Przystanek Kraków

Kraków jeszcze nigdy tak jak dziś

Nie miał w sobie takiej siły i

Może to ten deszcz, może przez tę mgłę

Ale w każdej twarzy ciągle widzę cię

Rynek | Kazimierz | Sukiennice

Kraków jest mój, to przeznaczenie, które jako dziecko wyryłam sobie w głowie. Z biegiem lat myślę, że Kraków nigdy nie pociągał mnie jako taki. Bo co o mieście mogła wiedzieć kilkunastoletnia M.? Pamiętam szkolne wycieczki, Teatr Stu, obwarzanki i miłość polonisty do dawnej stolicy Polski. Pamiętam pierwsze poważne zakupy, wysokie buty i opowieści o słynnej siostrze, studentce UJ. W mojej głowie od dawna gnieździła się idea Krakowa. Symbolu kultury, niezależności i nieuchwytnego, dorosłego życia.

A potem dostałam się na studia. Pokochałam Kraków, bo dał mi wszystko, czego oczekiwałam. Nocne tramwaje, mały biały pokój i pierwszy łyk słodkiej kawy. Decyzje i odpowiedzialność. Przedsmak wymarzonego życia. Kraków każdego dnia uczył mnie dorosłości.

Tego, że dżinsy należy prać osobno, bo pofarbują mi białe majtki.

Tego, że bananowo-nowozelandzkie muffiny najlepiej smakują pieczone o pierwszej rano.

Tego, że drzwi się zamyka, bo ludzie wchodzą i kradną laptop z salonu.

Tego, że gaśnica ma niezły rozbryzg, a płonący garnek można ugasić kawałkiem starej szmatki.

Tego, że w starej kamienicy (szczególnie zimą) nie da się mieszkać.

Tego, że nie ma nic lepszego niż własne łóżko, chwila spokoju i odgrzany obiad mamy.







Większość mojego studenckiego życia kręciła się wokół rynku i wąskich uliczek Kazimierza. Starych, klimatycznych miejsc z tajemnicą wepchniętą w róg ciemnej, podziemnej knajpy. Taki Kraków zapamiętam. Nikt nie mówił o smogu, nikt nie nosił masek, a Starbucks był tylko jeden - w Krakowskiej przy dworcu.

W końcu byłam niezależna, a w niezależnych oczach wszystko jest piękne.

Plaga gołębi okupowała rynek, kiedy na Brackiej leniwie sączyliśmy gęstą, gorącą czekoladę. Wiadomo, najlepszą u Turnaua. Oczami pochłaniałam sałatki w Chimerze przy św. Anny, a po zmierzchu chowaliśmy się w Kulturalnym, by przegadać życie przy piwie z wiśniówką. Na plantach we wrotkach obijałam się o ludzi, a tamtego roku przebiegliśmy pierwsze dziesięć kilometrów. Do świni na Wiśle i z powrotem. Szerokim łukiem omijaliśmy sukiennice, bo oblejesz sesję, jeśli przetniesz je na pierwszym roku. Wawel majaczył gdzieś na tle studenckiego życia, zupełnie odległy, zbyt obcy, by choć przez chwilę potraktować go serio.

Kazimierz zawsze był uosobieniem krakowskiego fancy. Spokojnego, wyluzowanego życia, w którym czas przystanął, by odpalić wymuskaną fajkę. To tutaj szukaliśmy śniadań i dopieszczonej, kremowej kawy. Wieczory mijały w Domówce, otulone grzanym winem i wybuchem śmiechu nad partyjką Tabu. Odkrywaliśmy murale i napisy porzucone gdzieś na szarych ścianach. Szpinak ściekał z zapiekanki, a ja do dzisiaj nie rozumiem dlaczego cały czas się tam gubię.

Musiało trochę minąć, żeby poznała drugi, zupełnie inny Kraków.






Kraków jest i zawsze będzie moim miejscem. I nie, nie dlatego, że jest piękny, odrestaurowany i zadbany. Bo wiecie – wcale nie jest. Im dłużej tu mieszkam, tym bardziej dostrzegam, jak brzydkie i brudne to miasto. Stare kamienice z poobdzieranymi ścianami, których okna wychodzą na małe wewnętrzne ganki. Zarośnięte, zapomniane trawniki i zapuszczone parki. Chaszcze, które pną się na co drugim płocie. Poszarzałe PRL-owe klocki. Pijane towarzystwo pod McDonaldem na Szewskiej. Przepełnione, śmierdzące potem autobusy. Czarne, zapylone szyby i każdy nawiew wentylatora. Woda z kranu, która pachnie chlorem.

Czasami odnoszę wrażenie, że w Krakowie ładne jest tylko centrum. Bo turystyczne, bo medialne. Im dalej w las, tym bardziej szare i smutne wydają się blokowiska pełne ludzi.

Nawiasem mówiąc, bardzo ostrożnie stawiam słowo ładne. Bo ciężko tak nazwać rynek, który w ciągu roku wypełnił się czterema (!) Starbucksami.







Krakowem szybko można się przejeść, znudzić, zmiąć rozdział i wyrzucić do kosza. A jednak… miasto nigdy nie jest sumą brzydkich elewacji i pogody w kratkę.

Uwielbiam Kraków za każdą chwilę, każde wspomnienie i każdą osobę, którą sprezentowało mi miasto. Za radość, za smutek, za łzy i strach o czwartej w nocy. Za sześć lat życia i mnie-człowieka, którego wymieliło i wypluło to miejsce.

Uwielbiam Kraków i serce się kraje, gdy widzę, co dzieje się zimą każdego roku.

Z moim Krakowem, kawałkiem prawdziwej Polski.


Wśród turystów rynek tonie znów

Ktoś zakrzyknął głośno, błysnął flesz

Na Gołębiej twój płaszcz zaczepił mnie

W wystawowym oknie w tłumie gdzieś

Rozśpiewany styczeń

Styczeń od zawsze kojarzy mi się z ciężką pracą i nocą w książkach przepijaną raz po raz gorącą kawą. Tym dziwniej czułam się tego roku – w styczniu, w którym (pierwszy raz od tylu lat!) nie czekał mnie żaden egzamin ani zaległa sesja. Zupełnie nieswojo – nie musiałam wertować notatek, w kółko tych samych książek i w pośpiechu docinać kolorowych fiszek. Zadziwiająco dobrze – bez stresu, bez stosu zaliczeń, esejów i zamkniętych testów wiszących tuż nad moją głową. A przecież (ponoć) wciąż studiuję.

Cały czas walczę z pracą magisterką. To znaczy - napisałam pierwszy rozdział i zadowolona, spoczęłam na laurach. Siadam przed komputerem, podwijam rękawy i zamiast pisać, znów oglądam nowego Sherlocka. Coś musi być w tej klątwie pierwszego rozdziału, o której opowiadała mi wczoraj Ola. Grunt to zebrać się w sobie i wrócić do pracy, right?

Tektura
Tektura

Styczeń to również oddechowy alarm. Krakowskie powietrze jest stęchłe, szare, kłuje w płuca i coraz bardziej zwyczajnie śmierdzi. Nikogo nie dziwi już widok antysmogowych masek, wysoko podciągniętych szalików i chustek, które owijają twarze ludzi.

Pomyśl, każdego ranka budzisz się rano i jest ci niedobrze na sam widok szarej ściany pyłu za oknem.

Styczeń to alarm także dla mnie - sygnał, że być może Kraków nie jest i nie będzie moim miejscem. Coraz częściej łapię się myśli o przeprowadzce i zmianie miejsca zamieszkania. Kto wie, czy po studiach będzie tu jedna rzecz, która mnie zatrzyma?

Bura aura za oknem źle wpływa na moje samopoczucie. Narzekam na wszystko: na cerę, włosy, spadek motywacji, a nawet na fotografię, która tej zimy irytuje mnie bardziej niż zwykle. W ogromnym powiększeniu widzę wszystkie błędy, niedociągnięcia i wady mojego sprzętu. Narzekam i biadolę, a później jeden impuls i zamiast nowego aparatu, na skrzynce ląduje bilet lotniczy. Albo dwa.

Za miesiąc widzimy się we Włoszech. Będzie pyszna pizza i kilka dni w domku z widokiem na jezioro. Polecicie co warto zobaczyć / zjeść na trasie Bergamo-Como-Mediolan?

Zenit
Zenit

W wolnym czasie piję kawę w Tekturze, a z polecenia Niesmigielskiej odwiedziłam Zenit na Kazimierzu i wciągnęłam francuskie tosty. Może nie z bekonem, ale też były pycha.

Do rzeczy, co ulubiłam sobie w styczniu?

# kosmetyki


W styczniu na tapecie znów zagościł problem suchej i łuszczącej się skóry twarzy. Odrobinę douczyłam się w temacie. Im więcej wiem, tym lepiej sobie radzę. Wiedzieliście, że zimą nie powinno się stosować żadnych nawilżających kremów? O ile latem są niezastąpione, to w zimie ich działanie maluje się zupełnie odwrotnie. Komórki napełniają się wodą, a w styku z mroźnym powietrzem na zewnątrz – eksplodują. Zimą nie nawilżamy, zimą dbamy o solidne natłuszczenie.

1)  Za radą koleżanki sięgnęłam po olejek firmy Nacomi. Nakładałam go na buzię codziennie przed snem, a rano ciepłą wodą zmywałam resztki. I choć mam dziwne przeczucie, że połowa olejku wsiąknęła w moją pościel, efekty widziałam gołym okiem. Moja cera była piękna, wygładzona, a sucha skóra na czole przynajmniej na chwilę została opanowana. Co ciekawe, olejki Nacomi są wielofunkcyjne – dobre do pielęgnacji twarzy, całego ciała, a nawet zniszczonych końcówek włosów.

2) Olejek sprawdzał się świetnie do momentu, w którym coś bardzo silnie mnie uczuliło. Nie wiedziałam, co zrobić z twarzą. W co włożyć ręce? Miałam wrażenie, że wszystko mnie swędzi, a skóra schodzi i łuszczy się jak oszalała. Wygrzebałam z szafy Elo-bazę, krem intensywnie natłuszczający, który dwa lata temu polecił mi alergolog. Wszystkie objawy ustały po jednej aplikacji. Elo-baza zasłużyła na pierwsze miejsce wśród niezastąpionych kosmetyków tej zimy.

3) Przed żelem pod prysznic stawiam trzy wymagania – ma myć (!), być tani i przepięknie pachnieć. Nic dziwnego, że tak bardzo polubiłam się z Rossmanową marką Isana. W styczniu niuchnęłam zimowej, limitowanej edycji i już wiedziałam, który zapach będzie mi towarzyszył każdego wieczoru. Zimowa Isana pachnie wanilią i otula karmelową nutą. Za każdym razem mam wrażenie, że wylewam na siebie słodki budyń. Całkiem nieźle jak na 3 złote, nie?

# filmy

1) Do La la landu podeszłam z dużą dozą ostrożności. Zdobywca Złotych Globów, 14 nominacji do Oskara, musical, historia o marzeniach na tle Los Angeles i Stone & Gosling, najpiękniejszy duet dzisiejszego kina. Wyobrażacie sobie, jak wielkie mogło być moje rozczarowanie? A jednak… Nie było szansy, by ten film nie trafił prosto do mojego serca. La la land to magiczna opowieść, obok której nie sposób przejść obojętnie. I wiecie co? Jak rzadko bywam w kinie, nie wybaczyłabym sobie usłyszeć Emmę na kiepskich głośnikach mojego komputera. Ocena: 9/10


2) Doceniam  filmy, które potrafią mnie wzruszyć i powodują, że nawet zasmarkana - nie mogę oderwać oczu od monitora. Długo nie mogłam się zabrać za Zanim się pojawiłeś. Ot, kolejny romans, pudrowa historia i problemy trzeciego świata. Jak bardzo mogłam się mylić? Lou jest promyczkiem słońca – młodą, kolorową dziewczyną, która w poszukiwaniu pracy trafia do bogatego domu. Jej zadanie wydaje się proste – ma pomóc w opiece nad sparaliżowanym Will’em. Piękna, delikatna historia, która ukazuje ważną prawdę - nie wszyscy czekają na swoje szczęśliwe zakończenie. Ocena: 8/10


3) Przyznaję się - mam słabość do Disney’owskich bajek. Uwielbiam soboty w piżamie, zapętloną Małą Syrenkę i stygnącą hawajską pizzę. Tym bardziej mi smutno za każdym razem, gdy oglądam kolejną słabą animację. I tylko czasem, pośród wszechobecnego chłamu uda się wyłuskać prawdziwą perełkę. Ostatni niedzielny poranek upłynął mi w towarzystwie Zwierzogrodu. Bajka kreśli historię króliczka Judy, której największym marzeniem jest zostać policjantką i zmienić świat. Zwierzogród to opowieść o marzeniach, o strachu, o pokonywaniu własnych barier i o tym, że jeśli tylko chcesz – możesz osiągnąć wszystko. To również oczko puszczone do trochę starszego widza i sprytne nawiązania do kultowych pozycji. Ocena: 8/10


# muzyka

Bez dwóch zdań, mój styczeń to muzyka. To delikatne City of stars w duecie Stone & Gosling i epilog La la land, który wcisnął mnie w fotel od pierwszej do ostatniej nuty.


Powoli wkręcałam się w nową Rihannę, …


Aż usłyszałam I don’t wanna live forever. I przepadłam. Nowy Grey (choć nie lubię, nie polubię!) musiał powstać dla tej piosenki. Czyżby zanosiło się na to, że soundtrack powtórzy sukces muzyki z pierwszej części?


# blogosfera

W styczniu przebiłam samą siebie i napisałam pięć postów. Zamknęłam relację z Wysp Kanaryjskich, obfotografowałam Aleksandrę z kotem, a myślami wróciłam na piaszczystą plażę gdzieś po drugiej stronie oceanu. Pod numerem 3 pojawiło się wiele cennych komentarzy, które mogą pomóc niejednemu z was. Czytaliście?






* * *

A jak minął Wasz styczeń?

M.