Chwile grozy w Dolinie Śmierci

Dolina Śmierci prawie jednogłośnie została wybrana numerem jeden naszego amerykańskiego tripa. Co nas tak zachwyciło?

Może to niesamowita zmiana krajobrazu po ośnieżonych szczytach Yosemite, może to kojoty, które jak gdyby nigdy nic spacerowały sobie wzdłuż drogi, może to Badwater Basin – pustynia solna, najniższy punkt w Ameryce Północnej, może to zakończenie dnia i zachód słońca na Dante’s View…

A może to tamta chwila, kiedy całe życie stanęło mi przed oczami?


death valley | road trip | zachodnie wybrzeże USA | co zobaczyć


Powoli wjeżdżaliśmy w głąb Doliny Śmierci, a licznik temperatury niebezpiecznie szybował w górę. Przed nami i wszędzie wokół nas rozciągała się skalna pustynia, raz po raz poprzetykana suchymi, zżółkniętymi kępkami traw. Z Highway to Hell, które tłukło się w głośnikach przemierzaliśmy puste, wyboiste drogi najgorętszego miejsca na świecie.

To właśnie tutaj, 10 lipca 1913 roku, odnotowano światowy rekord temperatury powietrza – 56,7 stopni Celsjusza.

Jezdnia rozpływała się na horyzoncie, a tabliczka, którą właśnie minęliśmy, przestrzegała przed klimatyzacją i przegrzaniem organizmu. Posłusznie wyłączyliśmy AC i otworzyliśmy okna, przyzwalając na gorący podmuch wiatru.

Maria wygrała piwo, szacując temperaturę w sercu parku (tablica w Visitor Center pokazywała dumne 115 F, ~46°C). Było parno, a jednak - Dolina Śmierci okazała się dla nas wyjątkowo łaskawa. Z minuty na minutę stawało się znośniej. Powoli zmierzchało, a niebo raz po raz przecinały groźne błyskawice. Z oddali nadciągała burza.





W drodze do Badwater Basin zahaczyliśmy o przydrożne wydmy Mesquite Flat Sand Dunes. W płomieniach słońca wdrapaliśmy się na pierwszy kopiec piasku, pstryknęłam ze dwa zdjęcia i… zawróciliśmy do samochodu. Gorąco! 1:0 dla Doliny Śmierci.

Swoją drogą, wiecie, że znaki na terenie parku stanowczo odradzają dalszych spacerów już po 10 rano? Ciekawe.





Nie poddaliśmy się i godzinę później wylądowaliśmy w Badwater Basin – w wyschniętym jeziorze, najniżej położonym miejscu w Ameryce Północnej (i drugim jeśli chodzi o zachodnią półkulę – 86 m p.p.m.). Badwater jest pustynią solną i nieodzownie przywodzi na myśl boliwijską Salar de Uyuni. Perspektywa stroni z nas żarty i krótki spacer przeradza się w kilometrową wędrówkę po kopkach soli.

Tak, Paulina polizała drogę i potwierdziła – słona sól jak się patrzy.











Doświadczenie Badwater było imponujące, ale to ostatnie chwile na Dante’s View skradły moje serce. Nigdy w życiu nie widziałam piękniejszego zachodu słońca.

W oddali trzaskały pioruny, zapowiadając nagłą burzę, po lewej na horyzoncie majaczyła tęcza, a po prawej ziemia znikała w promieniach pomarańczowego, pustynnego słońca. Czy mogliśmy sobie wymarzyć lepsze zakończenie tego intensywnego dnia?
















Tylko, że to jeszcze nie był koniec.

Zaczynało zmierzchać, a przed nami malowały się bite 2,5 godziny drogi. Z każdą chwilą robiło się coraz ciemniej. W sumie, nic dziwnego. Parki narodowe powstają w wyjątkowych miejscach, a ich pierwszym i nadrzędnym celem jest ochrona przyrody. Ze świecą szukać tu zasięgu (nasz GPS strajkował na okrągło), elektryczności i oświetlonej drogi. Lepiej zejść ze szlaku przed zachodem słońca.

A z drugiej strony, to właśnie w parkach narodowych zobaczymy najpiękniejsze wschody/zachody słońca i nocne niebo (tysiące roziskrzonych gwiazd i łunę drogi mlecznej).

Jak zatem wyglądała nasza droga do Las Vegas? Nie wyglądała.




Było całkiem wesoło, dopóki nie wjechaliśmy w sam środek burzy, a piorun nie strzelił w słup, jakiś kilometr drogi przed nami. Deszcz chlustał z każdej strony, grad tłukł się o przednią szybę, a nad nami niebo rozdzierały niebieskie błyskawice.

When you come out of the storm, you won't be the same person that walked in.
That's what the storm is all about. / H. Murakami

Tak pożegnała nas Dolina Śmierci.