Harry Potter i Przeklęte dziecko - recenzja

Lumos!

Pomyśl przez chwilę. Możesz wskazać jedną książkę, którą chcesz wymazać z pamięci i przeczytać od nowa. Co wybierzesz?

Moja odpowiedź jest szybka i prosta. Wybieram Harry’ego Pottera.

Doskonale pamiętam Mikołajki, w które otrzymałam pierwszą część zakazanej sagi o młodym czarodzieju. Pamiętam noce i zapaloną lampkę oświetlającą karty kolejnych, obszernych tomów. Czekoladowe żaby, magiczny pociąg i bliznę błyskawicę. Pamiętam dreszcz ekscytacji na karku małej M. wtulonej w fotel kinowej sali. Pamiętam koszmar, który budził mnie nocą po odrodzeniu Voldemorta. Pamiętam też Ostre Strongi, które kilka lat później wciągałam na przedpremierze Insygni Śmierci. Pamiętam wszystko i wiele bym dała, by móc to przeżyć od nowa.


Harry Potter, tuż obok Jeżycjady i Stowarzyszenia Wędrujących Dżinsów, był ważną częścią mojego dzieciństwa. Z tym większą ciekawością przyjęłam wieść o kolejnej, ósmej części przygód w świecie czarodziejów. Okej, od początku byłam świadoma dwóch rzeczy: autorką książki nie była J. K. Rowling (chociaż jej nazwisko zajmuje większą cześć okładki), a forma zdecydowanie odcinała się od tradycyjnej prozy.

Do książki zabrałam się na spokojnie, z lekkim opóźnieniem i ostudzeniem Potterowskich żądzy.

Harry Potter i przeklęte dziecko to scenariusz sztuki, którą po raz pierwszy wystawiono ubiegłego lata w londyńskim Palace Theatre. Dramat jest kontynuacją Insygniów Śmierci, w którym główne skrzypce gra najmłodszy syn Harry’ego Pottera, Albus Severus. Chłopiec od dziecka zmaga się z niepowodzeniami i rodzinną presją, która niebezpiecznie zwodzi go na ciemną drogę. Na skutek jego akcji, po dwudziestu dobrych latach, nad sceną znów pojawia się mroczne widmo Voldemorta.

Czy warto sięgnąć? Tak, ale… pod jednym warunkiem. Nie oczekuj od niej zbyt wiele.

Książka znów przeniosła mnie do magicznego świata, który tak dobrze zapamiętałam z lat dzieciństwa. Znów biegałam po Hogwarcie i z niecierpliwością oglądałam rozwój zdarzeń. Rozkoszowałam się każdym zdaniem, każdą kwestią, bo to znów był ten Harry Potter, którego pokochałam przed wieloma laty. Sama historia jest ciekawa, postacie dobrze nakreślone, a akcja trzyma w napięciu do samego końca.


Po tylu latach bez Harrego to było niezwykłe przeżycie znów wrócić do tego magicznego świata. I mimo, że postaci postarzały się, a ich losy potoczyły się w wielu przypadkach nie tak jak się spodziewałam to pochłonęłam książkę jednym tchem. @angelika_adreamerslife


A jednak w opowieści zabrakło mi czegoś świeżego – nowej jakości w Potterowym świecie. Mam wrażenie, że wszystko już kiedyś było. Zmieniacz czasu, patronus, turniej trójmagiczny, eliksir wielosokowy i zielona Avada Kedavra. Zawsze podziwiałam Rowling za wyobraźnię, która stworzyła magiczną rzeczywistość. Na tle pozostałych części Przeklęte dziecko wydaje się tylko płytką powiastką, która nie dorówna do pięt poprzednikom. 


Niektóre fanficki są lepsze od tego scenariusza... @ewelina.sylla


Wiem, że wiele osób zarzucało książce formę dramatu. W tym punkcie chciałabym wyjść naprzeciw i obronić Przeklęte dziecko. Nie lubię pytania „co by było, gdyby”, tak jak nie rozumiem słów Szkoda, że La la land był musicalem / Szkoda, że nowy Potter jest scenariuszem. Przyjmuję dzieło takim, jakim jest i w ten sposób je oceniam. Pomyśl - dziwnie byłoby wytykać Picasso, że Guernica jest dziełem kubistycznym lub Dali’emu, że nie był realistą.

Nie lubisz musicali? Nie oglądaj. Nie lubisz dramatów? Nie czytaj.

Przyznaję – sama lubię dramaty (Tektonika uczuć i Schmitt, mój bóg!). Ósmą część Harry’ego Pottera czytało się inaczej, ale wciąż bardzo dobrze.


Nie wytrzymałam do polskiej premiery i przeczytałam po angielsku, a w dodatku jak do niej zasiadłam to oderwałam się dopiero jak skończyłam. Jasne, że można mieć różne odczucia zarówno co do formy jak i treści, ale cudownie było się przenieść znowu do dobrze znanego i lubianego świata :) @lawyerkapl


Czytaliście? Grosik za wasze myśli i wrażenia.

Trzymajcie się ciepło, M.

Nox!

Share week 2017

Share week 2017

O co chodzi? Share Week to świetna inicjatywa Andrzeja Tucholskiego, w ramach której – krótko mówiąc – twórcy polecają twórców. O samej akcji przeczytacie więcej tutaj.

W Share Week’u chciałam wziąć udział już w zeszłym roku, ale banalnie przespałam termin. Przespałabym i tego roku, gdyby nie Hania i jej polecenia. Dzisiejszy poranek przywitał mnie kubłem zimnej wody. Jak to, minął już tydzień, a ja dalej o niczym nie wiem?! Spinam więc tyłek i piszę.

Wbrew pozorom bardzo trudno przyszło mi wybrać te trzy best - najlepsze blogi, które wpłynęły na moje blogowanie i postrzeganie świata. Blogi, które inspirują, są ważne i wnoszą nową jakość do mojego życia. Na kogo padło?




Są trzy powody, dla których blog Eli zdominował moje zestawienie: wyprawa przez Amerykę Łacińską (ścisłe top 3 moich podróżniczych marzeń), zdjęcia wschodu słońca nad Doliną Monumentów (którymi mogłabym obkleić pół pokoju) i cięty język (za sprawą którego każda relacja nabiera ostrego smaku chili, a nawiasem mówiąc, bardzo lubię chili). Żaden blog tak jak Nieśmigielska.com nie inspiruje mnie do dalszej pracy nad zdjęciami, oglądania życia przez wizjer aparatu i podróży na kraj świata.


Świat według Rostków był pierwszym wyborem zeszłego roku. Nie zliczę godzin, podczas których wertowałam historię poślubnej podróży dookoła świata Sandry i Rafała. Malownicze zdjęcia przeplatały relacje i przygody po drugiej stronie globu. Wiecie, nigdy nie marzyłam o tak długiej i, w gruncie rzeczy, karkołomnej drodze. Nigdy nie chciałam rzucać wszystkiego i jechać przed siebie. Dopiero Rostki obudzili we mnie tęsknotę za turkusową, filipińską wodą, tequilą przegryzaną meksykańskim taco i ptakami emu na australijskiej drodze.




Po długiej debacie trzecie miejsce przypadło Angelice. Dlaczego? Za inspirację w rozwijaniu bloga, za ideę slow life, którą - pomału, bo pomału – staram się przemycać w moim życiu i za odwagę w podążaniu za marzeniami. Angelika zrobiła to, czego (dam sobie rękę uciąć!) większość pragnie, a nie ma dość siły powiedzieć głośno. Razem z mężem rzuciła dotychczas spokojne, uporządkowane życie i postawiła wszystko na jedną kartkę – poszukiwanie szczęścia. Mocno trzymam kciuki za Australię i każdą przygodę, która wykluje się gdzieś po drodze.


Ponadto, chciałabym wyróżnić pięciu twórców:

Haniako za wrażliwość, gorącą herbatę i bloga, który utula jak ciepły koc

Oopssidedown za sanktuarium słoni i zasianie we mnie magii jeziora Como

Zapiski ze świata za życie moim życiem ;) i niegasnącą miłość do Walencji

Powerpinkyx za wyzwanie took a pic i gonitwę za marzeniem

Europabistro za historię z korkociągiem i gorącą czekoladę u Turnaua


* * *


Bierzecie udział w Share Week 20017? Koniecznie podzielcie się linkiem.

M.

Jezioro Como razy pięć

praktycznie | rady | co warto zobaczyć nad jeziorem Como

W ostatnich dniach nauczyłam się ważnej rzeczy – źle się czuję, jeżeli nie czekam na jakiś wyjazd. Od kwietnia wyglądałam lotu na Teneryfę. Żyłam każdym dniem, odliczając i ciesząc się w duchu jak mały dzieciak. Jeszcze tylko miesiąc, tydzień, trzy dni! W styczniu dopadła mnie nuda i znużenie. Wróciłam, nie miałam na co czekać.

Znacie ten stan? Zaczęłam przeglądać tanie loty i jakoś tak nagle (ekhm, zupełnym przypadkiem) wpadły mi w ręce bilety do Bergamo. 125 zł w dwie strony. Zadzwoniłam do G. i impulsywnie kliknęłam ‘Kup’. Hej, a więc znowu lecimy do Włoch. Marcowy weekend jawił się niczym błogosławieństwo na tle monotonnych, identycznych dni w pracy. Zakasałam rękawy i zaczęłam robić to, co lubię najbardziej… planować.

A lecąc do Bergamo, nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie zobaczyła Lago di Como. Dlaczego?

Zobaczcie pięć powodów, dla których warto odwiedzić Jezioro Como.

Lierna

Lierna, widok z okna na jezioro Como


Como

para siedząca na ławce nad jeziorem Como
Como, Lombardia
przycumowane łódki na jeziorze Como, Lombardia
dziewczyna otulona szalikiem, która patrzy na jezioro Como
srebrna figura w Como, Lombardia
park nad jeziorem Como, Lombardia
dłoń trzymająca filiżankę kawy w Como, Lombardia
filiżanka białej kawy na tle białej ściany w Como
park nad jeziorem Como, Lombardia 2

Lecco

turyści na tle katedry w Lecco

Varenna

Varenna, Lombardia
most nad rzeką w Varennie, Lombardia
zakochana para na moście, w tle jezioro Como
tafla jeziora Como
dziewczyna na statku, wygląda przez okno na jezioro Como

Bellagio

dziewczyna stojąca na schodach, Bellagio
para siedząca na ławce w Bellagio, Lombardia
widok na jezioro Como z platformy widokowej w Bellagio
zakochana para, w tle góry i jezioro Como
jezioro Como, w tle ośnieżone szczyty gór
uliczka | najsłynniejszy widok w Bellagio, Lombardia
wąska uliczka w Bellagio
bezlistne drzewa i restauracja na otwartym powietrzu, Lombardia
Bellagio z widokiem na jezioro Como

Informacje praktyczne


Jak dotrzeć nad jezioro Como?

Bergamo Mediolan to jedna z najtańszych destynacji, do których dolecimy z Polski. Ceny biletów zaczynają się już od 35 zł w jedną stronę. Z dworca Bergamo co godzinę odjeżdża pociąg do Lecco (koszt: 3,60 euro). Miasteczko położone jest tuż nad jeziorem Como i stanowi świetną bazę do penetrowania okolicy.

Jak poruszać się między miasteczkami?

Pociągiem. Koleje regionalne kursują wzdłuż całego zachodniego brzegu jeziora. Bilet z Lecco do Varenny kosztuje 2,90 euro. Co jak co, ale na pociągi w Lombardii nie można narzekać. Są tanie, komfortowe i punktualne.

Varenna, Bellagio i Menaggio stanowią swoisty trójkąt bermudzki jeziora Como. Pomiędzy miastami regularnie kursują promy. Koszt biletu za jeden przejazd: 4,60 euro. Jeżeli planujecie intensywne zwiedzanie, warto rozważyć opcję nielimitowanych promów na trasie Lenno – Tremezzo – Villa Carlotta – Cadenabbia – Bellagio – Menaggio – Varenna za 15 euro.

Do Como dojedziemy autobusem, którzy odjeżdża spod dworca w Lecco. Przy okazji zahacza o każdą przydrożną wioskę, a sama podróż trwa około 1,5 godziny. Bilet w jedną stronę kosztuje 3,40 euro.

Gdzie nocować nad jeziorem Como?

Z całego serca polecam mieszkanie Luiselli w malowniczej Liernie. Miejsce jest piękne (za widok z okna można zabić!), a gospodarze przeuroczy. Sama Lierna jest malutkim miasteczkiem z jednym marketem, sklepo-kawiarnią Sister’s i barem, w którym pizzę robi się między 19 a 20.15. Jest spokojna, nieturystyczna, a pod ogromnymi willami siedzą grzecznie lamborghini. Ale co najważniejsze – jest dobrze skomunikowana i leży zaledwie dwie stacje od Varenny.

Apartament wynajęliśmy przez serwis Arbnb za 45zł/noc/os. Wciąż możecie skorzystać z mojego zaproszenia. Przy rejestracji otrzymacie 23 euro na pierwszą podróż o wartości minimum 300zł. Po wykorzystaniu bonusu, otrzymam 12 euro gratis, a wy będziecie mogli zapraszać innych i oszczędzać na kolejny wypad. Brzmi nieźle? Zarejestruj się.  

O czym trzeba pamiętać, wybierając się nad Como?

Raz – o tradycyjnej, włoskiej sjeście. Wszystkie lokale (w tym restauracje i sklepy) są zamykane o 13/14 i otwierane dopiero pod wieczór.

Dwa – w restauracjach do rachunku dolicza się tzw. coperto, dodatkową opłatę za obsługę. Obowiązkowy napiwek wynosi ok. 1-2 euro za osobę.

Trzy – pogoda, jak to w górach, lubi się zmieniać. Chociaż prognoza straszyła nas deszczem trzy dni pod rząd, padało tylko w sobotę. W kolejne dni cieszyliśmy się pięknym słońcem ;)

No i nie zapomnijcie – pijcie dużo włoskiej kawy!
M.

kawa na tle białej ściany w kawiarni w Como