Oko w oko z niedźwiedziem, czyli dotarliśmy do Yosemite!

Zza zakrętu wystrzeliły drzewa. Wysokie, hen do nieba. Morze drzew, które falowało w rytm podmuchu wiatru. Nad doliną gęstniała szara smuga dymu, która powoli, krok po kroku odsłaniała skarby parku. Wodospady, których widok z miejsca wrył nas w ziemię. Piękne i monumentalne, uśpione w promieniach południowego słońca. A dalej - kryształowe jeziora poukrywane w cieniu oprószonych śniegiem gór. Groźne bloki skalne, szare potwory, które tkliwie otaczały serce Yosemite. I on – El Capitan – skalny wódz, pionowa ściana, spełnienie marzeń każdego amatora wspinaczki.

Bezkresna przestrzeń.

I pomyśleć, że wcale nie mieliśmy zahaczyć o Yosemite

szlaki | niedźwiedzie w Yosemite | co zobaczyć | praktyczny przewodnik

Przygotowując pierwszy plan imprezy, wykreśliłam Yosemite z listy. Wertowałam tysiące relacji i chociaż wszyscy zgodnie chwalili Yosemite, nie mogłam się przekonać. Na zdjęciach wciąż widziałam drzewa, góry, drzewa, nagie skały i drzewa raz jeszcze. Jechać na drugi koniec świata i bawić się w polskie Tatry? Eeee, szkoda mi na to czasu.

Doskonale pamiętam, dlaczego zmieniłam zdanie. Tamtego popołudnia leżałam na plaży i w ciszy obserwowałam fale. Słuchałam historii o podróżniku, który ze wszystkich miejsc na świecie (!) najczulej wspominał Yosemite. Jak to możliwe? Nie mogłam być tak blisko i nie zobaczyć tego na własne oczy.

Dwa tygodnie do wyjazdu, a my zmieniałyśmy misternie szyte plany. Przesuwałam rezerwacje, ogarniałam auto i na gwałt kręciłam namiot. Wszystko, byle tylko zobaczyć Yosemite.





Poniedziałek. Do Yosemite dotarliśmy z samego rana. Mieliśmy sporo szczęścia, ponieważ – mimo braku wcześniejszej rezerwacji – zgarnęliśmy miejsce na campingu wewnątrz parku. A dokładnie, ostatni site na campingu Crane Flat ($26 za miejsce).

Camping w cichym, ciemnym lesie był wybawieniem po ostatniej nocy, którą we czwórkę spędziliśmy w aucie pod siłownią. Mało powiedzieć, że pierwsze huczne zajęcia w rytmach Biebera rozpoczęły się o 5 rano.

Praktycznie. Największym powodzeniem cieszą się campingi w samej Dolinie Yosemite, które należy rezerwować z dużym wyprzedzeniem. Cóż, tylko tam znajdziecie prysznic (;

Myślę, że nigdy nie zapomnę o Crane Flat i mam ku temu bardzo szczególny powód. Gotowi na dreszczyk emocji?

Dużo słyszy się o niedźwiedziach w Yosemite. Już na wjeździe wcisnęli nam ulotki z dokładnymi instrukcjami, gdzie przechowywać jedzenie i wszystkie inne (także szczelnie zakręcone) płynne rzeczy. Niedźwiedzie nie są głupie, a w poszukiwaniu żarcia potrafią się włamać nawet do samochodu. Na terenie całego parku rozstawione są specjalne anty-misiowe kontenery, do których należy wrzucić wszystkie odpadki, jedzenie i kosmetyki. Taki kontener ma w założeniu działać jak szczelna lodówka. Otwierasz – bierzesz – zamykasz. Otwierasz – odkładasz – zamykasz.

Zwykle staram się przestrzegać panujących reguł. Ale wiecie, dopiero co dojechaliśmy na miejsce i jedyne, o czym myślałam to pyszne kanapki z nutellą i bananem. Zresztą, serio? Nikt z naszych znajomych nie widział niedźwiedzia w Yosemite. Po śniadaniu zaczęliśmy sprzątać i sumiennie pakować rzeczy do anty-misiowego pudła. Kontener był otwarty przez kilkanaście minut. Dziewczyny ruszyły na podbój łazienki, a my zajęliśmy się bagażami. Dalej wszystko potoczyło się tak szybko!

Któraś z sąsiadek wskazała nam plamę na horyzoncie. Dużą, ciemną plamę, która stopniowo nabierała wyraźnych kształtów. Na środku campingu, jakieś 30 metrów dalej, jak gdyby nigdy nic przechadzał się niedźwiedź! Zamarłam i z przerażeniem spojrzałam na nasz kontener – pełen jedzenia, otwarty, jakby machał do misia na powitanie. $5000 grzywny stało się nagle bardzo realne.

Chyba już wiecie, kto biegł i patrząc śmierci w oczy, zamykał pudło i zbierał porozrzucane śmieci. Na pewno nie ja.

A gdyby ktoś nie wierzył, tylko w razie X, nagraliśmy filmik.


Samo Yosemite zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Obstawiam – po części dlatego, że był to pierwszy park narodowy, który zobaczyliśmy w zachodnich Stanach Zjednoczonych.

Zupełnie nie jak Tatry (;

Równocześnie wiem, że Yosemite nie pokazało pełnej krasy. Wodospady najlepiej podziwiać wiosną, kiedy rzeki nabierają po-zimowej wody. To dopiero musi być widok! Z powodu pożarów i znacznego zadymienia parku nie zobaczyliśmy także panoramy, który rozciąga się ze słynnego Glacier Point. Czułam delikatne kłucie, za każdym razem, gdy przejeżdżaliśmy obok szlabanów i zakazów wjazdu.


Co więc zrobiliśmy w dolinie Yosemite?


  • Szlak Upper Yosemite Falls do połowy drogi; złapał nas deszcz i o mały włos nie zawróciliśmy tuż przed ścieżką, z której można podziwiać górny, najwyższy wodospad Ameryki Północnej (739 metrów)









  • Szlak do mostu z widokiem na wodospad Vernal Fall (z mojej strony – dość niechętnie, ale foto-złapałam wiewiórkę i summa summarum byłam zadowolona)





        




  • Wtorek. Przejazd na wskroś parku Tioga Road w kierunku Mono Lake (widoczki palce lizać)









  • Przystanek z widokiem na Tunnel View (czy tylko mnie ten krajobraz przywodzi na myśl Nowy Świat Pocahontas?)



Yosemite było pięknym wstępem do naszej wyprawy po zachodzie USA.

Nie żałuję, że zmieniliśmy plany i zahaczyliśmy o perłę Ameryki.

Jest mi tylko szkoda (tak bardzo szkoda!), że spędziliśmy tam tak mało czasu.

M.

Work & Travel, czy to się opłaca?

Przed wyjazdem do Stanów słyszałam wiele negatywnych opinii o Work & Travel USA. Głosy krytyki rozbijały się o wysoką cenę, złe warunki i kiepską organizację pobytu. Rzeczywiście, uczestnictwo w programie łączy się z ryzykiem. Koszty uczestnictwa są spore, a nikt nie poręczy, że pieniądze zwrócą się już po kilku tygodniach pracy.

Jeśli, notabene, w ogóle się zwrócą.

Nie odpowiem na wszystkie zarzuty w sieci. Przedstawię moją wersję wydarzeń. Każdy wyjazd / program jest inny i to, czy do Polski wrócisz z tarczą zależy w dużej mierze tylko od ciebie.

koszty programu | work&travel | santa cruz | kalifornia

Kwestia pierwsza, ile to kosztuje?

Podstawowe koszty:

    opłata organizacyjna 700-900 zł
    uczestnictwo w programie (wersja full) $1000
    wiza J-1 $160
    bilety lotnicze (cena zależy od dat i docelowego miejsca podróży) ok. 2-3,5 tys. zł
    „kieszonkowe” na pierwsze tygodnie w Stanach + $500



Wybieraj z głową

Decydując się na Work & Travel, rzucisz się w wir pytań, na które nie ma jednej dobrej odpowiedzi. Które biuro wybrać? Jaką ofertę pracy? Gdzie wyjechać? Internet, relacje obcych i znajomych są nieocenione, ale koniec końców, warto kierować się własnym rozsądkiem i preferencjami.

widok z klifów na Boardwalk Santa Cruz podczas zachodu słońca

Beach Boardwalk w Santa Cruz podczas zachodu słońca


Biuro: Na moje Work & Travel pojechałam z poznańskim biurem The Best Way, które współpracuje z amerykańską fundacją CIEE. TBW cieszy się dobrą opinią, pracownicy są profesjonalni i zawsze gotowi, by rozwiązać twój najmniejszy problem. Wszystkie etapy rekrutacji przeszłam zdalnie, dzięki czemu ani razu nie musiałam stawiać się w Poznaniu.

W sumie, szkoda (:

Praca: Im wcześniej zapiszesz się na program, tym więcej ofert pracy, do których otrzymasz dostęp. Przeanalizuj je wszystkie. Ogłoszenia różnią się destynacją, stanowiskiem pracy, stawką i oferowaną liczbą godzin. Warto zwrócić uwagę, czy pracodawca zapewnia housing i czy podjęcie pracy nie wiąże się z dodatkowymi opłatami.
Od początku wiedziałam, że chcę pojechać do Kalifornii i zamieszkać tuż nad brzegiem oceanu. W Kalifornii stawki są najwyższe, ale przekłada się to również na wysokie koszty utrzymania. No i stało się - wybrałam pracę na wesołym miasteczku na plaży w Santa Cruz. Beach Boardwalk zapewniał mieszkanie ($75/tydzień odliczane z pensji), 32 godziny tygodniowo (mało!) i $10,75/h. Przydział pracy otrzymałam dopiero po przybyciu do Santa Cruz.

klify z widokiem na Beach Boardwalk, Santa Cruz

żółte kwiaty na tle Beach Boardwalk, Santa Cruz

 Boardwalk w Santa Cruz, jak było naprawdę?

Kilka dni po przyjeździe do Santa Cruz zostałam Ride Operatorem. Codziennie wciskałam magiczne guziki i sterowałam karuzelami na wesołym miasteczku. W zależności od przydziału do konkretnej atrakcji, byłam odpowiedzialna za nieco inny zakres zadań - od sprawdzania biletów, zagadywania gości przez zapinanie pasów i dociskanie zabezpieczeń na zbyt dużych brzuchach po kierowanie całą maszynerią i awaryjne hamowanie, gdy ktoś zwymiotował na kolejce.

Beach Boardwalk, Santa Cruz

To była typowa wakacyjna praca - łatwa, hałaśliwa, odrobinę nudna i monotonna. Każdy dzień był loterią, mogłeś trafić dobrze i testować rollercoaster bądź źle i spędzić 6 godzin, użerając się z małymi, płaczącymi i sikającymi dziećmi. Były też długie dni, kiedy siedziałeś na tyłku i oglądałeś filmy w training room’ie. Tak długo, dopóki nie padła ci bateria w telefonie.

Chciałabym powiedzieć, że czasami byłam (bardzo!) zirytowana i wkurzona na tę pracę, ale… ciężko wybrzydzać, gdy ktoś płaci ci 4 dychy za godzinę.

Pozostali uczestnicy Work & Travel pracowali z jedzeniem (moim zdaniem, najlepsza fucha - darmowe żarcie i możliwość robienia dodatkowych godzin), byli operatorami gier na terenie parku, sprzedawali bilety bądź dostali rolę parkingowych chłopców. Przydział był losowy, więc… mocno dyskusyjne czy sprawiedliwy (:

pracownicy Beach Boardwalk Santa Cruz, ubrani w firmowy uniform     Beach Boardwalk - firmowy uniform

Praca była jaka była, ale housing, który zapewniła nam firma w Santa Cruz… marzenie!

Mieszkać przy plaży, gdy za oknem figlarnie kołyszą się palmy? This is life!

Na 2-miesięczny okres pracy otrzymaliśmy własne (2-os.), kompletnie wyposażone mieszkanie. Była więc kuchnia z jadalnią, niewielka łazienka i pokój z długim korytarzem, który stał się naszą garderobą. Otrzymaliśmy nową pościel, masę naczyń, sztućców i wszystkie najważniejsze środki czystości. A co najważniejsze, - jak na standardy kalifornijskie - płaciliśmy za nie grosze.

Porównajmy. Wynajem pokoju w San Francisco to koszt ok. $50/dzień/os. Za całe (!) mieszkanie w Santa Cruz wydawaliśmy $75/os. tygodniowo.

kompleks mieszkaniowy przy plaży w Santa Cruz

A codzienne życie? To obszerny temat, który zasługuje na osobny wpis (:


Bez drugiej pracy ani rusz

Boardwalk zapewniał nam 32 godziny pracy tygodniowo. I tu zaczynały się schody. Dwumiesięczna praca w takich warunkach pozwoliłaby pokryć koszty wyjazdu i uczestnictwa w programie. A gdzie miejsce na podróże i miesięczny road trip po drogach Kalifornii?

Przecież po to tu przyjechaliśmy.

Potrzebowaliśmy drugiej pracy. Kłopot w tym, że w takiej samej sytuacji znalazła się większość uczestników Work & Travel, ponad 230 osób!, a Santa Cruz jest niewielkim miasteczkiem, w którym żyje zaledwie 65 tys. ludzi. Warto dodać, że do Kalifornii dotarliśmy pod koniec czerwca - jako jedni z ostatnich - w momencie, w którym większość second jobs była już zajęta.

widok z góry na Beach Boardwalk, Santa Cruz

Mieliśmy sporo szczęścia, bo drugą pracę znaleźliśmy już pierwszego dnia poszukiwań. Weszliśmy do hotelu i zostaliśmy do września. Za $10,25/h robiłam check iny, check outy, odbierałam telefony i podjadałam słodkie bułki z bufetu śniadaniowego. Być może mogliśmy trafić lepiej, ale… lepszy rydz niż nic (:

A zatem, pięć dni w tygodniu dociskałam pasy na wesołym miasteczku, a po godzinach siedziałam w hotelowej recepcji i nadrabiałam zaległości w serialach. Pracowałam 50-55 godzin / tydzień i odkładałam pieniądze na wymarzony wrzesień.


podświetlony napis Boardwalk po zmierzchu     zachód słońca na Beach Boardwalk, Santa Cruz

Najważniejsze pytanie, ile zarobiłam w Santa Cruz?

W Santa Cruz spędziłam dwa miesiące i pracowałam 50-55 godzin w tygodniu. Na części work programu Work & Travel zarobiłam ok. $4000 (+zwrot podatku, który otrzymam w przyszłym roku).

Dużo, mało? Możliwe, że gdybym przyjechała miesiąc wcześniej / gdybym brała więcej godzin w drugiej pracy / gdybym bardziej zaciskała pasa, pieniędzy byłoby więcej. Mogę tak gdybać, ale… pieniądze, które zarobiłam w Kalifornii pokryły koszty programu, miesięczną podróż po zachodnim wybrzeżu USA, wypady do restauracji, nowy telefon i zakupy w Victoria’s Secret.

Wyszłam na zero, czyli de facto, wakacje w stanach spędziłam za darmo.


rząd wysokich palm, Santa Cruz, Kalifornia

Work & Travel jest studenckim programem wymiany kulturowej i z ręką na sercu - w tej funkcji sprawdził się znakomicie. Z drugiej strony, odrzucam tę opcję jako pomysł na szybki, wakacyjny zarobek. Więcej szczęścia i pieniędzy znajdziesz w Holandii na polu truskawek.

To co, jacyś chętni? (:


M.

50 twarzy San Francisco


Pier 39 | San Francisco | Kalifornia

Jak zapamiętałam San Francisco?

Kompaktowe miasto


Z Ameryką kojarzy mi się pusta droga i ja, spacerującą pomiędzy cichymi, śpiącymi budynkami. Coś w tym jest, że przeciętny Amerykanin spędza połowę życia w aucie, kursując między domem, pracą a drive-thru. Czemu się dziwić? Odległości pomiędzy punktami są duże, a publiczny transport to kiepski żart.

Dwa lata temu doceniłam Nowy Jork, cuchnącą, idealnie splątaną sieć kolejek i podziemne metro. Dzisiaj zachwyciłam się San Francisco. Przechodziłam całe San Fran, po cichu podglądając jak żyje to piękne, niewzruszone miasto.

San Francisco, w odróżnieniu od innych dużych miast Ameryki, jest skupione na niewielkiej powierzchni (120 km2, gdzie Los Angeles - 1302 km2). Po względem turystycznym bardziej interesująca wydaje się północ miasta, a odległości pomiędzy poszczególnymi punktami wahają się od 20 do 60 jednostek spacerowych.

Ponoć komunikacja miejska funkcjonuje tu całkiem nieźle (kolejki Bart, miejskie autobusy Muni, pociągi Caltrain czy turystyczne Cable Car’y). Tym razem postawiliśmy na własne nogi i ubera, za którego płaciliśmy niewiele więcej niż za dwa bilety na autobus (2x $2,75).

Słowem wyjaśnienia, uwielbiam chodzić i na nogach poznawać nowe miasta. Nie uznaję przyklejonego nosa do szyby busa (co zdają się praktykować niektóre biura podróży), zdjęć przez okna, a jazda samochodem od punktu do punktu nigdy nie da mi takiej frajdy jak dwugodzinny, leniwy spacer.


Kalejdoskop San Francisco


Tak więc chodziliśmy i chodziliśmy, odwiedzając jedną dzielnicę po drugiej. A trzeba przyznać, że jest tu ich całe mnóstwo: chińska, włoska, japońska, wietnamska, dzielnica homoseksualistów i turystyczna North Beach. Do wyboru do koloru, małe ekosystemy zamknięte w milionowym mieście.

Zresztą zobaczcie sami.

North Beach i Fisherman’s Wharf


North Beach jest jedną z najbardziej turystycznych dzielnic San Francisco. Turyści skupiają się tu głównie w okolicach Fisherman’s Wharf i Pier 39, które od 89’ zamieszkują lwy morskie. Na co dzień zwierzaki wylegują się na drewnianych platformach, a ich charakterystyczny śpiew rozbrzmiewa w całym porcie. Znajdziemy tu również masę restauracji, barów i sklepów z pamiątkami, a jeśli masz szczęście, załapiesz się na cykliczny Pier’owski event. Przykładowo, w piątek trafiliśmy na darmową dyskotekę na wrotkach, nieźle!

Co urzekło mnie w North Beach? Pierwsze spojrzenie na zamglone Alcatraz, słynne więzienie, w którym siedział sam Al Capone.

słonie morskie na Pier 39, San Francisco

słonie morskie wylegujące się na platfromach Pier 39, San Francisco

turyści na deptaku Pier 39, San Francisco

grające schody przypominające klawisze fortepianu na Pier 39

mewa siedząca na barierce, w tle więzienie Alcatraz

zatoka, w tle więzienie Alcatraz

chłopiec udający, że płynie łódką na plaży w San Francisco

North Beach stało się naszym domem na 5 dni, które spędziliśmy w San Francisco. Wynajęliśmy materac w salonie apartamentu przy Taylor Street (airbnb). Cena była wyższa niż za dwuosobowy pokój w najtańszych hotelach (które i tak są horrendalnie drogie!), ale lokalizacja + standard mieszkania rekompensowały dodatkowe koszta.

W pakiecie z materacem dostaliśmy chińską rodzinę - małą dziewczynkę, która z ciekawością zaglądała nam w buzie i starszą panią, która codziennie rano na migi proponowała nam sadzone jajka.

Chinatown


Chińskie akcenty towarzyszyły nam przez cały pobyt w San Francisco. Budziliśmy się i zasypialiśmy przy chińskich dźwiękach, a chińską dzielnicę odwiedziliśmy przynajmniej cztery razy.


czerwone chińskie balony rozwieszone nad dzielnicą Chinatown

czerwone chińskie balony w Chinatown, zdjęcie od dołu

chińskie balony w Chinatown, San Francisco

kolorowe schody w Chinatown, na każdym stopniu napisany inny smak lodów

turystka siedząca na kolorowych schodach w Chinatown, San Francisco

Każde duże miasto USA ma swoje Chinatown. Królują tu skośnookie twarze, czerwone lampiony nad ulicami, krzaczki na każdej knajpie i bazary z tanimi pamiątkami.

Pierwszy wieczór w San Francisco spędziliśmy w Chinatown. Zupełnie bez planu biegaliśmy po ulicach i przeglądali się w witrynach przypadkowych barów. Trafiliśmy do restauracji, gdzie podano nam talerz chińskich przystawek, boskie dimsumy i złoty napar. To właśnie wtedy, po pierwszym pierożku z krewetką, odkryłam w sobie miłość do chińskiej kuchni.

Bardzo chciałabym polecić to miejsce, tylko że… nie zapisałam nazwy! Szukajcie wiszących kurczaków i wielkiego kraba, który groźnie łypie okiem na wchodzących gości.


dimsumy w chińskiej restauracji w Chinatown, San Francisco

Financial District i Embarcadero


Podnieś głowę. Spójrz wyżej, na chmury, które kłębią się na szczycie piramidy - najwyższego i najbardziej charakterystycznego budynku w San Francisco.


Transamerica Pyramid - najsłynniejszy budynek San Francisco
Transamerica Pyramid

Jeśli czujesz się przytłoczony masywnymi, szklanymi olbrzymami, a wkoło ciebie biegają ludzie w garniturach z teczką wciśniętą gdzieś pod pachę, wiesz, że znalazłeś się w Financial District. To tutaj, w cieniu drapaczy chmur, kwitnie food truckowy biznes, a właściciele małych knajpek z napięciem wyczekują przerwy na lunch.

Kawałek dalej, tuż za Market Street, rozpościera się widok na drugi z wielkich mostów San Fran, Oakland Bay Bridge.


budynki w Financial District, San Francisco, zdjęcie od dołu

rozłożyste palmy na tle wieżowców w San Francisco

rząd palm na tle białego budynku w Financial District, San Francisco

bezdomny śpiący na ławce na tle Oakland Bay Bridge

Oakland Bay Bridge widziany z Telegraph Hill, San Francisco

Przez Mission do Castro


Mission jest barwną dzielnicą w centrum San Francisco, ulubionym miejscem spotkań młodych ludzi. Jest tu mnóstwo hipsterskich knajpek, a po bread pudding w Tartine Bakery codziennie ustawiają się tłumy. W cieniu głównych ulic skrzętnie poukrywano dzieła sztuki, kolorowe murale z ważnym przesłaniem.

I w końcu Castro - dzielnica homoseksualistów - poobwieszana flagami i tęczowymi pasami na przejściach dla pieszych. Po drodze minęliśmy kino, gdzie publiczność wesoło nuciła piosenki do Małej Syrenki i czerwony sklepik z czekoladowymi ciastkami-genitaliami.


tęczowa dzielonica homoseksualistów Castro w San Francisco

tęczowe flagi w dzielnicy Castro, San Francisco

tęczowe przejście dla pieszych namalowane na ulicy Castro

tęczowe przejście dla pieszych w dzielnicy Castro, San Francisco

Painted Ladies przy Alamo Square


Wszyscy wiedzą, że w San Francisco są ładne domki, ale te siedem najładniejszych znajduje się w wyjątkowym miejscu, przy jednej z ulic oplatających Alamo Square.


Painted Ladies przy Alamo Square

zbliżenie na Painted Ladies w San Francisco

para siedząca pod drzewem w parku przy Alamo Square

ludzie siedzący na kocach w parku na tle Painted Ladies

pień drzewa na tle Painted Ladies przy Alamo Square

dachy Painted Ladies, San Francisco

W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Saffron Grill przy Fulton Street. Indyjskie curry na ostatni posiłek w San Francisco? Nie mogliśmy wybrać lepiej.

I gdzie ci bezdomni?


Mówi się, że San Francisco przepełnione jest bezdomnymi - ludźmi, którzy owinięci w koce z kolejnym skrętem w dłoni stali się symbolem i czarną owcą przemysłowego miasta.

Trochę anegdotek. Ponoć pewnego dnia burmistrz Nowego Jorku wręczył każdemu bezdomnemu bilet w jedną stronę do San Francisco. Nie musiał ich nawet prosić. Darmowa opieka medyczna w mieście, w którym nie modli się o przetrwanie zimy? Panie!

Czasami dumam, że chciałabym zamieszkać w San Fran, na co Geri-inżynier zawsze burczy: Co oni tam produkują? Chyba bezdomnych.

Prawdą jest, że na palcach jednej ręki mogę policzyć bezdomnych, których widziałam w ciągu tych 5 dni w San Francisco. Być może nie było mi dane doświadczyć skali tego problemu. Świadomie zrezygnowałam z hotelu, który mieści się przy owianej złą sławą 6th Street. Omijałam ulice, którymi straszą w internetach, a w North Beach nigdy nie spotkało nas nic złego.

Ba, nawet turystów nie było tak wielu. Ale to pewnie wrzesień i mój ulubiony czas na wakacje w nie-wakacje.


kolacja w indyjskiej restauracji przy Alamo Square         wróżba z chińskiego ciasteczka szczęścia w Chinatown         zaciemniony korytarz w centrum handlowym japońskiej dzielnicy w San Francisco         Tartine Bakery, Mission District w San Francisco


M.