gringotta, smok ziejący ogniem, komnaty Hogwartu i latające miotły na meczu Quidditcha. Zimne kremowe piwo, czekoladowe żabki z kartami czarodziejów i fasolki o wszystkich smakach Bertiego Botta, a różdżka Ollivandera sama wskazuje swojego właściciela.

Co tu dużo mówić, w Universal dzieje się magia!

The Wizarding World of Harry Potter
The Wizarding World of Harry Potter

Korzystając ze zniżki pracowniczej wujka, kupiłam 4-dniowy (w cenie 2-dniowego) karnet do obu parków Universal Studio. Jak widać, nie tylko polskie korpo mają dobry program benefitów. Bawiłam się świetnie, a będąc sama, korzystałam z ekspresowych ścieżek i omijałam kolejki do największych atrakcji parku. I tylko czasami – w wagoniku Spidermana czy w fabryce Minionków – było mi smutno, że nie ma nikogo, z kim mogę dzielić się moim szczęściem.

W Universal spędziłam tylko dwa dni, a że karnet był imienny, do wykorzystania w ciągu dwóch tygodni, pojawiło się pytanie – co zrobić z pozostałymi dwoma dniami? Machnąć ręką i wywalić bilet? Drugiego dnia znalazłam się w Punkcie Obsługi, próbując przepisać karnet na Catalinę. Nic z tego. Zaczęłam kombinować, bo przecież jest mi tak bardzo przykro, chciałam wykorzystać wszystkie 4 dni, ale zmieniono rozkład busów (???), muszę jechać wcześniejszym, bo nie zdążę na samolot do Polski. Do tej pory nie rozumiem, jak zmiękło serce chłopaka za ladą. Bo przecież nie ruszyła go bajka o przełożonym busie? Koniec końców, otrzymałam dodatkowe dwa dni do wykorzystania bez limitu czasowego: jutro, za dwa, pięć czy dziesięć lat.

To jak, wracamy na kremowe piwo?

The Wizarding World of Harry Potter

Zjeść hot doga na meczu baseball’a

Co to byłby ze mnie za podróżnik bez typowego amerykańskiego zdjęcia z hot dogiem w ręku, cieknącą musztardą i czapką New York Yankees wciśniętą na głowę? W przerwie meczu baseball’a, rzecz jasna.

Cały poprzedni wieczór spędziłam, cierpliwie słuchając i ucząc się zasad gry. Na stadionie St. Petesburg zobaczyłam ogromne boisko i małe białe uniformy, które częściej pudłowały niż faktycznie uderzały w piłkę. Ciekawa rzecz, bejsbol jest przede wszystkim grą miotacza. Wynik drużyny w największej mierze zależy od jego celnych bądź niecelnych rzutów.



Cóż, a ja – najbardziej zapalony kibic – najlepiej bawiłam się w osobnej sali. Wiedzieliście, że płaszczki należy głaskać tylko dwoma placami?

Skąd płaszczki na meczu bejsbola? Zawodnicy Tampy nie bez powodu noszą nazwę Rays.


Oświadczyny na plaży Fort Lauderdale

Ostatni dzień na Florydzie spędziłam na plaży Fort Lauderdale. Po trzech tygodniach podróży miałam już dość zwiedzania, nowych atrakcji i zdjęć pstrykanych jedno za drugim. Dziwne niedziwne, nawet Stanami można się przejeść. W tamtej chwili potrzebowałam spokoju, chwili wytchnienia przy szumie fal groźnego oceanu. Rozłożyłam ręcznik, wysmarowałam się 50-tką i otworzyłam Plotkarę, pierwszą anglojęzyczną książkę, którą w Phili podarowała mi Paula.

Josh przysiadł się do mnie bez pytania. Wysoki chłopak z burzą ciemnych loków na głowie. Rzucił krótkie Hi! i poprawił okulary, które zsunęły mu się z nosa. Ot tak, po prostu. W Stanach nauczyłam się jednego – samotna dziewczyna działa jak magnez. Każdym swoim ruchem krzyczy Porozmawiaj ze mną, przywitaj się, zapytaj co słychać. Josh opowiadał o sobie, o polskich korzeniach (a jakby!), o filmowej karierze na Zachodnim Wybrzeżu i powrocie do domu, bo nigdzie nie ma tak pięknych plaż jak w Fort Lauderdale. Mówił o rekinach, których pełno jest tutaj o piątej rano i rybich zębach wyrzuconych na brzeg oceanu. Pytał i cierpliwie słuchał. Ale jak to: ostatni dzień w Stanach? W śmiechu rzucił – możemy się hajtnąć i zgarniesz Zieloną Kartę. Zostaniesz tak długo, jak zechcesz. 

Fort Lauderdale


Josh wrócił do swoich znajomych, a ja po ostatniej kąpieli w oceanie, ruszyłam wzdłuż plaży w kierunku niewielkich nadmorskich knajpek. Przyznam się w sekrecie. Na Florydzie zostawiłam serce w dwóch miejscach:

1. w lodziarni Cold Stone, gdzie lody miesza się z dodatkami na tzw. zimnej płycie

2. we wszystkich jogurciarniach

O mamo, nie ma nic lepszego niż mrożony jogurt polany hot fudge, białą czekoladą, posypany ciasteczkami oreo, piankami marshmallow, truskawkami i... wszystkim. Miliony kalorii. Tylko w Stanach widziałam TYLE przeróżnych jogurtów. Samoobsługa, podchodzisz i małą dźwignią nakładasz sobie dokładnie tyle i co chcesz. Nie muszę mówić, co znalazłam i gdzie zniknęłam na plaży Fort Lauderdale?

Clearwater


Johnpass
Johnpass

Johnpass

To były najpiękniejsze wakacje mojego życia. Przebijemy je w tym roku?

M.

Busem przez świat, Ameryka za 8 dolarów – recenzja

Marzyłeś kiedyś o tym, by spakować plecak, wyjść z domu i ruszyć w nieznane? Marzyłeś o podróżach, dzikich, dalekich krajach, w których słońce pali buzie, a słonie spacerują tuż pod twoim nosem? Marzyłeś o przygodach, uśmiechu nieznajomej i ciepłej zupie gdzieś na drugim końcu świata? Marzyłeś, a zaraz potem przekreślałeś plany grubą krechą? Bo mam pracę, bo nie mam czasu, bo to kosztuje, bo jeszcze tyle do zrobienia.

Bo tak się nie da.

Karol kupił i wyremontował starego busa. Wpakował w pojazd swoje ambicje, plany, nadzieje. Zebrał szaloną grupę ludzi i rzucił wszystko. Dobrą pracę, stabilne życie, dyplom, którego nie zdążył obronić. Bus stał się jego domem, łóżkiem, małym salonem. Stał się przepustką do życia, o którym marzył. Symbolem tego, że niemożliwe nie istnieje.

Bo skoro mały klekoczący bus objechał w trzy miesiące Amerykę, skoro osiągnął nieosiągalne, skoro dotarł do celu, chociaż mało kto w niego wierzył, skoro przeżył tysiąc dwie awarie i atak uzbrojonych Meksykanów… Ty możesz wszystko.

Wbrew pozorom nie jest to opowieść o starym busie. O podróżach? Po części. Projekt Busem przez świat to historia o ludziach. O dobroci i bezinteresownej dłoni na środku pustyni. To historia o ludziach, bez których Karol nie zobaczyłby Ameryki.




Busem przez świat, Ameryka za 8 dolarów jest drugą z serii książek Karola Lewandowskiego. Autor opisuje w niej trzymiesięczną podróż dookoła Stanów Zjednoczonych przez Nowy Jork, Kanadę, Chicago, słoneczną Kalifornię, po Meksyk i Teksański Dziki Zachód. Idea jest prosta – grupa przyjaciół objeżdża świat malutkim busem. Pomyślisz – miliony monet. Nie, ich budżet to 8 dolarów dziennie. Projekt szybko pozyskał grono wiernych fanów, sponsorów, zapalonych naśladowców, a Busem przez świat jest dziś jednym z najpopularniejszych blogów podróżniczych.

Busem przez świat poleciał ze mną na Teneryfę. Jak czyta się podróże w podróży? Rewelacyjnie. W czasie 5-godzinnego lotu pochłonęłam pół książki. Rozdziały są krótkie, dynamiczne, akcja zwarta, a koniec strony podsyca apetyt na więcej. Co działo się dalej? W tle przemijają obrazki z Ameryki. Przezroczysta podłoga Skydeck Chicago, gejzery w parku Yellowstone, wynurzający się z mgły Golden Gate Bridge w San Francisco, zachwycająca Dolina Monumentów, ząb rekina znaleziony na Florydzkiej plaży, jazz w Nowym Orleanie i aligatory na farmie Everglades. Wskażcie osobę, która nie chciałaby tego przeżyć.

Lektura Busem przez świat inspiruje. Zaszczepia wirusa podróży, który każdej nocy karze ci wracać na bezkresną pustynię i ulicę, po której spacerują żubry. Pozwala wierzyć, że każde marzenie jest na wyciągnięcie ręki. Trzeba tylko sięgnąć i zacząć je realizować.

Z czystym sercem mogę polecić książkę Karola Lewandowskiego. Jedna uwaga. Podtytuł Ameryka za 8 dolarów jest czystym chwytem marketingowym. Wiem, jak działa marketing i nie mam nic przeciwko, ale warto mieć to na uwadze, gdyby ktoś planował podobną podróż. W tytułowe 8 dolarów nie zostały wliczone koszty paliwa, koszt przygotowania busa do drogi i jego transport do Ameryki, bilety lotnicze, tysiące otrzymane w ramach sponsoringu i pomoc na trasie, czyli posiłki i nocleg zapewnione przez Polonię w Ameryce, polskich księży i fanów projektu Busem przez świat. Więc to nie do końca tak, że masz w portfelu 16 dolarów i już teraz możesz ruszać na podbój Stanów Zjednoczonych.

A jednak gdybym otrzymała podobną szansę, nie zastanawiałabym się dwa razy. Już dzisiaj dołączyłabym do zespołu Busem przez świat.

Obecnie w serii Busem przez świat znajdziemy trzy tytuły. Wyprawa pierwsza, Ameryka za 8 dolarów i Australia za 8 dolarów. Czytaliście któryś z nich?

M.

Kilka linków:
Blog Karola i Oli: http://www.busemprzezswiat.pl

Kilka rozterek foto-amatora

Od kilku tygodni irytowały mnie długie włosy. Umówiłam się do fryzjera i ścięłam dziesięć centów. Jak ręką odjął.

Od kilku tygodni irytował mnie dziurawy portfel, w którym gubiłam wszystkie drobne. Wczoraj znalazłam nowy model - duży, pojemny, czarny ze złotym sercem. Jak ciężar z głowy.

Od kilku dni irytowały mnie zimowe, poobdzierane buty. Zapakowałam je w worek i wyrzuciłam na śmietnik. Jak kamień z serca.

Od kilku tygodni irytuje mnie fotografia. I, do cholery, nie wiem co mogę z nią zrobić. 


Czym robić zdjęcia?

Im więcej robię zdjęć, tym więcej wad i niedociągnięć dostrzegam w moim sprzęcie. Od kilku lat fotografuję Nikonem D90 (body obecnie wycofane z rynku) z obiektywem Sigma 18-200 mm. Aparat przeleżał pięć lat w szafie, zbierając kurz i powoli zapominając, jak robić dobre zdjęcia. Dwa lata temu otrzymał nowe życie i zaczął zamykać świat w kadrach. A jednak. Z zachwytów jaki on niesamowity przeszłam w tryb wiecznej irytacji i narzekania. Czy to już czas, by zmienić lustro?

Największy problem mam z obiektywem. Moja sigma jest typowym zoom’em – świetnym towarzystwem w podróży i w każdym wypadzie za miasto. To niedrogi sprzęt - jeden z najtańszym zoom’ów, co szybko przełożyło się na jakość zdjęć. Jest za duży, za ciężki, a im bardziej nim kręcę, tym gorszy obraz dostaję w zamian.

Im bardziej się irytuję, tym szybciej zdaję sobie sprawę, że potrzebuję nowego sprzętu. Chcę więcej.

Powoli wprowadziłam was w rozważania lustrzanka vs. bezlusterkowiec. Dziękuję za każdą opinię i każdą radę w komentarzach. Dzisiaj coraz częściej rozglądam się za małym szkrabem z wymienną optyką, który spakuję w torebkę i wywiozę na drugi koniec świata. Jednocześnie oglądam obiektywy - jasne stałki 30mm, 50mm i trochę większe 24-70mm f2.8, które pozwolą mi w pełni rozwinąć skrzydła.

Jak żyć, co wybrać? Czym fotografujecie? Jesteście zadowoleni? 





Kiedy robić zdjęcia?

Dobry aparat to nie wszystko. Kluczowe jest światło, która pada na fotografowany obiekt. Gdzie i kiedy go szukać? W godzinach pełnoetatowej pracy ;)

Nawet jeśli chciałabym zwyczajnie pójść na zdjęcia, mój tryb życia przekreśla fotografię grubą kreską. Wychodzę z domu, gdy światło ledwie wychyli się zza horyzontu, wracam, gdy ulice płoną czerwono-złotym światłem. Od kiedy pamiętam, brzydzę się wbudowaną lampą. Nie robię zdjęć z ostrym flashem, który kradnie mi całą magię. Nie robię zdjęć na wysokim iso, które zalewa mi zdjęcie gęstym ziarnem. Nie robię zdjęć z długim czasem naświetlania, bo mój aparat nie wytrzymuje takich atrakcji. Nie robię zdjęć przy sztucznym świetlne, które uwydatnia cienie i pociąga mi kadry pożółkłą barwą.

Idealnie czuję się na zewnątrz. Ale to już dobrze wiecie. Fotografia w pomieszczeniu, gdy za oknem szaleje zima jest dla mnie dużym wyzwaniem. Nerwy puszczają za każdym razem, gdy widzę nieostre zdjęcie.

Jak żyć, co wybrać? Kiedy robicie zdjęcia?




Na czym obrabiać zdjęcia?

W ostatnim czasie żadna kwestia nie dostarczyła mi takich lawin frustracji jak właśnie obróbka zdjęć. Dopóki nie zobaczyłam, jak może wyglądać DOBRE zdjęcie, z DOBRYM odwzorowaniem kolorów na monitorze, miałam zbyt spokojne i radosne życie.

Najpierw przyszedł Iphone i kilka zdjęć po obróbce, które przesłałam z komputera na telefon. Drugi punkt, który chlusnął mnie wiadrem irytacji to MacBook, na którym pracuję w biurze. Jak, no jak, zdjęcie może być jednocześnie wyblakłe, lekko niebieskie i tonąć w żywych barwach? Jedno zdjęcie oglądam w trzech różnych miejscach i za każdym razem jest inne! Tu za żółte, tam za niebieskie, tu za duży kontrast, tam za mała saturacja.

Bądź tu mądry. Gdzie leży prawda?

Denerwuję się za każdym razem, gdy zaczynam pracować nad zdjęciem. Awww. Jest idealne, dopóki nie włączę drugiego komputera ;)

Znacie problem? Co zrobić?




Im więcej robię zdjęć, tym więcej od siebie wymagam. Chcę więcej i wiem, że mogę więcej. Ale co, jeśli nie wszystko zależy ode mnie?

Trzymajcie się ciepło, M.


Modeluje: @ochonska

Teneryfa: Wulkan Teide

Każdego roku stawiam sobie jeden cel – zrobić coś niesamowitego. W ubiegłych latach skoczyłam ze spadochronem i przeleciałam sama na drugą stronę wielkiej wody. 2016 przyniósł wiele dobrego, ale to jego końcówka i wyjazd na Kanary stały się tą niesamowitą wisienką na torcie.

5 grudnia zdobyłam najwyższy szczyt mojego życia - wulkan Teide.

teneryfa | poradnik | co zobaczyć | informacje praktyczne | trekking

Wulkan Teide (3718 m n.p.m.) jest najwyższym szczytem Hiszpanii. Leży w centrum Teneryfy, tworząc naturalną granicę dla dwóch odmiennych klimatycznie części wyspy – zielonej północy i suchego południa. Razem z otaczającą go florą i fauną tworzy ściśle chroniony Park Narodowy Teide. Księżycowy krajobraz parku dopełniają niezwykłe formacje skalne, zastygłe połaci lawy i endemiczna roślinność. Tylko tutaj zobaczycie kwitnące na czerwono żmijowce wildpretti.

W przeszłości Teide był świętą górą Guanczów. Legendy mówią, że zamieszkiwały ją złe duchy, schwytane i uwięzione w kraterze przez najwyższych bogów. Przyjrzyjcie się nazwie wulkanu – Teide w starożytnym języku Guanczów oznacza Piekielną Górę.

Teide to czynny wulkan. Na szczycie wciąż czuć siarkę, a przykładając dłoń do niewielkich szczelin, poczujecie podmuch gorącej, bulgoczącej magmy. Ostatnia erupcja, która zniszczyła piękne Garachico, miała miejsce w 1789 roku.

kolejka wjeżdżająca na stację Teléferico del Teide

żmijowce w Parku Narodowym Teide

żmijowce w Parku Narodowym Teide 2

Teléferico del Teide zjeżdżająca z wulkanu na tle brązowych skał

Na wulkan można dostać się na dwa sposoby. Wspiąć się o własnych siłach lub wjechać kolejką linową. O ile czas wspinaczki szacuje się na 5-6 godzin, Teléferico del Teide pokonuje całą trasę w 8 minut. Koszt biletu tam i z powrotem wynosi 27 euro. Warto rozważyć opcję pośrednią - zakup biletu w jedną stronę i 5-godzinny spacer w dół.

Kolejka zatrzymuje się na wysokości 3555 m, ostatni, stromy odcinek na szczyt trzeba pokonać samodzielnie. Uwaga: dostęp na wierzchołek Teide jest ograniczony. Aby dostać się na wymarzoną trasę, należy uzyskać specjalne pozwolenie. Zezwolenie jest darmowe, ale trzeba o nie zadbać z dużym wyprzedzeniem. Na górę wpuszczają tylko kilkadziesiąt ludzi dziennie i już dwa miesiące wcześniej zaczyna brakować miejsc. Co trzeba zrobić? Wypełnić specjalny formularz, podać swoje dane i wybrać konkretny dzień i godzinę, o której chcesz znaleźć się na górze.

Róbcie pozwolenia! Być na górze i nie ma wyjść na szczyt to jak mieć ciastko i nie móc go zjeść.

droga na szczyt Wulkanu Teide


stacja na szczycie Wulkanu Teide, droga prowadząca na krater wulkanu

zabawna chmura "łuna" nad domkiem na szczycie Teide

stacja na szczycie Teide widziana z drogi prowadzącej na krater wulkanu

Jak wyglądała moja przygoda z Teide? Skomplikowanie.

Do wulkanu mieliśmy dwa podejścia. Bo jakie trzeba mieć szczęście, żeby załatwiając pozwolenie, wybrać jeden jedyny dzień, w którym pada, mocno wieje, a na roślinach osadza się szron? Wjeżdżając coraz wyżej, mijaliśmy osunięte głazy, a widoczność z każdym kilometrem robiła się coraz gorsza. Otoczeni gęstą mgłą, znaleźliśmy się w środku białego mleka. Nic dziwnego, że kolejka została zamknięta, a wszystkie kursy wstrzymane. Czwartego grudnia ze łzami w oczach odbiłam się od Teide.

Kolejnego dnia co dziesięć minut sprawdzałam stan kolejki i jak mantra powtarzałam czerwone, czerwone, nieczynna. Koniec końców jeszcze raz wjechaliśmy dwa tysiące metrów w górę. Świeciło piękne słońce, a niebo od kilku dni nie było tak przejrzyste jak dzisiaj. Nawet jeśli nie zdobędziemy Teide, zobaczymy Park Narodowy, żmijowce i dumne Roques de García. Wypijemy ciepłą kawę z widokiem na góry, przegryziemy Palmerę z czekolady i zgubimy się na górskiej, kamiennej ścieżce. Pół roku w Hiszpanii nauczyło mnie również z ostrożnością podchodzić do Hiszpańskich pracowników. W tym świecie zawsze panuje sjesta i mañana mañana.

I co? Podjeżdżając na parking, piszczałam z radości. Kolejka działa. Wjeżdżamy na górę!

droga na krater wulkanu Teide obsypana głazami i wielkimi kamieniami

para turystów, którzy właśnie zdobyli wulkan Teide

turysta na szczycie wulkanu Teide, w tle gęste białe chmury

kamienista droga na szczycie wulkanu Teide

dziewczyna siedząca tyłem na szczycie wulkanu Teide

Pan przy bramce dla Vipów wyglądał nieprzejednanie, a jednak postanowiłam spróbować. Dlaczego nie? Wiecie, smutne oczka, wczoraj się nie dało, tak bardzo nam zależy… Pan tylko pokiwał głową, przewertował dokumenty, zamienił słówko z drugim strażnikiem i wpuścił nas na górę. Udało się!

Ostatnie podejście na Teide trwa zaledwie kilkanaście minut. W każdym kamykiem na ścieżce wspinaliśmy się coraz wyżej. Nie było łatwo. Rzadko bywam w górach, szczególnie w tak wysokich. Zrobiłam kilka kroków, serce tłukło jak szalone, a oddech niebezpiecznie przyspieszył. Widziałam bladą buzię G., którego serduszko nie działa dokładnie tak jak powinno. Ale hej, nie po to te wszystkie trudy i płacze, by poddać się na ostatniej prostej. Jeszcze kilka kroków w górę i… udało się. Zdobyliśmy Teide.

Nie sposób opisać tego, co czuję się wysoko ponad chmurami, na 3,7 tysiącach metrów. Euforię? Radość? Spełnienie? Wiem jedno. To było niesamowite przeżycie. Pokonałam pewną barierę. W tamtej chwili byłam królową swojego świata.

Los Roques de Garcia w Parku Narodowym Teide, w tle wulkan Teide

Los Roques de Garcia w Parku Narodowym Teide
Los Roques de García
księżycowy krajobraz w Parku Narodowym Teide

Palmera de chocolate i kawa z bitą śmietaną w schronisku na drodze do Parku Narodowego Teide
Palmera de chocolate
Wulkan Teide był pierwszą rzeczą, którą zobaczyłam przez okno samolotu, gdy zbliżaliśmy się do wyspy. Dumnie piętrzył się i górował nad chmurami. Wulkan Teide był jedną z ostatnich rzeczy, które zobaczyłam na Teneryfie. Stanęłam na najwyższym punkcie krateru i patrzyłam na świat, który rozciągał się pod moimi stopami. Wulkan Teide jest moją osobistą kompozycją, w ramach której zamykam Teneryfę.

Do zobaczenia, Wyspy Kanaryjskie!
M.