Pewnego razu na Dzikim Zachodzie


Monument Valley | Dolina Monumentów


Było już bardzo ciemno, a my wciąż pruliśmy do przodu. Mieliśmy cel – dojechać daleko, ale nie za daleko, żeby kolejnego dnia, już w pełnym słońcu, przejechać przez fragment drogi, tak doskonale znany z filmów i kreskówek Looney Tunes.

Pamiętacie krajobraz, tło, na którym ścigają się Kojot i Struś Pędziwiatr? Miejsce, w którym Forrest Gump zatrzymał się i zawrócił swój słynny bieg przez Amerykę?

Zaparkowaliśmy tuż przed wjazdem do rezerwatu plemienia Navajo. GPS wyrzucił nas w szczerym polu, gdzie po bezowocnych poszukiwaniach dobrego miejsca na nocleg, rozbiliśmy się gdzieś tam, na małej wysepce pośrodku niczego. Śledzie z trudem wbiły się w suchą, twardą ziemię, a mocny wiatr – który przywieźliśmy ze sobą z Arches - męczył nas przez połowę nocy. Dopiero rano ze śmiechem zauważyliśmy, że spaliśmy na punkcie widokowym przy Mexican Hat, a zęby myliśmy w towarzystwie dziewczyny z pieskiem, która przyjechała tu pstryknąć poranne selfie.

Ale… opłaciło się, bo rano zobaczyliśmy to:





Dolinę Monumentów, która w pełnej krasie rozciągała się na horyzoncie! 

Ogromne bryły skalne, które sterczały ot tak, na wyciągnięcie mojej ręki!





Warto pamiętać, że Monument Valley leży na terytorium rezerwatu Indian Navajo. To święte miejsce, od pokoleń zamieszkiwane przez indiańskie plamię, w którym do tej pory odbywają się rytualne, plemienne tańce. Sama świadomość, jak wyjątkowe jest to miejsce nadaje podróży pewien tajemny, sakralny charakter.

No i w końcu, wow!, to jest naprawdę ten Dziki Zachód - ulubiony krajobraz, który przewija się w filmach Johnego Forda. Jeden z punktów doliny został nawet nazwany na część słynnego reżysera – John Ford’s Point. To tam wynajmiesz konia i zrobisz sobie klasyczne westernowe zdjęcie, a na drodze będą ci towarzyszyć uschnięte kłębki roślin zabawnie turlane przez wiatr.





Trochę praktyczniej?

Indianie udostępniają turystom tylko niewielki fragment Doliny Monumentów. Wjazd na jej teren jest płatny, a koszt za samochód wynosi $20. Park można zwiedzać konno, wynająć miejsce w pojeździe z indiańskim przewodnikiem lub wjechać własnym samochodem na 17-milową Navajo Loop.

Navajo Loop jest szutrową drogą pełną dziur i wybojów. Ma niewiele ponad 25 kilometrów długości, ale dłuży się i dłuży, jeśli pokonujesz ją w tempie 10-20 km/h. Tak, to był jedyny fragment podczas naszego tripa, kiedy żałowałam, że nie mieliśmy lepszego samochodu. Ciężko, bo ciężko, ale daliśmy radę, a - co ciekawsze - po drodze mijaliśmy mniejsze samochody (nawet smarta!), które parły na upartego. I szło im całkiem nieźle ;) 

Nasza Toyota wyszła z tego bez szwanku, tylko że z czarnej zmieniła się w pomarańczową bryłę. To w sumie całkiem zabawne, że każdy park zostawiał cząstkę siebie na naszym aucie. Po Yosemite dywaniki kleiły się w iglaki z żywicą, Dolina Monumentów skąpała nas w burym pyle, a burza w Dolinie Śmierci lekko uszkodziła nam przednią szybę.





20 dolarów/auto jest śmieszną ceną za wjazd do Monument Valley, więc… szybko wpisujcie ją na swoją listę ;)

Gdybym jeszcze raz miała zaplanować ten wypad, podjechałabym w nocy pod samo Monument Valley, żeby nie przegapić pierwszych promieni wschodzącego słońca. Różowe niebo i słońce, które przeciska się między skałami… ten widok musi być wiele wart.






W drodze powrotnej zetknęliśmy się z trochę innym, bardziej nowoczesnym światem Navajo. Mam szczerą nadzieję, że moje wrażenie jest jednostkowe i odosobnione, bo… potomkowie Indian przypominali mi z boku cygański tabor. Nie pomagał fakt, że na stacji spotkaliśmy kobietę wyłudzającą kasę, a w toalecie KFC zaczepiła nas bosa dziewczynka, której wyraźnie spodobał się złoty iphone Pauliny.

Zapięliśmy pasy i pojechaliśmy dalej. Na południe, hen przed siebie, drogą, na której zakrętach czaiły się niespodzianki. Tutaj drogę przeciął nam czarny rumak, a tam stanęliśmy przed zbłąkanym stadem owiec.

Dokąd teraz?



W ogrodzie diabła – Arches NP

park narodowy Arches | Park Łuków | Utah


Kiedy jeszcze pracowałam w hotelu, najfajniejszą rzeczą (oprócz oglądania seriali, rzecz jasna) było przyjmowanie i obserwacja przyjeżdżających gości. Lubiłam podpatrywać ich dokumenty, skąd pochodzą i podpytywać, co sprowadziło ich do Santa Cruz. Kilka razy spotkałam Polaków, całą rodzinę lub grupę przyjaciół, którzy właśnie kończyli swojego tripa. Nigdy nie mogłam się powstrzymać – co podobało wam się najbardziej, a jakich miejsc lepiej unikać?

Opinie mieniły się jak w kalejdoskopie. Temu nie podobało się w San Francisco, a ta z zachwytem wspominała każde jedno miejsce. To właśnie w taki sposób dowiedziałam się, że Arches NP jest bez szału i lepiej uderzać do pobliskiego parku stanowego Dead Horse Point.

Nigdy nie dotarliśmy do Martwego Konia, a ja – mimo wszystko – nie wykreśliłam Parku Łuków z planu. Jeśli czegoś się nauczyłam to tego, że każda opinia jest subiektywna i nie warto się na nich opierać. To, że coś ci się podoba, wcale nie znaczy, że i mnie będzie.




        

Tunnel Arch

Pierwsze wrażenia z parku? Ale tu strasznie wieje! Nic dziwnego, że w skałach porobiły się takie dziury! Co kto mądrzejszy ma tutaj pełne umundurowanie – od butów, przewiewnych ciuchów po gogle, kapelusz i maseczkę na twarzy. Wiatr ciska piachem i nie zliczą razów, kiedy płakałam, bo mały okruch znów wleciał mi do oka.

Po co jechać do Arches? 


To proste: żeby zobaczyć łuki i na własnej skórze poczuć niszczycielską (a trochę twórczą) siłę wiatru. Po całym parku ktoś porozrzucał masę łuków – od tych mniej do coraz bardziej efektownych. Do najsłynniejszego łuku, Delicate Arch, prowadzi 5-kilometrowy nieocieniony trekking – wymagający, szczególnie w południe, kiedy nie wiesz, gdzie ukryć się przed parzącym słońcem. Dla większych leniuchów przewidziano dwa punkty widokowe Delicate Arch Viewpoint, z których z oddali można dostrzec symbol Utah.

Punkty są słabe i żałuję, że nie zdecydowaliśmy się na trekking. Delicate Arch towarzyszył nam przez całe Utah - na każdej tablicy rejestracyjnej, którą mijaliśmy po drodze - gorzko przypominając, że nie daliśmy mu szansy.


Delicate Arch Viewpoint

Nasz pobyt w Arches był krótki, ale obfitował w jednomilowe szlaki. Zobaczyliśmy Skyline Arch i zrobili część drogi wiodącej przez diabelski ogród Devils Garden (Pine Tree Arch, Tunnel Arch i Landscape Arch). Ostatni łuk zrobił na mnie ogromne wrażenie. Wiecie, że jeszcze kilka lat temu można było spokojnie spacerować pod Landscape Arch? Dzisiaj ograniczono tam dostęp i chodzą słuchy, że pewnego dnia łuk może się zwyczajnie zawalić.


Devils Garden

Landscape Arch
Skyline Arch


Na tle innych parków Arches wypada zdecydowanie najsłabiej, ale… czy jest to wystarczający powód, żeby wykreślić go ze swojej listy?

Tego dnia zahaczyliśmy o kilka punktów widokowych w Canyonlands i po sytej kolacji w Moab Diner (typowo amerykański klimat - gdzie możesz jeść śniadanie przez cały dzień - i przystępne ceny) ruszyliśmy na południe, z powrotem do Arizony.




*     *     *

Do usłyszenia, M.

Road trip USA, co musisz wiedzieć przed wyjazdem?



Nie tak łatwo zaplanować trzymiesięczny pobyt w Stanach.

... i nie skłamię, mówiąc, że to pierwszy wyjazd, do którego przygotowywałam się tak bardzo skrupulatnie. Już dwa lata wcześniej ułożyłam sobie listę miejsc do zobaczenia na zachodzie USA. Pół roku wcześniej szukałam informacji, jak wynająć auto w Stanach, a z każdym kolejnym dniem stresowałam się tym wszystkim jeszcze bardziej. Dwa miesiące wcześniej trzeci raz czytałam blogi i dopisywałam punkty na obszernej bucket liście. A później, siedząc już w Santa Cruz, na bieżąco poprawiałam plany i zmieniałam rezerwacje.

Wszystko to sprawiało mi ogromną frajdę, ale również… stresowało.
Zwłaszcza wtedy, gdy kolejny zły komentarz uświadamiał, ile rzeczy może pójść po prostu źle.

Ale wiecie co? Koniec końców, wszystko było dobrze.

A dzisiaj, jeśli mogę choć trochę wam pomóc i odjąć tego stresu, tym chętniej to robię!


praktyczne rady | jak wynająć samochód | parki narodowe | sprzęt campingowy


Road trip USA, o czym warto pomyśleć wcześniej? It’s easy like ABC.


A. Samochód


To podstawowa kwestia, którą trzeba rozważyć przed wyjazdem do Stanów Zjednoczonych. Nie od dzisiaj wiadomo, że publiczna komunikacja USA to kiepski żart, a bez samochodu – naprawdę – jesteś jak bez ręki.

Nie wyobrażam sobie porządnego zwiedzania Stanów bez samochodu. No chyba, że zadowolisz się kilkoma, dużymi punktami (jak Wielki Kanion), do których można wykupić wycieczkę i miejsce w busie. Tylko samochód da ci wolność i swobodę, tak niezbędne na każdym tripie!

A zanim padnie Tak! Rezerwuję!, odpowiedz sobie na kilka podstawowych pytań. Jak będzie wyglądać twoja trasa? Gdzie chcesz odebrać, a gdzie zwrócić auto? Na ile dni wynająć samochód? I w końcu, jakiego auta potrzebujesz?

Wynajem samochodu to, szczególnie dla początkujących, skomplikowana sprawa. Ubezpieczenie, dodatkowy kierowca, GPS… stracisz czujność, a twój rachunek magicznym sposobem przemnoży się razy 2. Dużo praktycznych informacji o tym, jak wynająć auto w Stanach znajdziesz w poście Samochodem po USA, jak wynająć auto bez karty kredytowej?.




A tymczasem pójdę krok do przodu.

O czym musisz pamiętać i co może cię zaskoczyć na drodze w USA?


  • Na czerwonym świetle można skręcać w prawo, oczywiście, o ile nie zabraniają tego znaki.
  • Na skrzyżowaniu all-way-stop z czterema znakami stopu – moja osobista zmora – pierwszeństwo ma ten, kto przyjechał pierwszy. Samochody przejeżdżają przez skrzyżowanie, w takiej kolejności, w jakiej na nie przybyli.
  • Sygnalizacja świetlna często znajduje się ZA skrzyżowaniem, a nie tak jak w Polsce - przed.
  • Przekroczenie dozwolonej prędkości jest karane wysokimi mandatami, ale (w zależności od stanu) przymyka się oko na jazdę 5-10 mil/godzinę ponad ograniczenie.
  • W USA nie istnieją rutynowe kontrole. Policja musi mieć realny powód, żeby cię zatrzymać.
  • Na stacjach benzynowych płacisz zawsze PRZED zatankowaniem (najczęściej kartą, ale niektóre punkty dopuszczają zapłacenie depozytu gotówką).
  • Miej oczy dookoła głowy. W niektórych stanach nie ma zakazu używania telefonu komórkowego w trakcie jazdy, a wiele osób, szczególnie na autostradach, nie sygnalizuje zmiany pasu ruchu.
  • Popularną metodą włamań jest wybijanie szyb w autach, więc gdy opuszczasz pojazd, upewnij się, że na widoku nie zostały żadne plecaki czy inne wartościowe rzeczy.


B. Parki narodowe


Nie duże miasta, metropolie, które ciągną się kilometrami, a parki narodowe właśnie. Wielką szkodą byłoby ograniczyć swoje zwiedzanie do LA, Las Vegas i San Francisco, skoro to natura jest tym, co najlepsze na zachodzie USA. Pomyśl, jak często masz okazję zobaczyć rozległe kaniony, śmierdzące gejzery, które raz po raz wystrzeliwują wodę w górę czy suchą krainę, w której notuje się rekordowe temperatury powietrza?

Dużo inspiracji, wokół jakich miejsc zorganizować swój pierwszy road trip znajdziecie we wpisie Road trip w pigułce, czyli co zobaczyć na zachodzie USA.




Wjazd do parków narodowych jest z reguły płatny, ok. $20-30 za samochód. Jeżeli planujesz odwiedzić przynajmniej 3 parki, najbardziej ekonomiczną opcją jest zakup karnetu America the Beautiful ($80). Karta pozwala na nieograniczony wjazd do wszystkich parków narodowych przez cały rok. Karnet przypisany jest do dwóch właścicieli. Co to oznacza w praktyce? Przed wyjazdem warto rozejrzeć się za używaną kartą z pustym miejscem na drugiego właściciela i kupić ją o połowę taniej.

Naszą kartę nabyłam kilka miesięcy wcześniej na olx za 160 zł.

Na zwiedzanie parków nie musisz mieć sprecyzowanego planu. Zazwyczaj już na wjeździe dostajesz mapkę z zaznaczonymi szlakami i punktami widokowymi. Przed ruszeniem w trasę warto zatrzymać się w visitor center, gdzie miły strażnik poleci dobre miejsca, dopasuje plan do twoich możliwości i czasu, który chcesz poświęcić na konkretny park.

Pamiętaj, że parki najlepiej zwiedza się od wschodu do zachodu słońca. Nie ma tu miejsca na sztuczne oświetlenie, więc już kilka chwil po zachodzie zaczyna panować nieprzenikniony mrok. Uważaj, bo nie chciałbyś się wtedy znaleźć na najtrudniejszym szlaku w parku.




Gdzie spać na road tripie? Podrzucam trzy sprawdzone opcje:


  • na płatnych campingach w okolicy parków narodowych (np. w Yosemite za miejsce na campingu płaciliśmy ok. $25/auto); w sezonie warto zarezerwować site z dużym wyprzedzeniem!
  • na bezpłatnych dzikich campingach, które często nie różnią się niczym szczególnym od tych oficjalnych (https://freecampsites.net/)
  • w motelach na trasie pomiędzy parkami (wynajęcie pokoju dla 4 osób to koszt ok. $40-100); kilka hoteli udało nam się zarezerwować z wyprzedzeniem na bookingu (z możliwością anulowania rezerwacji) i zapłacić już po przyjeździe na miejsce

O ile sama optuję za punktem nr 2, baaardzo polecam rozejrzeć się za fajnym hotelem w Las Vegas. Zastanów się, jak często będziesz miał okazję przenocować w 4-5 gwiazdkowym hotelu w USA? Ceny hoteli w LV, szczególnie w środku tygodnia, są bardzo przystępne. Za 4-osobowy pokój w Hard Rock Hotel**** z kasynem i pięknym basenem (blisko The Strip) zapłaciliśmy $55.

Jak uzyskaliśmy tak dobrą cenę? Za pomocą małego oszustwa. Zarezerwowałam pokój na 3 osoby (z dwoma łożkami queen), w którym de facto nocowaliśmy w całą czwórkę.




C. Sprzęt na camping


To kwestia, którą zbagatelizowałam przed wyjazdem na road trip. A tam, kupi się po drodze – pomyślałam i skutkiem tego, dwie pierwsze noce były jednymi z najgorszych w czasie tej podróży. Spaliśmy w małym, dusznym aucie – ściśnięci we czwórkę pomiędzy bagażami. Ba! Pod siłownią, w której pierwsze zajęcia rozpoczynały się o 5 rano!

Część sprzętu (np. śpiwory) można przywieźć ze sobą z Polski, a resztę dokupić w Wallmarcie. Tylko że… zupełnie nie przemyślałam, że nie każdy Wallmart jest super zaopatrzony, a w poszukiwaniu namiotów, śpiworów i karimat zjeździmy aż 4-5 dużych sklepów! Dwa, powiedzmy sobie szczerze – tani sprzęt w Wallmarcie jest średniej jakości, a najtańsze śpiwory nie dość, że nie grzeją, to zajmują dużo za dużo miejsca.

W Wallmarcie kupiliśmy również małe kolorowe latarki, porządny scyzoryk, rozpałkę, szarą taśmę klejącą i widelec do grillowania. Po burzliwych dyskusjach odrzuciliśmy pomysł zakupu przenośnej kuchenki gazowej. Postawiliśmy na kanapki, ognisko i tradycyjną polską kiełbasę. Po drodze z łatwością można się zaopatrzyć w gotowe, porąbane drewno i nie martwić się, że na pustyni zabraknie suchego drzewa.




Hitem wyjazdu okazał się zwyczajny plastikowy bidon na wodę (jeszcze lepszy byłby z filtrem, ale cóż). W Stanach, w każdym parku porozstawiane są fontanny z darmową, pitną wodą. Codziennie napełnialiśmy butelki, a na palach jednej ręki (w ciągu miesięcznego tripa!) mogę zliczyć, ile razy kupiliśmy wodę w sklepie. Ekonomicznie i ekologicznie za razem.

Tę samą butelkę musiałam później wyrzucić przed wejściem na mecz koszykówki ;(

+ a gdyby tak po road tripie przekazać niewykorzystany sprzęt dalej? Polacy, których spotkaliśmy w Santa Cruz podrzucili nam mały kanister na paliwo, mini lodówkę, drewno i cały zestaw papierowych talerzy i plastikowych sztućców. Ba, w pudełku znaleźliśmy również proszek do prania, paczkę herbaty i butelkę polskiej wódki ;)


*      *     *


Przygotowania do road tripa mogą być męczące, ale zapewniam – dadzą ci wiele satysfakcji. O niektóre rzeczy warto zadbać wcześniej, a niektóre… wykreślić z listy i dać się ponieść przygodzie. W końcu, co to byłby za road trip bez rozbijania namiotu gdzieś na zadupiu pod gołym niebem, mycia zębów na punkcie widokowym i szukaniu motelu, tak zwyczajnie, przy drodze?

Miłej podróży,
M.


Jak zaplanować road trip USA


Na zdjęciach: Canyonlands


Blogerzy blogerom, Share Week 2018


Share Week 2018


Share Week 2018 to już siódma edycja akcji Andrzeja Tucholskiego, w której blogerzy polecają blogerów. Przez trzy tygodnie cała blogosfera podrzuca swoje typy, dzieli się inspiracjami i bierze udział w tworzeniu jednego z najlepszych blogowych rankingów w Polsce. Bo w końcu, kto zna się na tym lepiej i jest bardziej zaangażowanym czytelnikiem jak nie inny bloger właśnie?

Chcesz wiedzieć więcej? Zerknij tutaj.

Wciąż czytam i uwielbiam blogi, które polecałam w ramach zeszłorocznej odsłony Share Week 2017. Pamiętacie, kto wtedy znalazł się w moim zestawieniu Top 3? Tego roku nie spuszczam z tonu i podrzucam wam trzy wspaniałe blogi - dwie niezłe babki i parę, która w poszukiwaniu marzeń włóczy się gdzieś po świecie :)




Obrazki Blondynki to, moim zdaniem, jedna z najlepszych witryn fotograficzno - podróżniczych w polskiej blogosferze.

Paulinę podziwiam za kilka rzeczy - za fotograficzną żyłkę, klipy wideo, które hipnotyzują już od 1 sekundy po wciśnięciu play, trudne tematy i za sposób, w który przedstawia świat. Jak sama mówi robi ładne obrazki - i te fotograficzne, i filmowe, a ja skromnie podrzucę, że jej zdjęcia w niczym nie ustępują kadrom z największych foto-wystaw świata. Paulina daje radę, a jej rozwojowi - zawodowemu, blogowemu i prywatnemu - kibicuję z całych sił.




Do Ani trafiłam 2 lata temu za sprawą wpisu Moje ciało nie jest „grzechem”, więc nie będę za nie przepraszać i zostałam na stałe.

Co takiego jest w tej dziewczynie, że przyciąga do siebie ludzi jak magnes? Cóż, na pewno nie jest to estetyka, bo w kwestii stylu / zdjęć / wyglądu bloga rozmijamy się na każdym kroku. Są jednak rzeczy, których nie można jej odmówić - warsztatu i mądrości, która kryje się w z pozoru prostych słowach. Do Ani przychodzisz jak do kumpeli na plotki przy popołudniowej kawie; jak do szkoły na zręcznie skrojony wykład. Słowa wylatują z karabinu i są to dobre słowa.

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że bez Ania Maluje polska blogosfera straciłaby jeden ogromnie ważny filar.




Na trzecie miejsce wskakuje polecajka z mojego własnego podwórka :)

Justynę poznałam w czasie studiów, a od kilku miesięcy na bieżąco śledzę przygody Justyny i Tomka w podróży dookoła świata. Kto z nas nigdy nie marzył o tym, by rzucić wszystko i pojechać przed siebie? 10 października Co tam podróżnicy wyruszyli w kierunku swoich marzeń. Dubaj, Nepal, Tajlandia, Nowa Zelandia… co będzie dalej?

Wsiadając do samolotu, z kopyta wystartowali z blogiem i codziennymi vlogami. To jak, polubisz kanał i dołączysz do ich niesamowitej wyprawy?


*      *     *


A co to byłby za świąteczny obiad bez sernika na deser?

Łapcie klejnot polskiej kompozycji klasycznej, czyli Jacek Kopiec i solo na akordeonie. Wciąż nie mogę zdecydować, co wolę bardziej - muzykę czy piękny obrazek w tle?





Macie już swoje typy na #ShareWeek 2018?

Trzymajcie się ciepło, M.