Od biegania do surfingu, czyli jak wpływają na nas podróże?


Powoli mija rok od mojej wizyty w Stanach Zjednoczonych. Pogoda w Polsce jest typowo kalifornijska, ale czasu, żeby z niej skorzystać, jakby mniej. Praca, korki, podwyżki cen paliw, praca, kolejne urodziny, starość, a na koniec puenta – słaba śmierć. Ale zanim szczupła postać z kosą w ręce dostanie kartkę z naszym nazwiskiem, warto się czymś zająć. To właśnie w Kalifornii uznałem, że fajnie byłoby spróbować surfingu.


surfing | Kalifornia | nauka surfingu


Jak podają amerykańscy naukowcy, szczęśliwość ludzi jest odwrotnie proporcjonalna do czasu poświęconego na myślenie o otaczającej nas rzeczywistości. Żeby nie zamyśleć się za bardzo, w coś tam od czasu do czasu gramy lub robimy bliżej nieokreśloną ilość pompek czy innych przysiadów. Ze względu na nieregularny czas pracy, po przyjeździe do USA jedyną możliwością fizycznej odskoczni była gra w plażówkę. O sportach angażujących większą ilość osób można było zapomnieć. Nawet jeśli udało się zagrać w siatkę, była to bardziej zabawa niż sport. Wiedzieliście, że w Stanach nie pije się piwa podczas gry w siatkówkę?! Ech, ci Amerykanie...

Tak żyłem, śniąc swój american dream, dzień jak co dzień, dzień po dniu. Jednak życia cud się nie zdarzył. Wręcz przeciwnie. Zacząłem mieć negatywne myśli, które o mało co nie doprowadziły do najgorszego. Wstyd mi się do tego przyznać, ale z nudów chciałem zacząć... biegać. 

Nie chciałbym tu nikogo obrazić, ale sama myśl o tym, że moje życie jest aż tak nudne, żeby codziennie biegać bez celu, tak o, dla zabicia czasu, wstrząsa mną do granic i przechodzą mnie ciarki. Cała idea sportu jako odskoczni od reszty tego bajzlu, nazywanego górnolotnie cudem życia, w bieganiu nie ma swojego zastosowania. Zaczyna się całkiem niewinnie. Biegniesz i myślisz sobie, że w sumie to trzymasz dobre tempo, że buty nowe by się przydały, wygodniejsze, lepsze, że ta dupeczka dzisiaj nie biega, pewnie ma kogoś, ja nie mam, a fajny jestem, czy może nie jestem... NO I KAPLICA! Teraz nie dość, że się fizycznie męczysz to głupi mózg cały czas kombinuje i zmusza Cię do myślenia nad przeróżnymi durnotami. O nie! Nie po to ludzie wymyślili i uprawiają sport, żeby podczas jego uprawiania zastanawiać się nad zakładem Pascala. Napisałbym jeszcze kilka ciepłych słów o siłowni, o tym że, to aktywność idealna dla ludzi, którzy nic nie potrafią, ale aktualnie sam chodzę, więc sami wiecie... może innym razem.


chłopak biegający po plaży, w tle wysokie skały


Wracając do tematu biegania, wiadomo –  forma musi być i kaloryfery też są dla ludzi, ale staram się podejmować ciekawsze aktywności, w których mimochodem trzeba również biegać. Na szczęście, zamiast porannego dżogingu (jeszcze ta idiotyczna nazwa...) wybrałem wieczorną imprezę u ziomeczków z Serbii. Popijając Fireballa, słuchałem jak jeden ze znajomych opowiadał o tym słynnym amerykańskim SURFINGU. Zachwalał, a alkohol napędził wyobraźnię. Od tamtego momentu wiedziałem, że muszę spróbować.

Najpierw sprzęt do surfingu. Niestety nie jest tani, ale Amerykanie są w większości na tyle bogaci, że recepcjonistki po pijaku rozbijają swoje nowe Fordy Fusion i opowiadają o tym z uśmiechem na ustach, więc używane deski w kiepskim stanie można kupić za zielone grosze. Oszczędzę wam opisu całej transakcji. Jej efektem była moja nowa deska, pianka, linka i kawałek wosku. Wesoły amerykański Pan Zbieracz Starych Klamotów wzbogacił się o 92 dolary.

Tak szedłem z moją nową kochanką pod rękę przez słoneczne Santa Cruz i zaczynałem rozumieć, co jest najlepsze w SURFINGU. Nareszcie jesteś kimś! Spojrzenia są różne, coś w stylu Patrzcie... to SURFER!,  Wow, ale przystojniak (ok, może nikt tego nie mówił, ale na pewno myślał). Raczej przyjazne, pozytywne, jak to zwykle ze spojrzeniami w USA. Zupełnie inaczej niż w Polsce. U nas jak jedzie fajny samochód, to się wszyscy odwracają, byle tylko nie spojrzeć, żeby się typ nie poczuł ważny, a wiadomo, że nakradł i dlatego ma dobre autko, prywaciarz tfu. Te gorące spojrzenia amerykańskich dziewczyn i chłopców czułem na sobie już do końca mojego pobytu i było mi z nimi świetnie.


chłopak w piance trzymający żółtą deskę surfingową       chłopak z żółtą deską surfingową obserwujący fale na Cowell Beach


Teraz pozostało już tylko nauczyć się surfować. Nie polecam kupowania lekcji u prywatnych instruktorów. Koleżanka z Hiszpanii wzięła właśnie taki dwugodzinny kurs i skończyła w szpitalu ze wstrząśnieniem mózgu. Podobno instruktor nie powiedział jej, czy dopływając do brzegu, deska zatrzyma się sama, czy ma z niej wcześniej zeskoczyć do wody. Oczywiście, postanowiła zostać na desce i uderzyła w kamienisty brzeg... Nie pytajcie o kolor włosów.

Sam zdecydowałem się na inne rozwiązanie. Praca na recepcji w hotelu, oprócz oczywistych minusów, ma też swoje plusy, więc miałem bardzo dużo czasu na naukę surfingu z zaufanego źródła. Wujek google i kuzyn youtube pokazali mi tajniki turtle rollów, duck diveów, nakładania wosku na deskę i oceniania fal. W końcu internety nie kłamią, prawda?

Jedynym problemem pozostawały moje umiejętności pływackie. Nigdy nie słyszałem o żabach żyjących w oceanach (szukając takich, trafiłem na debilną historyjkę o tym, czy chcemy być żabą z oceanu czy ze studni, a po takim tekście nie byłem w stanie dalej szukać). Na moje nieszczęście styl pływania oparty na ruchach tych obślizgłych płazów jest jedynym, jaki opanowałem w miarę dobrze. Swoje lata już mam, a czas uciekał nieubłaganie, więc tak zwany klasyk musiał wystarczyć. Przy ewentualnym spotkaniu z rekinem zwiększało to moje szanse na przeżycie. Wyobraźcie sobie, że jesteście tym słynnym wielkim żarłaczem białym, postrachem mórz i oceanów. Wpływacie pomiędzy surferów i widzicie gościa uciekającego przed wami żabką. Kurwa, chłop ucieka jebaną żabką... Na jego miejscu pomyślałbym, że ten człowiek jest ciężko chory i w obawie o swoje zdrowie zostawiłbym go w spokoju. Druga opcja – rekin pęknie ze śmiechu. Zresztą zabijają one rocznie około 10 osób. O wiele groźniejsze są krowy, a krowę widziałem z bliska i dalej żyję. Z matematycznego punktu widzenia istnieje większa szansa, że ugryzie mnie Luis Suarez (jeżeli grałbym w przeciwnej drużynie) niż rekin.


uśmiechnięty rekin       surferzy na Steamer Line


Tak czy inaczej, minęły już dwa dni od zakupu deski, a ja jeszcze ani razu nie byłem surfować! Mój pierwszy raz na desce był słaby. Z brzegu obserwowała mnie moja dziewczyna. W sumie spoko, nie było opcji, żebym wyszedł po 30 minutach i później słuchał, że ona wiedziała, żeby najpierw wypożyczyć deskę. Nie chciałem się łatwo poddać, a w najtrudniejszych momentach ta myśl dodawała mi werwy. Podczas pierwszego surfowania trzy razy złapałem pianę, czyli część fali już po załamaniu. Normalni surferzy płyną przed załamaniem, które próbuje ich dogonić. W dodatku robią to stojąc na desce, a nie leżąc tak jak ja...

Jeden wypad to mniej więcej dwie godziny w wodzie – jeżeli są warunki, na więcej nie masz siły. Pierwszy raz wstałem dopiero trzeciego dnia. Utrzymałem się na desce może ze trzy sekundy. Od tego momentu wstawałem coraz częściej, ale wciąż była to zabawa z pianą. Nie pamiętam, za którym razem złapałem normalną falę – czasami łapiesz ją w dobrym miejscu, tuż przed załamaniem, ale ona od razu się składa i lecisz na pianie (jankesi mówią na nią soup). W praktyce nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Bawiłem się świetnie i śmigałem na niej do samego brzegu. Co do wielkości fal, Amerykańce mówili o nich szyderczo łamacze kostek. To miejsce (po angielsku spot) nazywało się Cowells Beach.






Dopiero w drugim miejscu surfingowym Santa Cruz – Steamer Lane – zrozumiałem, dlaczego nie łapie się piany. Fale były tam kilka razy większe, a piana, która powstawała po ich załamaniu przypominała pędzącą lawinę. Dużo fajniejszym pomysłem jest uciekanie przed tą bulgoczącą zupą. Miejsce do surfingu wybierałem poprzez kompromis z moją chęcią do życia. Jeżeli fale były bardzo duże – pływałem na Cowells, jeżeli mniejsze – na Steamer Lane.

Zazwyczaj Cowellsowe fale były wystarczające, ale nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował zmierzyć się ze Steamer Laneowymi gigantami. Dla porównania – największa przesurfowana fala miała wysokość około 24 metrów (w Santa Monica). Ciężko ocenić mojego giganta, ale powiedzmy, że mógł on mieć maksymalnie 3 metry. Dla mnie była to olbrzymia ściana wody lecąca prosto na mnie. Nie było już możliwości odwrotu. To właśnie ten moment uciekania przed potężnym żywiołem tłumaczy fenomen tego sportu. To jedna z tych sytuacji, kiedy zapominasz o tym, że życie to nieśmieszny żart. W takiej chwili aktywuje się najsilniejszy z instynktów człowieka – chęć przetrwania. Przetrwać mi się udało, ale poskromić falę i jej bliźniaczki niestety nie. 

Nic dziwnego, że wszyscy surferzy są tak wyluzowani. Codziennie igrają z czymś o wiele silniejszym od siebie i wracają do domów jako wygrani. Nie wracałem do mieszkania jako zwycięzca, ale nie byłem też rozczarowany. Porażki mogą mieć różne oblicza. Czasami to tylko pionowe wbicie deski w falę, uderzenie o taflę wody i wirowanie w fali z linką od deski na szyi przez kilkadziesiąt sekund. Innym razem porażka kończy się zniczami i tabliczką pamiątkową przy schodach prowadzących do wody.


surfer uciekający przed spienioną falą


*     *     *


Wydawałoby się, że mogę polecić każdemu z was naukę surfowania. Jednak, gdy się dokładniej nad tym zastanowię, muszę zdecydowanie odradzić wam zarówno surfing, jaki i podróże w ogóle. Dlaczego? Dlatego, że siedzę teraz w mieszkaniu przed laptopem i wiem, że gdzieś w okolicach słonecznej plaży La Jolla w San Diego ktoś stawia swoje pierwsze kroki na desce. W innym miejscu ktoś pierwszy raz widzi czarne plaże Teneryfy, je najlepszą włoską pizzę na świecie czy chociażby zamawia gofra w Jastrzębiej Górze. Wyobraźcie sobie, gdzie moglibyście teraz być. 

Stanowczo odradzam także wieszanie na ścianie mapy zdrapki, która patrzy na ciebie i mówi z wyrzutem Psst zobacz, spójrz jak niewiele widziałeś. Wracając z każdej kolejnej podróży, podczas której przeżywałeś niesamowite emocje do swojego biurka, czujesz, jakbyś dostał ciepłą, mokrą szmatą w twarz. Ta przygnębiająca wizja i wiele innych nie dają mi spać po nocach, ale za każdym razem w końcu zasypiam. Z uśmiechem na ustach. Zdradzę wam mój sekret. Za każdym razem przed zaśnięciem wyobrażam sobie, że ktoś właśnie teraz, dokładnie w tym momencie, zupełnie bez celu i bez sensu po prostu biegnie...

G.

Źródło grafik:
https://unsplash.com/