Pierwszy raz w Los Angeles? 5 miejsc, które musisz zobaczyć



Pierwszy raz w Los Angeles zawsze będzie wyglądał tak samo. Będziesz odwiedzał miejsca i widział pocztówki, tak dobrze znane ze zdjęć i artykułów, którymi otaczałeś się do tej pory. 

No bo jak? Odwiedzić LA i nie zobaczyć klasycznego wzgórza, na którym króluje krzywy napis Hollywood? Nie spróbować podglądnąć życia bogatych ludzi, których rezydencje porastają stoki Beverly Hills? I w końcu, nie zachłysnąć się przepychem Rodeo Drive i nie zatracić w iluzji, że ty też możesz być częścią pysznego, luksusowego świata LA?

No jak?


zachód słońca na Santa Monica, LA


#1 Venice Beach

Gdzie możesz skierować pierwsze kroki w mieście, jeśli nie na najsłynniejszą plażę LA, Venice Beach? Kojarzysz ten podświetlony napis, wielkie litery VENICE rozwieszone pomiędzy budynkami, za plecami których rozkwita dzielnica kolorowych domków, a powietrze wypełnia cierpki zielony zapach?

Ile oddasz za leniwy spacer plażą Venice? Za kolejne kiczowate sklepy, ulicznych grajków rozłożonych na deptaku i spienione fale oceanu, po których przemykają surfingowe deski? Ile oddasz za dzieciaki, które wyskakują z metalowej rampy i za tych kolesi pakujących na niebieskiej siłowni przy Venice Beach?

Bo ja nie dałabym złamanego grosza.


napis Venice, w tle plaża i fale oceanu

pale mola na Venice Beach

spacerujący ludzie na molo na Venice Beach

mewy odlatujące z barierki na molo na Venice Beach


Nie przeczę - Venice może się podobać i zachwycać aurą hipsterskiego, frywolnego miasta.  Tylko, że… istnieje powód, dla którego nikt nie zostaje tam po zachodzie słońca. Venice jest jak księżniczka, która po zmroku przemienia się w smutną, przerażającą bestię. Miejsce ulicznych bazarków, artystów gotowych w minutę nabazgrać twój portret, zajmują oni. Deptak Venice gubi się pod górą spiętrzonych śmieci, kartonów i starych, śmierdzących śpiworów. Bezdomni głośno dyskutują, zaczepiają przechodniów, a szczęśliwie ulokowani, odpływają w świat zielonego proszku.

Więc zanim zakochasz się w Venice, spróbuj poznać ją całą – jej zakamarki, tajemnice i mieszkańców, o których nikt nie chce mówić głośno.


Venice Beach, Los Angeles

Venice Beach, Los Angeles 2

wieża ratownika, Venice Beach

Santa Monica, Los Angeles

zachód słońca na Santa Monica, palmy na pierwszym planie
Santa Monica

#2 Hollywood

Swoją przygodę z LA możesz planować jak chcesz – śladami bohaterów La la land czy uliczkami, które zapamiętałeś z GTA - ale nie możesz wyjechać z miasta bez odwiedzenia dzielnicy Hollywood.

Nie obiecuję, że ją polubisz. Będziesz przeklinał na korki, którą ciągną się całym Sunset Boulevard i stłoczony tłum gapiów przy Walk of Fame. W roztargnieniu przydeptasz imiona gwiazd i nie przestaniesz się dziwić, jak niepozorne jest słynne Hollywood.

Bo widzisz… Walk of Fame jest w rzeczywistości małym fragmentem ulicy, na której kicz miesza się z nierealistycznym dążeniem do sławy. Przez słynne gwiazdy codziennie przetacza się fala ludzi – turystów, a także mieszkańców, którzy popołudniami śpieszą się do swoich domów. Raz po raz wychwycisz tam kolorowy kostium , bujne loki Britney Spears i nażelowane włosy kolejnego Super bohatera. Zanim się spostrzeżesz, złapią cię za rękę i krzykną grube miliony za jedno zdjęcie.

A obok, jak nigdy nic, będzie dziać się życie. Będą przejeżdżać samochody, a tamta pani wyjdzie z zakupami z pobliskiego sklepu. Krok dalej, w indyjskiej knajpie, padnie zamówienie na ostre curry, a dziwny gość w garniturze zaczepi cię Guten Morgen, chcąc wciągnąć cię w sidła scjentystycznej sekty.

Taki tam, zwyczajny poranek przy Walk of Fame.


Walk of Fame, Hollywood

gwiazda Kubusia Puchatka na Walk of Fame


#3 Obserwatorium Griffitha

A Hollywood to również biały napis, któremu / z którym (?) musisz zrobić sobie zdjęcie.

Istnieje kilka teorii, gdzie znaleźć najlepsze miejsce z widokiem na słynne wzgórze. Możesz wrzucić w GPS adres 300 Canyon Lake Drive, Hollywood i podążyć za słodkim głosem Skręć w prawo. Możesz odpalić Insta i za hashtagiem #hollywoodsign wyszukać morze inspiracji. Możesz też obrać drogę na Grffith Observatory i wszystko to dostać w pakiecie:

Panoramę miasta, lekcję astrofizyki i napis Hollywood właśnie.


napis Hollywood na wzgórzu, Canyon Lake Drive

para pozująca na tle napisu Hollywood, Canyon Lake Drive


Obserwatorium Griffitha to jedno z moich ulubionych miejsc w Los Angeles. To tam Sebastian z Mią czarowali swój podniebny taniec i obserwowali, jak wahadło Foucalta zatacza kolejne powolne kręgi. To również tam Raj z BBT snuje gwieździste opowieści, a jego głos towarzyszy cyklicznej projekcji o dziejach kosmosu. I w końcu, to tam nie tylko przeczytasz o gwiazdach, ale – jeśli grzecznie poczekasz – staniesz oko w oko z fioletową błyskawicą, którą uwolni niesamowita Tesla coil.

Moje serce ostatecznie zdobyły małe teleskopy, które nocą wystawiono przed wejściem do hali obserwatorium. Patrząc przez okular jednego z nich, liczyłam kratery na powierzchni księżyca, kiedy drugi skierowany był dalej, na ogromną planetę – tak rzeczywistą i abstrakcyjną zarazem.

I to wszystko, proszę państwa, zupełnie za free.


Obserwatorium Griffitha, Los Angeles

zachód słońca nad Los Angeles, widok z Obserwatorium Griffitha
     

#4 Beverly Hills

Mniej za free może być tylko na Rodeo Drive, w bogatej dzielnicy Beverly Hills.

Pamiętacie scenę z filmu Pretty Woman, w której Julia Roberts odwiedza kolejne butiki przy Rodeo Drive? Tę zawiść w oczach ekspedientek i przekonanie, że tylko tracisz ich czas? Mniej więcej tak czułam się, zaglądając do salonu YSL i z ciekawości wypytując o małą czarną za $$$.

Beverly Hills to swoisty symbol bogactwa i elity, której rezydencje porastają wzgórza przy Mulholland Drive. To niedostępny świat, odgrodzony od przeciętnych ludzi płotem splecionym z marzeń i luksusowych aut. To miejsce, gdzie palmy szybko wystrzeliwują ku niebu, by z pewną dozą litości pysznie spoglądać na ciebie – marnego człowieka pośród największych gwiazd Hollywood.

Powiedz, czy ty też nie chciałbyś - choć przez chwilę - stać się częścią Beverly Hills?


słynny napis Beverly Hills

ratusz Beverly Hills

widok z ratusza Beverly Hills

Rodeo Drive       samochód zaparkowany przy Rodeo Drive

LACMA
LACMA
          dwie turystyki pozujące przed muzeum LACMA        turystka pozująca przed muzeum LACMA


#5 Downtown

Paradoksalnie, najbardziej podobało mi się tam, gdzie wcale miało mi się nie podobać – w betonowym Downtown.

Z podwórka naszego Airbnb codziennie patrzyłam na wysokie wieżowce, które zdawały się dosięgać nieba. Kilka olbrzymów, które z zadartym nosem dumnie spoglądały na leżące w dole miasto. Szklane budynki, które za dnia skrzyły się promieniami słońca, a nocą płonęły oblane złoto-pomarańczowym światłem.

To tam, w Grand Central Market, wciśnięta pomiędzy dwóch gigantów, spędziłam najpiękniejszy wieczór w mieście: przy malutkim stole, z chłodnym piwem w plastikowym kubku, otoczona smakami świata i muzyką od jazzowych chłopców.

I później, spacerując w rytm zapadającego zmierzchu i mijając dziwnych ludzi, jak tego faceta w stroju Małej Syrenki.

I pizza. Ale tam była dobra pizza.


lampy LACMA    dziewczyna na Rodeo Drive    taco z kaktusa    uśmiechnięty wzór na kawie    smutna para w samolocie


*    *    *


Przykro mi to mówić, ale tym wpisem żegnam się z zachodnim wybrzeżem USA. To była piękna podróż (ta rzeczywista i później, kiedy każde pojedyncze słowo i zdjęcie przenosiło mnie z powrotem za wielką wodę). Mam nadzieję, że podobało wam się tak samo jak mnie, a chociaż kilku z wam zaczepiłam wirusa marzeń o podboju USA.

Żadnego innego wpisu nie pisało mi się tak ciężko – ze świadomością, że nasz road trip dopełni się i zamknie wraz z ostatnim, zupełnie nieprzygotowanym, słowem tej relacji. Więc żeby nie kończyć smutno, odsyłam was dalej, do garstki najpiękniejszych wspomnień z podróży po USA:



Do usłyszenia,
M.

Nie odlajkuję cię

Od kilku tygodni obserwuję spadek zaangażowania życiem w blogosferze. Moim własnym, a także tym ze strony osób, do których raz po raz zaglądałam. Postów jest jakby mniej, a coraz więcej blogów, bezczelnie porzuconych, zaczyna oblekać się szaro-burym kurzem. Trochę jeszcze czytam, a trochę nie, łapiąc się na przewijaniu wpisów w poszukiwaniu wyboldowanych, tłustych słów-kluczy.

Czasami zastanawiam się, w czym może tkwić problem. W monotonii i zmęczeniu po-studenckim życiem? W blogowym sukcesie, rozdmuchanym, idealnym życiu, które nigdy nie nadchodzi? Czy w oszustwie, które rządzi dzisiaj blogosferą?


follow za follow | wypalenie blogosferą | follow train



Plastikowe blogi


Zawsze lubiłam świat Instagrama - tablicę pełną inspiracji zamkniętych w kwadratowych kadrach. I nigdy nie lubiłam follow za follow, sztucznego pozyskiwania fanów, którym szczyciły się podejrzane konta. Niestety, szemrane akcje i puste lajki szybko stały się przykrą codziennością Instagrama. Każdego dnia widziałam dziesiątki kont, które obserwowały mnie tylko po to, żeby za chwilę zapomnieć o moich zdjęciach.

Tolerowałam to, bo co mi z botów, które lubiły mnie tylko po to, żebym odkliknęła im follow? Wierzyłam, że są ludzie, prawdziwi ludzi, którzy lubią mnie i moje zdjęcia, a nie to, czy ja też ich odlubię. Długo sama szerzyłam ideę no-follow. Obserwowałam tych, których chciałam, ludzi inspiratorów, którzy dostarczali mi piękne treści. Nie obserwowałam ludzi - znajomych, których wypadało lubić i nie odwdzięczałam się follow za follow.

Boty botami, ale gdy podobną strategię stosują DOBRZY blogerzy, chcę głośno krzyczeć NIE.

Zastanów się, jak działa ten mechanizm.

Dostajesz powiadomienie, że właśnie zaobserwował cię, dajmy na to, twój ulubiony bloger. Rozpiera cię duma, czujesz się ważny, bo KTOŚ taki potrafił docenić twoją pracę. Trochę pod presją, trochę bo też go przecież lubisz jesteś zobowiązany odwzajemnić tę dobroć i, nim się obejrzysz, wpadasz w sidła efektu wzajemności.
Na czym polega reguła wzajemności? To psychologiczny mechanizm, doskonale wykorzystywany w marketingu i sprzedaży. Jeśli ktoś wyświadczy nam przysługę, podaruje nam prezent (nawet mały jak follow na Insta), czujemy się zobowiązani do odwdzięczenia się.

A później wchodzisz na konto ulubionego blogera i z podejrzeniem odczytujesz liczbę osób w rubryczce obserwowani. Kilka tysięcy, kiedy jeszcze wczoraj była blisko setki? Zerkasz za kilka dni, wzrosła o 3 tysiące! Lukasz za tydzień, dwa, miesiąc i trochę ze smutkiem patrzysz, jak liczba wraca do wyjściowego punktu. W tych usuniętych i wywalonych na śmieci byłeś też ty.

A bloger, jak to DOBRY bloger, ma teraz +10 tys. oczek.



Follow train, czyli przepis na sukces?


Ze smutkiem obserwuję w Polsce obsesję follow za follow, ale to, co dzieje się dalej przerosło moje oczekiwania. A żyłabym sobie - spokojna i nieświadoma - gdybym nie podjęła rzuconej rękawicy influencer marketing na rynku UK.

Tam wszyscy followują wszystkich, a gonitwa o followersów przypomina korporacyjny wyścig szczurów. 
Jeszcze 10 obserwatorów, żeby osiągnąć mój cel na czerwiec! 



gonitwa o followersów


Znacie zjawisko follow train, które króluje na niebieskim Twitterze? Wygląda to mniej więcej w ten sposób: skomentuj, zretwittuj i follow’uj wszystkich, którzy lubią ten post. A potem odwdzięcz się za okazaną miłość. Follow trainy są tematyczne, w komentarzu możesz wrzucić bloga, twittera lub profil na Instagramie. 


Blogger Follow Train


Są jeszcze grupy… bo dzisiaj ludzie zrzeszają się, żeby lajkować sobie wzajemnie posty i walczyć z algorytmami, zostawiając pod zdjęciem tysiąc serduszek.

W taki sposób rodzą się dzisiaj blogi, konta +5 tysięcy z oczek z zerowym zaangażowaniem. Ale czemu się dziwić, skoro dzisiaj tym, co najważniejsze są właśnie puste cyferki. Masz 5-tkę? Dostaniesz od firmy szminkę. Dyszkę? Wow, zasłużyłaś na cienie w proszku.



*    *     *


Nie lubię blogosfery, którą rozlicza się w suchych liczbach; w której się oszukuje i sztucznie pompuje swoją publikę; w której ty - czytelnik - jesteś sprowadzony do kolejnego lajka. Masz robić tłum i nie wyrażać kontrowersyjnego zdania.

Ale kto dzisiaj ją jeszcze lubi?

Problem blogosfery jest wielowarstwowy. Jesteśmy zmęczeni życiem online, życiem-iluzją wykreowaną przez piękne social media. Wypalamy się, tworząc kolejne ważne i wartościowe teksty, których nikt już nie czyta. Opowiadamy o swoich wzlotach, płaczemy o błędach, tworząc przezroczyste i neonowe życie. Uzależniamy się od serduszek i ciskamy sprzętem ze złością, widząc działanie algorytmów. Ścigamy się w poszukiwaniu raju - miliona obserwatorów i firm z PR-owymi paczkami.

Męczy nas sztuczność, to, że ktoś lubi i czyta nas tylko po to, by podbić swoje statystyki. / M.

Do poduszki polecam też zerknąć do innych. Zreflektować się i ze smutkiem popatrzyć na płonącą blogosferę.