Q&A: ostatni odcinek telenoweli USA


Co robiłeś rok temu dokładnie o tej porze? Siedziałeś przy biurku czy odpoczywałeś, korzystając z uroków leniwych wakacji? Bo ja odpalałam kolejny serial - wciśnięta za ladą hotelowego lobby w Santa Cruz, stanie Kalifornia, tysiące kilometrów stąd.

Aż serce się kraja.


road trip USA | zachodnie wybrzeże | Stany Zjednoczone


W ciągu ostatniego roku nie było dnia, żebym na nowo nie przeżywała przygód i miejsc, które kolejno odwiedzaliśmy na mapie USA. Golden Gate, Wielki Kanion czy kojoty, które koncertowały o trzeciej w nocy, 3 metry od naszego namiotu. To była niesamowita podróż i wciąż nie potrafię (nie chcę?) wyszeptać tych kilku pożegnalnych słów.

Więc może inaczej. Przed wami 12 pytań i odpowiedzi, które stały się swoistym podsumowaniem naszego tripa po zachodnim wybrzeżu USA.


1. Najlepsze miejsce w USA?

Bardzo ciężko wskazać na jedno najlepsze miejsce, które odwiedziliśmy w czasie tej podróży. Podobało mi się wiele parków i miast, szczególnie tych, które odwiedzaliśmy na początku tripa - wtedy, kiedy jeszcze wszystko było nowe i wszystko było wow. Z biegiem czasu kolejne miejsca robiły na mnie coraz mniejsze wrażenie. W końcu, ile razy możesz się zachwycać kolorowymi skałami i dziurami w ziemi? Kto by pomyślał, że kolejność na planie zwiedzania może mieć takie znaczenie!

Ale. Chciałabym wyróżnić Zion i szlak Angels Landing, którego pokonanie dało mi ogromną satysfakcję. A że kiedy schodziłam ze skały, jedną ręką podtrzymując się o łańcuch, nad głową przeleciał mi ogromny, czarny kondor? Ten sam kondor, którego od kilku dni usilnie starałam się wypatrzyć na niebie? To jest życie!


widok z Angels Landing | Park Narodowy Zion


2. Najsłabszy punkt wycieczki?

Za mało czasu! Na Zion zabrakło nam co najmniej jednego dnia, a pobyt w LA do tej pory wspominam jak wyścig z czasem: niemożliwy wybór pomiędzy zwiedzaniem, szybkimi zakupami i pakowaniem. Zobaczyliśmy taaak wiele, a równocześnie mam wrażenie, że ledwie liznęliśmy czubek góry lodowej.

3. Żałuję, że nie zobaczyliśmy/zrobiliśmy:

Kalifornijskiej “jedynki” (Pacific Coast Highway), która ciągnie się wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. Droga nr 1 została zamknięta tuż przed naszym wyjazdem do Stanów i nie została otworzona już do końca września. Udało nam się jedynie liznąć jej fragment, dojeżdżając do słynnego mostu Bixby Bridge od Monterey i później - nadrabiając drogę, żeby zobaczyć zachód słońca nad Moro Bay.

I jeszcze - trochę mi szkoda, że nie wybrałam się na whale watching w Monterey.


Big Sur, widok z mostu Bixby Bridge


4. Czego brakuje teraz w Polsce?

Road tripu! Spędzania każdego dnia w innym miejscu i prostej drogi, która kilometrami ciągnie się wgłąb kontynentu. Tej swobody w podejmowaniu decyzji i zbaczania ze szlaku w poszukiwaniu miejsca na nocleg.

No i tak... Zarabiania 10 dolców/godz. za oglądanie seriali w hotelowym lobby ;)

5. Nigdy nie zapomnę widoku…

Doliny Śmierci podczas zachodu słońca, który obserwowaliśmy na Dante’s View.

Po prawej stronie za horyzontem chowała się pomarańczowa kula ognia, złocąc pobliskie szczyty i rozległe pola soli. Z lewej strony nadciągała burza. Niebo raz po raz przecinały groźne błyskawice, gdzieś tam w tle majaczyła delikatna tęcza, a w naszą stronę powoli przesuwała się ściana deszczu. A w samym środku my - cisi obserwatorzy niezwykłego spektaklu Matki Ziemi.


zachód słońca na Dante's View | Dolina Śmierci


6. Na podróż do USA niepotrzebnie spakowałam:

Kapelusz! Zawsze marzyły mi się instagramowe kadry na plaży w słomkowym kapeluszu z dużym rondem. Przed wyjazdem szukałam i zaglądałam do każdej sieciówki, żeby znaleźć coś, co będzie pasowało na moją głowę. Kupiłam kapelusz, po czym... wyrzuciłam go już w San Francisco.

Nie wiem, jak na leniwych wakacjach, ale podczas road tripu zrobił się z niego straszny balast. Był mega niepraktyczny - nie mieścił się do walizki i spadał z głowy już z lekkim podmuchem wiatru. A że dodatkowo nie jestem wielką fanką kapeluszy i nakryć głowy...

7. Najpiękniejsza trasa?

Jezu, droga 163 do Doliny Monumentów - obrazek tak doskonale znany z filmów i bajek, a jednak… taki, który wciąż rzuca cię na kolana. Wisienką na torcie jest cała 17-milowa Navajo Loop, szutrowa trasa, która wije się pomiędzy skałami-gigantami. Mogę sobie tylko wyobrazić, jak musi tam być kosmicznie podczas wschodu / zachodu słońca.


droga 163 z widokiem na Dolinę Monumentów

8. Szkoda, że przed wyjazdem nikt mi nie powiedział, że:

...szkoda czasu na zamartwianie się o wszystkie rzeczy, które mogą pójść nie tak: wynajem samochodu, rezerwację hoteli czy znalezienie drugiej pracy. Warto trzymać się reguły: stresować możesz zacząć się dopiero, kiedy faktycznie stanie się coś złego. A póki co… nie szkoda ci życia na roztrząsanie scenariuszy co by było, gdyby?

9. Przereklamowane miejsce:

Wiele osób nie przyzna mi racji, ale… postawię na Kanion Antylopy. Wszystko wydawało mi się tam takie sztuczne. Lekcja na temat ustawień aparatu, żeby podbić pomarańcz skały. (Obowiązkowy) przewodnik, który zachowywał się, jakby był tam z nami za karę. Gromada ludzi, którzy korkowali podziemne przejścia w poszukiwaniu “tego jednego” idealnego kadru.

Pół winy zrzucam na przewodnika, drugie pół na termin (bo zwiedzaliśmy kanion w niedzielę), ale… Jeśli miałabym żałować wydanych pieniędzy, to właśnie tych +$30 za wejściówkę do Antylopy.


Dolny Kanion Antylopy


10. Najlepszy posiłek?

Uwielbiam krewetki, a Kalifornia rozpieściła mnie nimi na dwa sposoby:

  • małą przystawką w hawajskiej restauracji Hula’s Island Grill w Santa Cruz: krewetki zawijane w delikatnym, chrupkim cieście ala’ piwnym, posypane wiórkami kokosowymi i podawane z sosem ananasowym (o mamo!)
  • taco z krewetkami (jadłam kilka, ale najcieplej wspominam te z knajpki w Old Town San Diego, dobra cena i ten smak!)

11. Hit zakupowy z USA?

Moim hitem są bez wątpienia dwie pary dżinsów, rurek Levi’s, które kupiłam w outlecie na przedmieściach Los Angeles. Są idealnie dopasowane - w pasie i w długości - co przy moim wzroście (156 cm) wcale nie jest takie proste. Zazwyczaj mój wybór ogranicza się do nogawek: wywinięte czy nieelegancko zmarszczone wokół kostek? Uwielbiam te dżinsy i od roku nie istnieją dla mnie inne spodnie - noszę je praktycznie na zmianę ;)

W LA zaszalałam i obkupiłam się również w salonie Victoria’s Secret. Dzisiaj nie wyobrażam sobie życia bez mięciutkich materiałowych staników, które przywiozłam ze sobą z USA. Mam cztery pary (nieusztywniane, bez push-upów i innych cudów) i zachwycam się nimi każdego dnia.


krewetki w cieście piwnym z sosem ananasowym | kuchnia hawajska       stanik z Victoria's Secret, bluzka w paski z Levi's i perfumy


12. Następnym razem muszę zobaczyć:

Tak naprawdę chciałabym pojechać wszędzie i zobaczyć wszystko (!), ale... Na szczycie mojej listy wciąż jest Nowy Orlean, Park Narodowy Yellowstone, wodospad Niagara i archipelag Florida Keys.

Odrobinę porozrzucane jak na jedną wycieczkę, prawda?


*     *     *


Rychtyg, dziękuję za inspirację i pozwolenie na przedruk Q&A :) Jesteście ciekawi, jak na te same pytania odpowiedział ktoś zupełnie inny?
Odwiedźcie bloga Ani:


Od biegania do surfingu, czyli jak wpływają na nas podróże?


Powoli mija rok od mojej wizyty w Stanach Zjednoczonych. Pogoda w Polsce jest typowo kalifornijska, ale czasu, żeby z niej skorzystać, jakby mniej. Praca, korki, podwyżki cen paliw, praca, kolejne urodziny, starość, a na koniec puenta – słaba śmierć. Ale zanim szczupła postać z kosą w ręce dostanie kartkę z naszym nazwiskiem, warto się czymś zająć. To właśnie w Kalifornii uznałem, że fajnie byłoby spróbować surfingu.


surfing | Kalifornia | nauka surfingu


Jak podają amerykańscy naukowcy, szczęśliwość ludzi jest odwrotnie proporcjonalna do czasu poświęconego na myślenie o otaczającej nas rzeczywistości. Żeby nie zamyśleć się za bardzo, w coś tam od czasu do czasu gramy lub robimy bliżej nieokreśloną ilość pompek czy innych przysiadów. Ze względu na nieregularny czas pracy, po przyjeździe do USA jedyną możliwością fizycznej odskoczni była gra w plażówkę. O sportach angażujących większą ilość osób można było zapomnieć. Nawet jeśli udało się zagrać w siatkę, była to bardziej zabawa niż sport. Wiedzieliście, że w Stanach nie pije się piwa podczas gry w siatkówkę?! Ech, ci Amerykanie...

Tak żyłem, śniąc swój american dream, dzień jak co dzień, dzień po dniu. Jednak życia cud się nie zdarzył. Wręcz przeciwnie. Zacząłem mieć negatywne myśli, które o mało co nie doprowadziły do najgorszego. Wstyd mi się do tego przyznać, ale z nudów chciałem zacząć... biegać. 

Nie chciałbym tu nikogo obrazić, ale sama myśl o tym, że moje życie jest aż tak nudne, żeby codziennie biegać bez celu, tak o, dla zabicia czasu, wstrząsa mną do granic i przechodzą mnie ciarki. Cała idea sportu jako odskoczni od reszty tego bajzlu, nazywanego górnolotnie cudem życia, w bieganiu nie ma swojego zastosowania. Zaczyna się całkiem niewinnie. Biegniesz i myślisz sobie, że w sumie to trzymasz dobre tempo, że buty nowe by się przydały, wygodniejsze, lepsze, że ta dupeczka dzisiaj nie biega, pewnie ma kogoś, ja nie mam, a fajny jestem, czy może nie jestem... NO I KAPLICA! Teraz nie dość, że się fizycznie męczysz to głupi mózg cały czas kombinuje i zmusza Cię do myślenia nad przeróżnymi durnotami. O nie! Nie po to ludzie wymyślili i uprawiają sport, żeby podczas jego uprawiania zastanawiać się nad zakładem Pascala. Napisałbym jeszcze kilka ciepłych słów o siłowni, o tym że, to aktywność idealna dla ludzi, którzy nic nie potrafią, ale aktualnie sam chodzę, więc sami wiecie... może innym razem.


chłopak biegający po plaży, w tle wysokie skały


Wracając do tematu biegania, wiadomo –  forma musi być i kaloryfery też są dla ludzi, ale staram się podejmować ciekawsze aktywności, w których mimochodem trzeba również biegać. Na szczęście, zamiast porannego dżogingu (jeszcze ta idiotyczna nazwa...) wybrałem wieczorną imprezę u ziomeczków z Serbii. Popijając Fireballa, słuchałem jak jeden ze znajomych opowiadał o tym słynnym amerykańskim SURFINGU. Zachwalał, a alkohol napędził wyobraźnię. Od tamtego momentu wiedziałem, że muszę spróbować.

Najpierw sprzęt do surfingu. Niestety nie jest tani, ale Amerykanie są w większości na tyle bogaci, że recepcjonistki po pijaku rozbijają swoje nowe Fordy Fusion i opowiadają o tym z uśmiechem na ustach, więc używane deski w kiepskim stanie można kupić za zielone grosze. Oszczędzę wam opisu całej transakcji. Jej efektem była moja nowa deska, pianka, linka i kawałek wosku. Wesoły amerykański Pan Zbieracz Starych Klamotów wzbogacił się o 92 dolary.

Tak szedłem z moją nową kochanką pod rękę przez słoneczne Santa Cruz i zaczynałem rozumieć, co jest najlepsze w SURFINGU. Nareszcie jesteś kimś! Spojrzenia są różne, coś w stylu Patrzcie... to SURFER!,  Wow, ale przystojniak (ok, może nikt tego nie mówił, ale na pewno myślał). Raczej przyjazne, pozytywne, jak to zwykle ze spojrzeniami w USA. Zupełnie inaczej niż w Polsce. U nas jak jedzie fajny samochód, to się wszyscy odwracają, byle tylko nie spojrzeć, żeby się typ nie poczuł ważny, a wiadomo, że nakradł i dlatego ma dobre autko, prywaciarz tfu. Te gorące spojrzenia amerykańskich dziewczyn i chłopców czułem na sobie już do końca mojego pobytu i było mi z nimi świetnie.


chłopak w piance trzymający żółtą deskę surfingową       chłopak z żółtą deską surfingową obserwujący fale na Cowell Beach


Teraz pozostało już tylko nauczyć się surfować. Nie polecam kupowania lekcji u prywatnych instruktorów. Koleżanka z Hiszpanii wzięła właśnie taki dwugodzinny kurs i skończyła w szpitalu ze wstrząśnieniem mózgu. Podobno instruktor nie powiedział jej, czy dopływając do brzegu, deska zatrzyma się sama, czy ma z niej wcześniej zeskoczyć do wody. Oczywiście, postanowiła zostać na desce i uderzyła w kamienisty brzeg... Nie pytajcie o kolor włosów.

Sam zdecydowałem się na inne rozwiązanie. Praca na recepcji w hotelu, oprócz oczywistych minusów, ma też swoje plusy, więc miałem bardzo dużo czasu na naukę surfingu z zaufanego źródła. Wujek google i kuzyn youtube pokazali mi tajniki turtle rollów, duck diveów, nakładania wosku na deskę i oceniania fal. W końcu internety nie kłamią, prawda?

Jedynym problemem pozostawały moje umiejętności pływackie. Nigdy nie słyszałem o żabach żyjących w oceanach (szukając takich, trafiłem na debilną historyjkę o tym, czy chcemy być żabą z oceanu czy ze studni, a po takim tekście nie byłem w stanie dalej szukać). Na moje nieszczęście styl pływania oparty na ruchach tych obślizgłych płazów jest jedynym, jaki opanowałem w miarę dobrze. Swoje lata już mam, a czas uciekał nieubłaganie, więc tak zwany klasyk musiał wystarczyć. Przy ewentualnym spotkaniu z rekinem zwiększało to moje szanse na przeżycie. Wyobraźcie sobie, że jesteście tym słynnym wielkim żarłaczem białym, postrachem mórz i oceanów. Wpływacie pomiędzy surferów i widzicie gościa uciekającego przed wami żabką. Kurwa, chłop ucieka jebaną żabką... Na jego miejscu pomyślałbym, że ten człowiek jest ciężko chory i w obawie o swoje zdrowie zostawiłbym go w spokoju. Druga opcja – rekin pęknie ze śmiechu. Zresztą zabijają one rocznie około 10 osób. O wiele groźniejsze są krowy, a krowę widziałem z bliska i dalej żyję. Z matematycznego punktu widzenia istnieje większa szansa, że ugryzie mnie Luis Suarez (jeżeli grałbym w przeciwnej drużynie) niż rekin.


uśmiechnięty rekin       surferzy na Steamer Line


Tak czy inaczej, minęły już dwa dni od zakupu deski, a ja jeszcze ani razu nie byłem surfować! Mój pierwszy raz na desce był słaby. Z brzegu obserwowała mnie moja dziewczyna. W sumie spoko, nie było opcji, żebym wyszedł po 30 minutach i później słuchał, że ona wiedziała, żeby najpierw wypożyczyć deskę. Nie chciałem się łatwo poddać, a w najtrudniejszych momentach ta myśl dodawała mi werwy. Podczas pierwszego surfowania trzy razy złapałem pianę, czyli część fali już po załamaniu. Normalni surferzy płyną przed załamaniem, które próbuje ich dogonić. W dodatku robią to stojąc na desce, a nie leżąc tak jak ja...

Jeden wypad to mniej więcej dwie godziny w wodzie – jeżeli są warunki, na więcej nie masz siły. Pierwszy raz wstałem dopiero trzeciego dnia. Utrzymałem się na desce może ze trzy sekundy. Od tego momentu wstawałem coraz częściej, ale wciąż była to zabawa z pianą. Nie pamiętam, za którym razem złapałem normalną falę – czasami łapiesz ją w dobrym miejscu, tuż przed załamaniem, ale ona od razu się składa i lecisz na pianie (jankesi mówią na nią soup). W praktyce nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Bawiłem się świetnie i śmigałem na niej do samego brzegu. Co do wielkości fal, Amerykańce mówili o nich szyderczo łamacze kostek. To miejsce (po angielsku spot) nazywało się Cowells Beach.






Dopiero w drugim miejscu surfingowym Santa Cruz – Steamer Lane – zrozumiałem, dlaczego nie łapie się piany. Fale były tam kilka razy większe, a piana, która powstawała po ich załamaniu przypominała pędzącą lawinę. Dużo fajniejszym pomysłem jest uciekanie przed tą bulgoczącą zupą. Miejsce do surfingu wybierałem poprzez kompromis z moją chęcią do życia. Jeżeli fale były bardzo duże – pływałem na Cowells, jeżeli mniejsze – na Steamer Lane.

Zazwyczaj Cowellsowe fale były wystarczające, ale nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował zmierzyć się ze Steamer Laneowymi gigantami. Dla porównania – największa przesurfowana fala miała wysokość około 24 metrów (w Santa Monica). Ciężko ocenić mojego giganta, ale powiedzmy, że mógł on mieć maksymalnie 3 metry. Dla mnie była to olbrzymia ściana wody lecąca prosto na mnie. Nie było już możliwości odwrotu. To właśnie ten moment uciekania przed potężnym żywiołem tłumaczy fenomen tego sportu. To jedna z tych sytuacji, kiedy zapominasz o tym, że życie to nieśmieszny żart. W takiej chwili aktywuje się najsilniejszy z instynktów człowieka – chęć przetrwania. Przetrwać mi się udało, ale poskromić falę i jej bliźniaczki niestety nie. 

Nic dziwnego, że wszyscy surferzy są tak wyluzowani. Codziennie igrają z czymś o wiele silniejszym od siebie i wracają do domów jako wygrani. Nie wracałem do mieszkania jako zwycięzca, ale nie byłem też rozczarowany. Porażki mogą mieć różne oblicza. Czasami to tylko pionowe wbicie deski w falę, uderzenie o taflę wody i wirowanie w fali z linką od deski na szyi przez kilkadziesiąt sekund. Innym razem porażka kończy się zniczami i tabliczką pamiątkową przy schodach prowadzących do wody.


surfer uciekający przed spienioną falą


*     *     *


Wydawałoby się, że mogę polecić każdemu z was naukę surfowania. Jednak, gdy się dokładniej nad tym zastanowię, muszę zdecydowanie odradzić wam zarówno surfing, jaki i podróże w ogóle. Dlaczego? Dlatego, że siedzę teraz w mieszkaniu przed laptopem i wiem, że gdzieś w okolicach słonecznej plaży La Jolla w San Diego ktoś stawia swoje pierwsze kroki na desce. W innym miejscu ktoś pierwszy raz widzi czarne plaże Teneryfy, je najlepszą włoską pizzę na świecie czy chociażby zamawia gofra w Jastrzębiej Górze. Wyobraźcie sobie, gdzie moglibyście teraz być. 

Stanowczo odradzam także wieszanie na ścianie mapy zdrapki, która patrzy na ciebie i mówi z wyrzutem Psst zobacz, spójrz jak niewiele widziałeś. Wracając z każdej kolejnej podróży, podczas której przeżywałeś niesamowite emocje do swojego biurka, czujesz, jakbyś dostał ciepłą, mokrą szmatą w twarz. Ta przygnębiająca wizja i wiele innych nie dają mi spać po nocach, ale za każdym razem w końcu zasypiam. Z uśmiechem na ustach. Zdradzę wam mój sekret. Za każdym razem przed zaśnięciem wyobrażam sobie, że ktoś właśnie teraz, dokładnie w tym momencie, zupełnie bez celu i bez sensu po prostu biegnie...

G.

Źródło grafik:
https://unsplash.com/

Lipiec: miesiąc, w którym (jeszcze nie) dorosłam

kajak w krzakach o wschodzie słońca


Ten pierwszy pracujący lipiec był nie do zniesienia. Nie, wciąż nie lubię spędzania wakacji w wakacje, ale - jak nigdy wcześniej - poczułam, jak bardzo już jestem zmęczona. Osiem godzin przed komputerem w zamkniętej klatce? Szczerze wątpię, że znajdę choć jedną osobę, która z ręką na sercu przytaknie, że tak: dobrze się czuje w tym rytmie pracy.

Tego roku nauczyłam się ważnej rzeczy. Nie znoszę wakacji w biurze. Rutyny, która maluje słoneczne dni na szaro-bure, nijakie barwy. Potrzebowałam wyjechać, rzucić wszystko i odetchnąć przy dźwiękach spokojnej rzeki. Uciec hen daleko, choćby tylko na krótki weekend.

I pojechałam - na kajaki do Zwierzyńca.


widok z Bukowej Góry, Roztocze       droga na Bukową Górę, Roztocze       piwo w Browarze Zwierzyniec       para ubrana w czerwone kapoki       spływ kajakowy nad Wieprzem    


To zadziwiające, jak mało potrzebowałam do szczęścia: szumiącej wody i drzew, które schylały się nad Wieprzem. Moje serducho szukało natury i znalazło ją w niebieskich skrzydełkach ważek, które migotały w rytm promieni słońca.

W malutkim miasteczku na Roztoczu, które pozwoliło mi odpocząć w drodze na Bukową Górę i później – przy piwie z lokalnego browaru. I pomyśleć – to wszystko tylko 90 km od domu.

Odpoczywałam też znacznie bliżej – przy kawie i brownie na patio w rodzinnym domu. Całkiem piękne, prawda?


piękne patio DIY z miętowym stołem       miętowa huśtawka na patio w Niechobrzu       czekoladowe brownie z owocami i kawa na miętowym stole       Most Tadeusza Mazowieckiego w Rzeszowie       lody na ulicy Kochanowskiego w Rzeszowie


14 lipca włożyłam sukienkę, związałam srebrne buty i poszłam na ślub na młodszego brata. Wciąż nie mogę uwierzyć, że mój mały – 4 lata młodszy - braciak ma już żonę!

Nagle wszyscy zrobili się już tacy dorośli.

Jak nigdy, chciałam pięknie wyglądać, bo nie każdego dnia zostajesz świadkową na ślubie własnego brata. Kupiłam trzy sukienki, zanim znalazłam tę jedyną, która podbiła moje serce. Miesiącami szukałam butów, które spełniłyby moje wymagania (srebrne, piękne i wygodne). Postawiłam na Kotyle i wiecie co? Już dawno nie miałam tak wspaniałych szpilek!

Ach, i co to było za wesele! Pokazywałam urywki na Insta stories, ale… wiedz, że gdy żeni się tancerz-akrobata, wesele musi być nie z tej ziemi. Powiem nieskromnie, ale to był najpiękniejszy pierwszy taniec, który widziałam. A niespodzianka-show akrobatyczne? Ulubiony punkt programu małych i dużych dziewcząt ;)


drożdżówka z serem i morelą, w tle serial  "Ania, nie Anna"       fioletowa sukienka na wesele       nowożeńcy przed kościołem       para na weselu, mężczyzna w garniturze z muszką       kubański hamburger, Havana, Rzeszów


        


Lipiec minął mi również pod znakiem przygotowań do wrześniowego Camino: zakupem biletów, planowaniem trasy, szukaniem cennych informacji o szlaku św. Jakuba, rozchodzeniem butów i zbieraniem rzeczy na wyjazd. Mam już szybkoschnący ręcznik i malutki, lekki śpiwór (wow).

Macie jakieś rady, książki, pomocne linki? Chcę je wszystkie!

Wstępnie, oprócz +10 dni w trasie, planujemy zatrzymać się w kilku miejscach i skorzystać z lokalnych rarytasów. Szykuje się zatem dzień w ukochanym Porto (z butelką Porto, a jakby) i kilka chwil w galicyjskich miastach. Cieszę się podwójnie, bo nigdy nie miałam okazji odwiedzić tej zakurzonej części Hiszpanii, a przypominam, że uwielbiam tam wracać (prawie) każdego roku ;)

To co, znów zanosi się na wrzesień życia?

# filmy & seriale


Ale zanim wrzesień, zatrzymajmy się przy kulturalnym lipcu. Co trafiło na mój ekran?

Poddaję się i przyznaję - ze wszystkim jestem do tyłu. Trzy billboardy za Ebbing, Missouri chciałam obejrzeć już zimą, kiedy wertowałam tegoroczne nominacje do Oscara. Wrzuciłam film do kolejki ‘to watch’ i… zapomniałam. Jak mogłam? Obok takiej historii ciężko przejść obojętnie. Tytułowe billboardy stają się iskrą, która wznieca płomień w spokojnym miasteczku w stanie Missouri. Mildred umieszcza kontrowersyjny przekaz przy opuszczonej drodze, przy której zmarła jej córka i rzuca rękawicę miejscowej policji. Inteligentnie prowadzona narracja, która pozostawia widza z pytaniem: czy dzisiejszy świat zawsze musi być czarno-biały?  Ocena: 8/10


płonące billboardy za Ebbing, Missouri


Mamma mia: Here we go again to druga część kultowego musicalu opartego na największych hitach Abby; typowy film, na który wybierzesz się z mamą do kina. Niby nic specjalnego, a jednak… ile razy wyszedłeś z kina roztańczony, rozbawiony, od razu z całym soundtrackiem w głowie? Mamma mia 2 przenosi nas w czasie - 30 lat wstecz - do momentu, w którym rozpoczyna się historia Donny. Przez Paryż do Grecji, w poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, bohaterce towarzyszy trzech przystojnych mężczyzn…

To jak, której piosenki z Mamma Mia: Here we go again nie możecie pozbyć się z głowy?


       


The End of the F***ing World czyli… kolejna netflixowa perełka do pochłonięcia w jeden wieczór. Nietypowa historia nietypowych bohaterów opowiedziana z nietypowym poczuciem humoru tworzy wyjątkowy klimat, którego ciężko szukać w innych produkcjach. Buntowniczka i niedoszły psychopata? Czy ta wspólna, wybuchowa podróż mogła mieć w ogóle inne zakończenie? I chociaż szybko pokochałam tę opowieść i finał, który urywa się dokładnie tam, gdzie powinien… mam cichą nadzieję, że nikt nie zniszczy jej dalszym ciągiem.

A soundtrack? Aj, wisienka.


       


#blog


Smutno mi to przyznać, ale obserwując to, co dzieje się w blogosferze, coraz mniej chce mi się pisać. Może to praca, może monotonia dorosłego życia, ale po drodze zgubiłam gdzieś radość tworzenia tekstów. Jestem pewna, że to przejściowy etap, który wskaże mi w końcu dalszą ścieżkę rozwoju. Zresztą, chyba nie tylko mi.

W lipcu poczyniłam dwa teksty i oficjalnie zamknęłam relację z Ameryki. Tak mi przykro, że może… otworzę ten rozdział raz jeszcze, tylko na krótką chwilę? ;)

Zerknijcie, co działo się w lipcu:



*     *     *

Jak mija wam życie? Macie czas na celebrowanie wakacji?

Trzymajcie się ciepło, M.